MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Spree – recenzja filmu. Paluszki świerzbią.

Porwanie w wir social mediów to uczucie z kategorii przyjemnych. Kto nie lubi poddać się algorytmowi, który dzięki naszemu przyzwoleniu zrobi wszystko, aby oglądający nie stracił zainteresowania? Nieustannie parująca studnia bez dna ma jednak zakończenie – gdy niekończąca się rejestracja życia stanie się wyznacznikiem tego, co dzieje się poza ekranem.

Spree – recenzja filmu. Paluszki świerzbią.

Zamiast przerywanego spotkania z piątkowymi imprezami znajomych Spree obiera perspektywę kierowcy pracującego dla tytułowej aplikacji, który rozwozi pasażerów po kalifornijskim przedmieściu. Od nastoletniości rejestrował swoje życie i udostępniał je w Internecie. Pasji nie dogoniły jedynie liczby, bo kanał KurtsWorld96 odkryli tylko prawdziwie zagubieni w odmętach sieci. Nic nie szkodzi – bohater wynalazł właśnie pomysł na internetowy sukces. Jego samochód posłuży za studio nagraniowe, a przypadkowi ludzie za bohaterów spektaklu. Pierwszy viral to na pewno jedynie kwestia czasu, zwłaszcza gdy tempo zostaje podkręcone, a Kurt postanawia zabawić się w mordowanie nieznajomych.

W środku akcji

Widz doświadczy przygód kierowcy niczym jego oglądający – dzięki layoutowi aplikacji do streamowania, transmisji z kilku kamerek sportowych przyczepianych przyssawkami do szyb auta i dzięki rejestracji ekranu jego telefonu. Symultaniczność jest jedynie pozorna, bo wprawny montaż miesza archiwalne występy Kurta z obecnym stanem rzeczy. Tempo właściwie nie zatrzymuje się na czerwonym, leci na przestrzał przez kolejne skrzyżowania. Thrillerowe i slasherowe elementy, obfitujące w krew, dekapitacje i rozjeżdżanie trucheł, mają posmak prawdziwego spektaklu. Tu pomaga inscenizacja, wyposażenie transmisji w czat niczym z rzeczywistego live’a – namiastki udziału w społeczności obserwujących.

Znajomy psychol

Ironiczność, która odciąża czerń mordu, odzywa się w na poły parodystycznej roli Joego Keery’ego, znanego z serialu Stranger Things. Jako Kurt, klasyczny nerd bez perspektyw, który zgubił się we własnym odbiciu na ekranie komputera, udziela mu się szaleństwo całego konceptu – a może sam nadaje mu agresywniejszego sznytu. Ze Spree bije ta sama energia wyzwolonych outsiderów, dzięki której na szerokich wodach pływa na przykład James Gunn. O ile u twórcy Strażników Galaktyki popadła ona w bezpieczną przeciętność, ukraiński reżyser Eugene Kotlyarenko niebezpiecznie zbliża się do przesady, aby skręcić ku dwupasmowemu komentarzowi społecznemu. Tu przydałoby się kontynuowanie podróży po trasie, ale jego noga ewidentnie świerzbi do wyprzedzania do zewnętrznej. Im bliżej finału tym prowadzenie filmu przybiera postać próby opanowania mydła ślizgającego się po mokrej posadzce.

Słów brak

Co więc uwiera w próbie opowiedzenia o współczesnym świecie z okienkiem o formacie ekranu? Choć powstało już kilka obrazów, które wprawnie korzystały z gatunkowych uwarunkowań, a zakres poinformowania widza nie poruszał się poza pulpit komputera (choćby The Den, Searching), próbowano w nich zamaskować społeczne truizmy o niebezpieczeństwach w sieci. Głównym tematem Spree stają się zmiany cyfr w liczby – wyświetlenia, lajki, cały zgiełk i pozór wymiernej oceny jakości. Dla wielu ludzi takie wartości spełniają marzenia, zapewniają dobrobyt, a dla Kurta stanowią walidacyjną pułapkę. Pokazana na ekranie eksploatacja wymusza obśmianie wszelkich kuriozalnych wykrzywień myślenia niczym program Excel, choć dopuszcza kilka trafnych spostrzeżeń natury społecznej. W końcu relacja pasażer-kierowca ma wymiar rzeczywisty, a nieporadność Kurta także na tym polu to tylko wjazd na rondo niepowodzeń.

Kawalkada beznadziei

Do opowieści o teraźniejszości najtrudniej dobrać słowa, a w Spree jeszcze raz nie udaje się uciec poza dość błahe stwierdzenia. Może to wina wpisania się w pewną korespondencyjną tendencję do pokazywania w kinie apoplektycznego mariażu shitpostu i prostolinijnych emocji (ostatnie premiery Wszystko wszędzie naraz czy Nie patrz w górę), które nijak operują na estetyce dwugodzinnej produkcji i zamiast cieszyć, pozostawiają z kakofonicznym przebodźcowaniem. Oczywiście, na niewierze można bawić się właściwie bez końca, a brzegowe doznania przede wszystkim zagłuszają trzeźwość osądu. W Spree nie udało się uniknąć czołowego zderzenia z rzeczywistością bez spiłowania sprzęgła. Przed zawierzeniem niewiary wzbrania tylko świadomość, że te diagnozy trafiają tuż obok najczulszych punktów. Film przypomina nam w końcu, że coś przynależnego jednocześnie do dwóch światów – rzeczywistego i wirtualnego – nie ma przyszłości w żadnym z nich, a dokarmianie własnego psychopaty odbywa się nieustannie za pośrednictwem lewej czy prawej kieszeni.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ