MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Krakowskie Potwory – recenzja serialu. Śniący w Krakowie

Kraków od wieków inspirował twórców. Nic dziwnego, miasto jest nadal głęboko osadzone w przeszłości. Mrok spowija początki nadwiślańskiego grodu. Król Krak, Smok wawelski, czy Wanda co nie chciała Niemca. Te legendy i setki innych dawnych opowieści nadal „żyją” pomiędzy murami. Dlatego osadzenie akcji serialu fantasy od Netflixa w stolicy Małopolski nie zaskakuje. Zapowiedź powstania Krakowskich Potworów od razu wzbudziła we mnie ekscytację. Krakowski folklor to prawdziwy samograj. Miałem nadzieję na prawdziwie słowiańską produkcję, a nie wydmuszkę pokroju Wiedźmin. Co ostatecznie dostałem?

Krakowskie Potwory – recenzja serialu. Śniący w Krakowie

Główną bohaterką jest studentka medycyny Alex. Mierzy się z traumą po samobójstwie matki, przez dręczą ją koszmary. Na studiach trafia do grupy Zawadzkiego mającego obsesję na punkcie słowiańskich legend. Uczniowie profesora również są niezwykli., każdy z nich dysponuję niezwykłymi zdolnościami. W tym samym czasie w Krakowie budzi się pradawne zło. Alex będzie musiała stawić czoło nie tylko jemu, ale także prawdzie o sobie samej.

Smutny obowiązek

Brzmi sztampowo? W znacznym stopniu tak. Krakowskie potwory to prosta historia oparta na miałkim scenariuszu dziurawym niczym szwajcarski ser. Logiki również jest tutaj jak na lekarstwo. Kompozycja serialu jest zaburzona, nie ma otwarcia czy wprowadzenia, rozwinięcie tworzy chaotyczny zlepek wątków, a pretekstowy finał nie jest odpowiednio podbudowany. Opowieść nie potrafi zaangażować widza, chociażby przez brak konsekwencji w prowadzeniu fabuły. Jednym słowem-chaos.

Technicznie jest to produkcja bardzo nierówna, ale do scenografii nie mam zarzutów. Duża w tym zasługa plenerów (efekt Krakowa). Montaż wygląda już gorzej. Są sceny przyzwoicie skomponowane, ale są też takie, na które oczom przykro się patrzy. Zwłaszcza tak zwane „momenty” budzą zażenowanie i niedowierzanie. W jednej z nich ujęcie jest prześwietlone. Nie wiem, czy to zamysł twórców, czy po prostu złe ustawienie kamery. W założeniu ma być to ważny moment w relacji głównych bohaterów. Przez nieumiejętną grę światłem wychodzi nijako. Kolejnym przykładem jest śmierć jednego z protagonistów. Rażące światło powoduje, że nie widać nic. Scena powinna poruszyć, a ginie w feerii barw. Niestety tutaj również należy napisać: chaos.

Efekty specjalne nie są złe. Potwory wyglądają podobnie do tych z netflixowego Wiedźmina. Co zważywszy na różnice w budżecie obu seriali, zastanawia. Nie oszukujmy się, jesteśmy w stosunku do zachodu kilkanaście lat do tyłu. Nie mamy w tej dziedzinie dużego doświadczenia. Nie mam zatem zamiaru krytykować Krakowskich potworów za ten aspekt, ponieważ w przeciwieństwie do tego drugiego nie jest to produkcja zachodnia. Co najwyżej można mieć pretensje do twórców Wiedźmina, że ich CGI wygląda tak samo jak w polskim serialu. Z jednym mały wyjątkiem. Chwost (główny antagonista) wyszedł tragicznie. Słowiańskie bóstwo inspirowane Smokiem wawelskim wygląda jak dziecko Śniącego z Górniczej Doliny i Ksenomorfa z Obcego Ridley’a Scotta. Budzi raczej śmiech i zażenowanie niż lęk czy ekscytacje. Nie trzeba jednak ganić za mocno, lepiej podziękować za możliwość zobaczenia Śniącego na małym ekranie.

Jednak robi różnice…

Krakowskich potworów produkcją wybitną nazwać się nie da. Podtrzymuje krytyczne słowa zawarte powyżej, ale muszę przyznać, że serial podobał mi się, pomimo wielu wad. Widać brak doświadczenia twórców i mały budżet, a przede wszystkim szczątkowy scenariusz. On jest główną bolączką produkcji. Mimo to oglądanie tej produkcji nie sprawia bólu. Wynika to z kilku aspektów: scenografii, obsady i braku naturalnej konkurencji.

Miasto mroku

Największym atutem serialu jest to, że akcja toczy się w Krakowie. Miasto zostało przedstawione przepięknie. Nie przypomina jednak tego znanego z pocztówek. Twórcom serialu udało się pokazać prawdziwe oblicze dawnej stolicy Polski. Głęboko osadzonego w przeszłości i skupionego na wspominaniu dawno minionej świetności. Teraźniejszość jest szpetna, zdewastowane kamienice, wszechobecne graffiti i nieliczna zieleń ginąca w szarości betonu. Życie tym co przeminęło i brak oczekiwań wobec przyszłości. Jednym słowem- marazm, ponura brzydota codzienności przeplata się z reliktami utraconej chwały. Miasto jawi się w netfliksowej produkcji niczym podupadłe miasteczko znane ze skandynawskich produkcji np. Ragnaroku. Jest to obraz przejmująco prawdziwy. W takim ujęciu tkwi jednak pewne piękno. Nadal jest to Kraków Wyspiańskiego i Grechuty, ale również Kraków namacalnej nieobecności Żydów, seryjnych morderców, studenckiego melanżu oraz dzikiej deweloperki. Reżyserka perfekcyjnie oddała istotę i dwoistą naturę grodu Kraka – to, czym obecnie jest. Za to chylę czoło.

Obraz dopełnia muzyka. Ścieżka dźwiękowa Krakowskich potworów jest iście imprezowa i psychodeliczna. Co również odpowiada studenckiemu charakterowi miasta. Oddaje duszną i narkotyczną atmosferę serialu. Co więcej, w scenach gdzie zawodzi montaż obrazu, właśnie soundtrack często ratuje sytuacje.

Nowe pokolenie

Bohaterowie Krakowskich potworów są jak z papieru, ciężko uwierzyć, że to prawdziwi ludzie. Po raz kolejny winić, można tutaj „kulejący” scenariusz. Kilku aktorom udało się jednak, „wycisnąć” maksimum ze swoich roli. Najbardziej wyróżnia się Anna Paliga grająca Ilianę. Potrafiła wykorzystać niebanalną urodę i charyzmę, aby wykreować postać będącą uosobieniem stereotypowej wiedźmy, jednocześnie zachowując się jak zwykły człowiek. Przy lepszym poprowadzeniu fabuły, Paliga mogłaby stworzyć jedną z najbardziej zapadających w pamięć kreacji, niestety to tylko gdybanie. Szkoda, ponieważ jestem pewny, że już teraz mogłaby udowodnić, że za kilka lat dołączy do czołówki polskich aktorek. Należy również wspomnieć o Barbarze Liberek wcielającej się w Alex. Aktorka stanęła na wysokości i jej gra nie budzi zastrzeżeń. Zawodzi za to najbardziej prominentny aktor w obsadzie czyli Andrzej Chyra. Wydaje się, że zagrał bez pomysłu na swoją postać i nie wniósł jakości na plan, którą pokazywał nie raz w bardziej wymagających rolach. W klimatach fantasy i horroru ten wybitny aktor wydaję się zagubiony.

O czym szumią wierzby…

Serial nie wyczerpał potencjału krakowskich legend, wykorzystano tak naprawdę niewiele. Oczywiście nie mogło zabraknąć Wandy i Smoka wawelskiego, reszta potworów jednakże, pochodziła z folkloru wschodnich Słowian. Zwłaszcza istotny był Aitwar, czyli litewski odpowiednik feniksa. Zabrakło więcej lokalnych wątków, a przecież jest z czego korzystać. Kraków ma setki, jeśli nie tysiące historii. Przytoczę tu kilka z nich.

Polski „Blair Witch Project”. Grupa studentów organizuje biwak w lesie w Witkowicach. Znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. Po zaginionych zostaje jedynie porzucony aparat zawierający dziwne zdjęcia. Widoczna na nich jest dziwna mgła, a drzewa są nienaturalnie wykrzywione. Miejscowi uważają las za przeklęte miejsce. Podobno niegdyś znajdował się tam pradawny chram, gdzie odbywały się pogańskie rytuały. Do czasu, gdy lokalna ludność nie zniszczyła świątyni i wyrznęła innowierców. Prastare moce zemściły się za swoich wyznawców. Wioskę morderców pochłonęła puszcza…

Na ulicy Kopernika znajduje się bardzo stara latarnia umarłych. W średniowieczu strzegła świata żywych przed duchami zmarłych w lazarecie. Dzięki latarni dusze chorych nie błąkały się po mieście…

W Krakowie rośnie wiele wierzb. Podobno każda z nich to kobieta ze złamanym sercem. Z bólu i tęsknoty za utraconym uczuciem zamieniła się w drzewo. W wietrzne dni można usłyszeć, jak lamentują szumiąc liśćmi…

Brzmi interesująco? A to tylko trzy z tysięcy opowieści kryjących się w Krakowie. Nie rozumiem dlaczego tak niewiele z lokalnego folkloru wykorzystano. Prawdopodobnie zawinił słaby research. Wystarczyłoby, żeby scenarzysta zagłębił się w krakowskie legendy. Być może wtedy odkryłby, że ma przed sobą gęś znoszącą złote jaja i powstałby prawdziwie słowiański serial o wiele lepszy niż Wiedźmin. Tak się niestety nie stało i zamiast tego spróbował z gęsi zrobić rosół. Wyszło zjadliwie, ale prawdziwą rozkoszą dla zmysłów, Krakowskich potworów nazwać się nie da.  

A mogło być tak pięknie

Krakowskie potwory nie są produkcją złą, ale bardzo dobrą też nie. To taki typowy średniak od Netflixa. Można przy nim przyjemnie spędzić czas. Ja go obejrzałem z frajdą. Oczywiście na pozytywną ocenę duży wpływ miał mój sentyment do rodzinnego miasta. Nie jestem ślepy na liczne wady na czele z miernym scenariuszem, który zniweczył potencjał serialu. Warto dać mimo wszystko tej produkcji szansę. Jak wyżej wspomniałem chociażby za piękne plenery albo przyzwoitą grę aktorską. Dodatkowo pewnie nieprędko dostaniemy następną historię inspirowaną naszym folklorem, bo Wiedźmina nie liczę. Tam scenariusz jest jeszcze gorszy…

 Szczerze polecam Krakowskie potwory. Są idealnym zapychaczem czasu. Pokazują również, że Kraków to nie tylko Wawel i Ojciec Święty. Ma jeszcze jedno mroczniejsze obliczę, które warto poznać osobiście.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ