MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Ostatniej nocy bawiłem się fantastycznie! „Ostatniej nocy w Soho” – recenzja filmu

Edgar Wright prezentuje nam swój kolejny szalony tytuł, będący miksem gatunków i igraszkami z formą. W szczególności mam tutaj na myśli inspiracje erą Hitchcocka, Polańskiego i innych, absolutnych klasyków. Pozostaje pytanie: czy ten eksperyment się udał i skąd tak skrajnie różne recenzje?

Ostatniej nocy bawiłem się fantastycznie! „Ostatniej nocy w Soho” – recenzja filmu

Historia zaczyna się od przedstawienia głównej bohaterki, Eloise (Ellie!), która dostaje się na studia z Fashion Designu w Londynie. Dowiadujemy się o jej wyjątkowych zdolnościach widzenia zmarłej matki w szklanych odbiciach, jednak okazuje się, że jej parapsychiczne umiejętności potrafią działać w jeszcze szerszej perspektywie.

Ellie nie radzi sobie ze studenckim życiem i wredną współlokatorką, dlatego postanawia uciec z akademika i wynająć pokój w prywatnym mieszkaniu. To właśnie tutaj zaczyna się cała przygoda, przenosząca nas w lata 60., pełne blichtru, świetnej muzyki i… tajemniczej dziewczyny (w tej roli Anya Taylor-Joy), z którą nasza główna bohaterka odczuwa interesujące połączenie.

Tyle odnośnie fabuły. Naprawdę polecam nie czytać za dużo o historii, zawartej w Ostatniej nocy w Soho, bo ewentualne spoilery (a jest ich kilka) mogą skutecznie zepsuć seans. Najbardziej zachęciła mnie rozbieżność recenzji, udostępnionych przez licznych krytyków, z których zdaniem się liczę oraz znajoma, mówiąca klasyczne: „Na pewno ci się spodoba!”. Trudno się nie zgodzić, bardzo lubię Edgara Wrighta, w tym najbardziej filmy z Trylogii Cornetto. Może jestem nieobiektywny, no ale nie zapomnę nagle o dokonaniach brytyjskiego reżysera. Chociaż jeśli chwilę się nad tym zastanowić…

Fotos z filmuOstatniej nocy w Soho

Skuteczna zmyłka

W pierwszej połowie filmu stało się coś, czego absolutnie się nie spodziewałem. Ostatniej nocy w Soho skutecznie postawiło zasłonę dymną, wodząc mnie i próbując przekonać, że nie oglądam filmu Wrighta. Bliżej całej konstrukcji, wizualiom i powolnej narracji było filmom Nicolasa Refna. Nie zmienia to mojej oceny, jest to absolutnie coś, co w kinie uwielbiam. Dopiero w drugiej części na pierwszy plan wszedł Edgar, machając do mnie z każdej części kadru, każdego głośnika i każdej kwestii wypowiadanej przez głównych bohaterów. Krwawa, mroczna stylistyka horroru została wykorzystana do skrajności, a wszelkie wątki domykają się niczym perfekcyjnie dopasowany zamek. Produkcja w pierwszej części przedstawia nam, idąc za powiedzeniem Czechowa, przysłowiowe strzelby, wystrzeliwując je w ostatnich minutach filmu. Naprawdę jestem pod wrażeniem szczegółowości Wrighta i mam ochotę obejrzeć ten film jeszcze raz (co pewnie zrobię w niedługim czasie), aby upewnić się, że mój wzrok nie pominął żadnych „smaczków”.

Oprócz fabuły są jeszcze przecież inne rzeczy…

Czy przy okazji filmu twórcy Baby Drivera da się nie wspomnieć o muzyce? Odpowiedź jest oczywiście przecząca, ale żadna inna ścieżka dźwiękowa nie wprawiła mnie w tak duży zachwyt, jak przy okazji Ostatniej nocy w Soho. Każda piosenka została już przeze mnie przesłuchana wielokrotnie od momentu powrotu z seansu. Tytuł również nie wziął się znikąd, bo jest to utwór zespołu Dave Dee, Dozy, Beaky, Mick & Tich. Quentin Tarantino w swoim Death Proofie użył Hold Tight tej kapeli, a później, w rozmowie z Edgarem Wrightem, włączył mu Last Night in Soho. Oboje stwierdzili, że jest to idealna nazwa filmu, który jeszcze nie powstał. Od tamtej chwili Wright zaczął gromadzić piosenki na liście zatytułowanej „Soho”, rozmyślając o historii, inspirowanej latami 60.. Początkowo produkcja, której recenzję właśnie czytacie, nazywała się Red Light Area, jednak ze względu na podobieństwo z Red Lights z Cillianem Murphym reżyser zmienił tytuł na The Night Has a Thousand Eyes. Po sprawdzeniu na IMDb okazało się, że ta nazwa jest już zajęta. Ostatecznie stanęło na Last Night in Soho, jednak Brytyjczyk mocno obawiał się reakcji Tarantino. Zapytany o to twórca Pulp Fiction odparł, że nie jest zły, a co więcej, uważa, że tylko Edgar Wright jest w stanie zrobić taki film.

Fotos z filmuOstatniej nocy w Soho

Niby ciekawostka, jednak przywiązanie i miłość do kina, jaką Tarantino dzieli z Wrightem, są widoczne, szczególnie w Ostatniej nocy w Soho. Inspiracje kalejdoskopowymi efektami, zbliżeniami na twarz bohaterów, aby jak najlepiej były widoczne ich emocje, działają tak, że nawet jeżeli nie lubicie Psychozy czy innych klasyków kina grozy sprzed ponad pół wieku, będziecie się bawić doskonale. Wizualnie film cieszy oko neonowymi bilbordami, kolorową stylistyką i fantastyczną scenografią (kreacje głównych bohaterek to coś, co zasługuje na co najmniej nominacje do Oskara!).

Serdecznie polecam również obejrzenie tzw. making offów z pracy na planie, bo gdy ja byłem przekonany o tym, że to, co widzę, to sprawne triki montażowe, tak naprawdę okazało się niesamowitą zwinnością aktorów, którzy wymieniali się pozycjami w choreograficznym wdzięku. Kreatywność wylewa się z ekranu, a mi trudno znaleźć wady tej produkcji.

Rozbieżność ocen

Zupełnie nie dziwi mnie tak skrajnie różne podejście krytyków co do odbioru Ostatniej nocy w Soho. Styl Wrighta nie jest dla każdego, szczególnie jeśli nie lubiło się jego poprzednich tytułów. Część widzów z seansu, na którym byłem, głośno komentowało kiczowatość i zbyt abstrakcyjne rozwiązanie fabularne, do których nie miałem żadnych zastrzeżeń. Najważniejsze jest to, że film wywołuje dyskusje, a to w perspektywie popkultury jest istotne. Jeżeli nie ma o czym gadać, to znaczy, że nie jest to próba ciekawego podejścia do kina.

Fotos z filmuOstatniej nocy w Soho

Co ja mogę więcej powiedzieć… arcydzieło!

Tak, dla mnie Ostatniej nocy w Soho to absolutne arcydzieło i z pewnością film, który już po pierwszym seansie stał się kultowy. Chciałbym znaleźć się w jednym pokoju z Edgarem Wrightem i porozmawiać o jego sposobie pisania, prowadzenia aktorów i tworzenia, bo jest to zachwycające podejście do kina. Pełne miłości, zrozumienia i chęci oddania hołdu. Jeżeli mielibyście do wyboru obejrzenie nowego Bonda, Diuny i Ostatniej nocy w Soho, to wybierzcie to ostatnie, bo przynajmniej będziecie mogli ciekawie podyskutować ze znajomymi, nawet jeżeli ta produkcja nie przypadnie wam do gustu.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ