MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Poza horyzonty. Diuna – recenzja filmu

Pomysły na adaptacje serii książek Franka Herberta rodziły się cyklicznie wraz z kolejnymi sukcesami, które powieść odnosiła na rynku wydawniczym. Niezrealizowane dzieło Alejandra Jodorowskiego okrzyknięto najbardziej ambitnym projektem w historii kina, który nie ujrzał światła projektora. Film Davida Lyncha stał się rysą na usłanej laurami karierze reżysera oraz nieudanym przejściem twórcy niszowego w mainstream. Po serialu z początku XXI wieku dożyliśmy czasów, w których Diuna w końcu pojawia się na ekranach w glorii i chwale. Denis Villenueve, marzący od dziecka o przełożeniu na ekran powieści rozbudzającej jego wyobraźnie stworzył kolejny fantastyczny świat, którego skala równa jest wyłącznie największym.

Fotos z filmu Diuna

Druga strona galaktyki

Głównym bohaterem Diuny jest Paul Atryda, jedyny syn potężnego rodu przewodzonego przez jego ojca, księcia Leto. Według dekretu Imperatora planeta Arrakis po 80 latach okupacji zostaje odebrana bestialskim Harkonnenom i oddana we władanie rodzinie Paula. Niebezpieczny i nieprzyjazny świat jest źródłem wydobycia Przyprawy, dzięki której możliwe są międzygwiezdne podróże. Wyprawa na nową planetę splata się z osobistą zmianą w głównym bohaterze, prześladowanym przez powracające sny. Próba wyciągnięcia z nich ukrytego sensu staje się nagle niecierpiącą zwłoki potrzebą, gdy po drugiej stronie galaktyki odsunięty od bogactwa baron Harkonnen szykuje plan zemsty na Atrydach.

Fotos z filmu Diuna

Jak z obrazka

Kameralność dramatu kosmicznego szlachcica dorastającego do swojego urodzenia przebija spomiędzy piękna wszechświata ujętego w dość oszczędnych zdjęciach Greiga Frasera. Powściągliwość widać tam, gdzie w Blade Runnerze 2049 zachwycaliśmy się neonowymi barwami podłego, lecz fascynującego świata. Obraz Arrakis przepoczwarza się ponad asymetryczną głębię ostrości wyciągającą z tła najdrobniejsze szczegóły, układając hałdy piasku w coś na kształt żółtawej bezkresnej toni. Za prymat poczytywać trzeba monumentalność, wyrażaną w całej szerokości kinowego ekranu, z czerwiami dominującymi nad gigantycznymi kombajnami czy statkach kosmicznych przesłaniających nieprzerwany arrakijski upał. Tonowanie kolorów przepuszczonych przez emulsję (mimo nakręcenia filmu cyfrowo reżyser zdecydował się na proces przetworzenia go na taśmę, aby następnie znowu przełożyć go digitalnie) z jednej strony ukróciło pokusę kompozycji „jak z obrazka”, z drugiej wydobyło refleksy świetlne i fakturę widoczną na ekranie. Piękno pochodzące się z porównania nieograniczoności natury z techniką usilnie przeciwstawiającą się niesprzyjającym warunkom przekłada się w końcu na symboliczny wymiar Diuny, otwierający szereg kluczy interpretacyjnych i rozszerzających uniwersum o kolejny wymiar.

Fotos z filmu Diuna

Ramy adaptacji

Filmowi Villenueve’a (zapewne również książce Herberta) bliżej do fabularnego widowiska niż do dzieła klasycznie narracyjnego. Jako że to część pierwsza historii – taki napis pojawia się na karcie tytułowej, choć informacji próżno szukać w materiałach promocyjnych – wyznaczono sobie dwa cele, które muszą zostać osiągnięte wraz z napisami końcowymi. Pierwszym z nich jest ukonstytuowanie relacji w świecie przedstawionym. Oznacza to, że oglądający orientuje się jakie założenia i relacje między poszczególnymi planetami, rodzinami, rasami determinują uniwersum. Dowiaduje się jakich sił obawiają się mieszkańcy czy poznaje ich rytuały dnia codziennego. Drugim zadaniem było stworzenie w głowie widza pełnoprawnych postaci, które zachęcają do powrotu przy kolejnym seansie. Paula Atrydę charakteryzuje przeszywający go niepokój o przyszłość, który formuje jego postrzeganie teraźniejszości. Rozterki i rozpoczęta droga prowadzą klarowną linię rozwoju, którą uwydatniają jedynie kolejne nadchodzące wydarzenia. Takim sposobem, przynajmniej w teorii, jeśli oba warunki zostają spełnione, o filmie można mówić jako o sukcesie. Co wyczuwa się od razu, duch Herberta unosi się nad projektem niczym przestroga. Jak udowodniły przywołane wcześniej perypetie Jodorowskiego i Lyncha, egzekucja pomysłu mogła rozejść się w szwach właściwie w każdym momencie. Niedociągnięcia są widoczne, poprzez kanty uwierające przy ekspozycji ograniczeń świata. Sam Timothée Chalamet musi lawirować wobec niewdzięcznego zadania odtworzenia postaci dość biernej i mimozowatej. Nadchodząca przemiana wyniesie Paula ponad ramowego protagonistę dowolnego science fiction (tu przydatne będzie jedyne uzasadnione w kontekście Diuny porównanie z Gwiezdnymi Wojnami), na ten moment porusza się raczej jako prawie niemy świadek wydarzeń. Przy całej śmiertelnej powadze filmu – gdyż żartów nie ma tu wiele, a większości ubywa jeszcze w pierwszym akcie – niespecjalnie zachęca to do kontynuowania przygody, wciąż mając w pamięci okazyjne przeładowanie suchymi informacjami spod szyldu „kto jest kto i dlaczego”.

Fotos z filmu Diuna

Pakt z diabłem

Choćby dla samej skali porównania wielkości obiektów percypowanych nie tylko oczami, Diunę należy doświadczyć w możliwie jak najlepszych warunkach. Synestezyjne elementy wizji Paula sprzęgające się z żywą skorupą piaszczystego Arrakis opowiadają zarówno o bezkresie wizji Herberta, jak i o pomysłach Villenueve’a wychodzących poza horyzont poznawczy. Trzeba jednak pamiętać, że obcujemy z adaptacją połowy książki, która przypomni o sobie w dość bezpruderyjny i obsceniczny sposób. Niemniej, Diuna zasługuje na szansę w spotkaniu na sali kinowej. Reżyser dokonał niemożliwego, zawierając zapewne jakąś formę paktu z diabłem, zaadaptował coś dotychczas nieadaptowalnego. Choć to ledwie prolog przed być może zachwycającym rozwinięciem, jako widownia także znaleźliśmy się we wspaniałym położeniu. Zapewnieni o sile materiału źródłowego oraz wizji filmowców możemy pomarzyć o wydarzeniach w kolejnej części/ach. Choć to limbo potrwa co najmniej kilkanaście miesięcy, będzie to, przy odpowiedniej skali, niczym tygodniowa przerwa w oczekiwaniu na odcinek ulubionego serialu. Na kinowych ekranach mamy namacalny dowód nieograniczoności horyzontów świata Diuny, a reżyserski podpis to zapewnienie, że w trzeciej dekadzie XXI wieku doczekamy się geekowskiego triumfu na miarę trylogii Władcy Pierścieni.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ