MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Stranger of Paradise. Final Fantasy Origin – recenzja gry. Chaos nad chaosem i wszystko chaos.

Stranger of Paradise od samego początku nie miało łatwo. Po wypuszczeniu dema po czerwcowym evencie Square Enix, reakcje nie były zbyt entuzjastyczne, na deweloperów z Team Ninja spadła fala krytyki za niedopracowany produkt. W ciągu zaledwie dwóch dni usterki naprawiono i pozostało czekać na marcową premierę. Czy twórcy podołali zadaniu?

Stranger of Paradise. Final Fantasy Origin – recenzja gry. Chaos nad chaosem i wszystko chaos.

Gra nowej generacji?

Pierwszym zaskoczeniem, jakie mnie czekało była grafika. Przy tylu dużych premierach takich jak Dying Light 2 czy Horizon Forbidden West, które zachwycały oprawą i prezentowały  pełne spektrum mocy nowych generacji, Stranger of Paradise, nie zachwyca wizualnie. O ile w demo na PS5 jest to jakość porównywalna do wczesnych gier AA na Xbox One, tak gra pobrana z Epica, na 34-calowym monitorze przypominała zaawansowaniem produkcję z PS3. Ponoć jeszcze gorzej jest z optymalizacją gry na Xbox Series S. Początkowo myślałam, że za niską wydajność odpowiada karta graficzna Radeon RX 580 Series, ale po konsultacji z innymi osobami ogrywającymi produkcję przekonałam się, że przyczyna tkwi gdzie indziej, a mianowicie w przestarzałej technologii, która sprawia, że detale modeli i tekstur zostały mocno zredukowane. Nawet renderowane animacje mają miejscami ostre i toporne krawędzie. Na początku ciężko było przestawić się z malowniczego Elden Ringa na trochę retro Final Fantasy Origin, jednak po 2 godzinach i wkręceniu w rozgrywkę przestało to dla mnie być problemem.

Gdy w fabułę wkrada się Chaos

W grze wcielamy się w postać Jacka Garlanda, pozbawionego wspomnień, nieustraszonego i napakowanego gościa, który nie ma w sobie nic kawaii i jest na wskroś amerykański. Nasz bohater ma ze sobą ciemny kryształ, który rezonuje z innymi posiadaczami. Kamienie te są legendarnym i najczęściej występującym itemem w serii gier Final Fantasy. Przez swoje moce często są gratką dla antagonistów, którzy pragną je zdobyć do swoich niecnych celów.

Główną rolą naszego lidera jest dowiedzieć się, czym jest Chaos i zniszczyć go. Gdybym miała wypić shota za każdym razem, gdy Jack wypowie słowo „Chaos”, prawdopodobnie nie trafiłabym od komputera do łóżka, chociaż dzieli je jakieś 15 cm. Ten gość ma na tym punkcie niebywałą wręcz obsesję!

Na wyprawę podąża w towarzystwie dwóch innych wojowników posiadających drogocenne kamienie – Asha i Jeda, z czasem drużyna powiększa się o dwie kolejne persony – Neon i Sophie. Jeżeli chodzi o warstwę fabularną, nie należy ona do najbardziej złożonych. Wiele zdarzeń pozostaje dla gracza niejasnych, nie są one tłumaczone na bieżąco, przez co całość jest niespójna.

Pomimo spędzenia z Jackiem prawie 30 godzin ciężko by mi było streścić komuś i dokładnie wytłumaczyć fabułę. Tutaj też wkradł się chaos. Podobnie z relacjami pomiędzy postaciami. Przez cały ten czas nie dowiedziałam się o nich zbyt wiele, nie ma tu bohaterów, z którymi można się zżyć i polubić, zabrakło emocji i motywacji nimi kierujących.I chociaż w finałowej walce, Jack zadając ciosy ma w swojej głowie sylwetki poległych towarzyszy, co jeszcze bardziej zagrzewa go do boju, to ciężko doszukać się tej zażyłości we wcześniejszym gameplayu.

Profesje i soulsy

Nasza przygoda rozpoczyna się od misji będącej również tutorialem. Na dowolnym etapie rozgrywki będziemy mogli cofnąć się do tego miejsca, żeby móc poćwiczyć walkę w nowej profesji. Smaczkiem w grze jest bowiem rozwijanie umiejętności w jednej z ośmiu podstawowych klas. Levele nabijają się bardzo szybko, maksymalna ich liczba to trzydzieści. Potem możemy zmienić zawód (po odblokowaniu punktów na drzewku) albo żonglować posiadanym stylem w zależności od przeciwnika. Na stałe możemy podpiąć dwie profesje i jednym kliknięciem przełączać się pomiędzy nimi, nawet w trakcie walki.

Jest to niebywale przydatne, bo Stranger of Paradise, chociaż jest klasycznym jRPG, to ma w sobie elementy soulsów. Należę do osób, które przywiązują się do danej taktyki, jeśli jest skuteczna, tak więc jakieś 70% gry przeszłam Swordsmanem, a pozostałe 30% Magiem, czasem tylko sprawdzając nowe zawody. Przeciwnicy są różni i na każdego potrzebna jest inna strategia. Przed wejściem na starcie z bossem mamy migające podpowiedzi, które nakreślają specyfikę przeciwnika i słabe punkty. Poziom trudności jest bardzo nierówny, Dragon Zombie (półmetek misji) był w stanie powalić mnie jednym ciosem, finałowy Darkness Manifest zaś został zgładzony szybko za pierwszym razem, zostawiając mi jeszcze spory zapas potek.

To właśnie system walki jest największym atutem gry. Pomimo wad i niedociągnięć nie da się zaprzeczyć, że Stranger of Paradise. Final Fantasy Origin gwarantuje miłośnikom gatunku długie godziny świetnej zabawy. Eksplorowanie terenu i ubijanie co chwilę potworków było niesamowicie relaksujące. Również zadawanie kombo ciosów, nie ponosząc przy tym samemu obrażeń,umożliwia nam wciśnięcie przycisku B na padzie i odpalenie animacji przypominających fatality z Mortal Kombat, w których wróg obraca się w kryształowy, krwawy pył. Z dziką satysfakcją machałam coraz to lepszym mieczem, patrząc na toczącą się wokół rzeźnię. Jack gra w boju pierwsze skrzypce, pomimo tego, że ma ze sobą dwóch współtowarzyszy, w mojej opinii będących tłem niż realną pomocą. W wielu sytuacjach to ja brałam na siebie kilku przeciwników, a oni chaotycznie miotali się gdzieś z boku. To strasznie irytuje, bo nawet wciśnięcie przycisku z boostem nie zwiększa zbytnio ich zaangażowania. W finałowych misjach, gdzie nasi „pomocnicy” znikają, nie czułam kompletnie różnicy, ba, walcząc sama, nie rozpraszałam się i szło mi lepiej.

Od przybytku głowa nie boli?

Produkcja zawstydza ilością wypadających przedmiotów. Z jednej strony to plus, bo mamy zbroję i artefakty na coraz lepszym levelu, ale z drugiej, jak znajdziesz genialny item, czasami nie możesz się nim nacieszyć dłużej niż kilka minut, bo z pokonanych zwłok wypada kolejny, mocniejszy. W swoim inwentarzu mamy limit miejsca na 500 obiektów. Miejsce to się stale uszczupla, więc co kilka misji trzeba udać się do kowala, by ten rozbił je na części pierwsze. Warto kontrolować na bieżąco, przed rozpoczęciem kolejnego zadania, inaczej będziemy mieli zablokowaną możliwość zbierania kolejnych, na wyższych poziomach albo zostaniemy zmuszeni do przerwania, pójścia do kowala i rozpoczęcia na nowo. Możemy też je wyrzucić z ekwipunku, ale wtedy tracimy je bezpowrotnie i wymaga to więcej klikania. Jeszcze w żadnej innej grze, tak często nie zmieniałam inwentarza swoim postaciom. Wiele z nich jest przepisane do konkretnej profesji i pokazuje, o ile procent zwiększy się nasza moc. Warto patrzeć też na statystyki przedmiotów, bo niejednokrotnie zdarzyło mi się, że broń lepsza o kilka leveli zabierała mi po kilkanaście punktów w kluczowych kwestiach np. zwinności.

Łącznie mamy dziewiętnaście misji głównych. Część z nich jest w tych samych, lecz lekko zmienionych lokacjach. Jeżeli chodzi o nasze misje, to sprawa ma się podobnie jak z bossami, są one strasznie nierówne. Dużym minusem jest brak mapy. W niektórych światach poruszałam się sprawnie i nie miałam problemu ze znalezieniem przejścia, w innych biegałam w kółko i szukałam jakiegoś elementu, który mogłam przeoczyć przez niezbyt wyrazistą grafikę. W chwilach rezygnacji robiłam sobie przerwę i wracałam do gry z nową energią i od razu szło lepiej. Przez to krążenie ukończenie gry zajęło mi 29h 37min. Naprawdę, mniej trudności przysparzały mi walki, najwięcej czasu poświęciłam na bieganie po mapie.

Możemy zacząć rozgrywkę na trzech poziomach trudności: story, action i hard. Po ukończeniu gry odblokowujemy poziom chaos, który z naszej gry robi pełnoprawne soulsy, nie bierze jeńców ani nie wybacza pomyłek.

Jeżeli znudzi nam się singleplayer, możemy grać multi z innymi graczami, a także tworzyć swój pokój, do którego możemy zaprosić uczestników.

Podsumowanie

Pewnie wielu fanów Final Fantasy nie jest zachwycone Stranger of Paradise i spodziewało się bardziej prequela upamiętniającego tegoroczne trzydziestopięciolecie serii. Mając jednak świadomość wad tytułu, można się skupić na jego pozytywnych aspektach, a jest ich wiele. Nie jest to gra przełomowa, ale dzięki dodaniu elementu soulsowości czyni potyczkę ciekawszą. Główną zaletą jest system walki i możliwość wybierania różnych klas oraz rozwijanie ich w bardziej zaawansowane odmiany. Wszystko jest okraszone przyjemnym dla ucha motywem muzycznym, Azjaci w swoich produkcjach zawsze dowożą muzykę instrumentalną na najwyższym poziomie. Final Fantasy Origin jest trochę taką grą retro, która może niczym nowym nie zaskakuje, ale gwarantuje dobrą zabawę i satysfakcję z ukończenia kolejnej misji. Jako fanka gier RPG, a przede wszystkim jRPG bawiłam się naprawdę dobrze, chociaż miałam momenty irytacji. Początkowe demo nie zachwyciło, dopiero gameplay obejrzany na YouTube kilka dni przed premierą, sprawił, że od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Polecam Wam zapoznanie się z materiałami dostępnymi w necie i jeżeli zaciekawi Was tak jak mnie to sprawdzenia tego tytułu, bo sądzę, że fani gatunku nie będą zawiedzeni.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ