The Lord of the Rings: Return to Moria – recenzja gry – „Diggy diggy hole i Dwarf i diggy hole”

UDOSTĘPNIJ

Nie ukrywam, że to jeden z tych tytułów, na które mocno czekałem. W końcu po latach miałem dostać grę z uniwersum Władcy Pierścieni! Finalnie The Lord of the Rings: Return to Moria okazało się równie zagmatwane oraz ciemne, jak największe głębiny samej Morii. 

Swoją kopię The Lord of the Rings: Return to Moria ogrywałem na PlayStation 5. Fabularnie cała akcja rozgrywa się w Czwartej Erze Śródziemia, po upadku Saurona i zakończeniu Wojny o Pierścień. Deweloperzy sprytnie wykorzystali fakt, że owszem Tolkien napomniał w notatkach, że krasnoludy w tym okresie odzyskały Morię, ale nie opisał tego zbyt dokładnie. 

A że do ekspedycji zaprasza najbardziej lubiany przedstawiciel ludu Durina, czyli Gimli (któremu głos użyczył sam John Rhys-Davies!) trudno było mi odmówić! Cel był jeden – odzyskać Morię z rąk goblinów i orków, aby krasnoludy z powrotem odzyskały prawo do swojej siedziby. 

The Lord of the Rings: Return to Moria

I masz mój topór!

W The Lord of the Rings: Return to Moria to właśnie gracz (oraz ewentualnie siedmiu jego towarzyszy) wciela się we wspomnianych członków ekspedycji. Jak można było się tego spodziewać, na miejscu nic nie jest tak, jak powinno, a w Morii znowu zalęgła się jakaś mroczna siła, której genezę dopiero poznamy. 

Kreacja postaci jest poprawna. Niestety nie jest jakoś przesadnie rozbudowana oraz nie powala, jeśli chodzi o dobór elementów zdobnych. Dodano fajny motyw z wyborem pochodzenia, co wpływa na wygląd naszego odzienia. Na szczęście nie brakuje do wyboru brody! Boli jednak, że twórcy popłynęli z dzisiejszą modłą na przekór twórczości profesora i dodali elementy do kreacji postaci, które nijak się mają do tego, co opisał w swoich książkach. Aby nie rozwodzić się za bardzo, pomnę jeno, że jest to kreacja na poziomie Pierścieni Władzy. A jak wiemy, to barachło ma niewiele wspólnego ze światem Tolkiena. 

Sprawdź też: J.R.R. Tolkien. Biografia ­– Recenzja książki. Opowieść o życiu wielkiego pisarza

Sama rozgrywka to standardowy symulator survivalu – zdobywamy pożywienie, budujemy budynki oraz miejsca do craftingu, przygotowujemy ostre rzeczy do walki z goblinami oraz orkami. Mamy cały wątek fabularny (co bardzo cieszy) oraz masę nawiązań do twórczości Tolkiena. Tutaj widać, że deweloperzy odrobili zajęcia i wiedzą, że fandom nie popuści herezji… na szczęście Return to Moria jest bardzo lore friendly (nie licząc wspomnianej kreacji postaci) i nie brakuje także nawiązań do filmowej trylogii Jacksona. Jednocześnie zachowano także humor i krasnoludy mogą śpiewać w trakcie wydobywania rudy, czy tańczyć z kuflem piwa na głowie. Wąs za każdym razem unosił mi się do góry, gdy mój krasnal z radością śpiewał zabawne piosenki, gdy kilofem rytmicznie uderzał w skałę, zabierając jej drogocenne minerały. 

Naturalnie nasza obecność nie pozostaje niezauważona. W Morii nie brakuje obozowisk goblinów oraz innych pomiotów zła. Jeśli narobimy za dużo hałasu, przykładowo wydobywając na potęgę surowce, to wywołamy atak hordy. Wówczas nasze najbliższe obozowisko (czyli tam, gdzie mamy przypisane łóżko) zaleje fala goblinów, orków czy uruków. Wtedy przez określony czas będziemy musieli się bronić, a gdy w końcu wydarzenie się zakończy, wybić niedobitków. Ta mechanika jest całkiem fajna, gdy gramy w większej grupie, ale… 

The Lord of the Rings: Return to Moria

Nie dla ciebie solowiczu!

Trzeba to powiedzieć głośno i wyraźnie – The Lord of the Rings: Return to Moria jest nieziemsko męczącą grą jeśli gramy solowo. Samotne przeczesywanie Morii to katorga, cierpienie i strach o ekwipunek… Wszelkie tworzenie elementów przeciąga się w czasie, a finalnie mamy problem z pokonaniem większych przeciwników pokroju niedźwiedzia jaskiniowego bądź trolla. A gdy zginiemy daleko od łóżka, to tracimy cały ekwipunek i budzimy się z gołym tyłkiem. Przebiegnięcie przez dziesiątki orków, wilków czy innego szkaradztwa bez przygotowania jest praktycznie niemożliwe. Sam straciłem ponad godzinę, próbując wrócić do stanu wyjściowego po przypadkowym zgonie spowodowanym hordą.

A to właśnie mechanika hordy całkowicie odebrała mi smak solowej gry. Walczyłem z jedną przez blisko 10 minut (a raczej uciekałem przed nią, chowając się po kątach) i w trakcie walki… przywołałem kolejną. Myślałem, że coś mnie trafi i w sumie trafiło niczym Boromira – grad strzał prosto w krasnoludzką pierś. Do tego orkowie zniszczyli mi cały obóz, a gdy odrodziłem się w łóżku, wpadłem w ślepą pętlę śmierci i odradzania, próbując pozbyć się pozostałych pomiotów Morgotha. Gdy w końcu po godzinnej zabawie i ogromnej cierpliwości udało mi się w końcu oczyścić obóz… pojawiła się kolejna horda. Wówczas załamałem ręce i stwierdziłem, że mam już dość. 

Sprawdź też: Ballady Beleriandu. Historia Śródziemia Tom III – recenzja książki – Pieśni zatopionych krain

Zwłaszcza że walka to totalna padaka. Mamy proste mechaniki słabego i silnego uderzenia oraz blok. To tyle. Wszystko dzieje się w jednej płaszczyźnie, więc niczym w starych platformówkach okładamy przeciwników, czekając, aż w końcu padną. Twórcy nie pokusili się o paski życia, więc walka z wrogiem to czysto losowa zabawa, w której czekamy, aż finalnie po którymś obaleniu się nie podniesie. A przeciwnicy potrafią nas trafić nawet zza skały, bądź wykonać takie zamachy, że nie mamy szans ich zablokować. Z innej beczki wrogowie cechują się nieziemską głupotą i potrafią dosłownie stać, otrzymując uderzenia na twarz. Innym razem biegają wokół nas, bo nie są w stanie wyprowadzić ataku, bądź biegną na drugą stronę pomieszczenia z nieznanego powodu. A to dopiero początek problemów Return to Moria. 

The Lord of the Rings: Return to Moria

Moria jest jeszcze gorsza, niż zapamiętałem…

Samo eksplorowanie Morii po prostu wkurza. I to bardzo. O ile na początku mamy kilka sal i jedną większą komnatę. Gdy jednak pchamy fabularnie całą opowieść do przodu i zaczynamy penetrować kolejne pomieszczenia, nasza linia zaopatrzeniowa (bo niektóre elementy jak elfie drewno znaleźć można tylko w jednej lokalizacji) zaczyna się nieziemsko dłużyć. A że w kopalni niebezpieczeństw pokroju orków czy przepaści nie brakuje, bieganie w tę i z powrotem nie bardzo zachęca. Co prawda przewidziano możliwość teleportowania się pomiędzy obozami, ale… do tego trzeba czarnych diamentów, a te są baaardzo rzadkie. Dlatego finalnie wszędzie biegamy z buta.

Oczywiście mamy limit miejsca w plecaku, więc targanie ze sobą ogromnej ilości zapasów mija się z celem. Zwłaszcza że nigdy nie wiadomo czy nie wpadniemy na trolla albo na całą hordę orków. Kolejnym przeciwnikiem są na pewno kwestie techniczne, bo te potrafią zagiąć nawet najwytrwalszego przedstawiciela ludu Durina. Można stworzyć większe plecaki oraz odbudowywać rozrzucone domostwa tu i ówdzie… póki nie wyskoczy horda. I wówczas niesprawne kowadło staje się najmniejszym problemem.

Sprawdż też: Gdy książka skrzyżuje się z grą i odleci w kosmos – recenzja The Invincible

Inną kwestią jest wytrzymałość ekwipunku, zwłaszcza pancerza. O ile narzędzia pokroju kilofów czy toporów wytrzymują całkiem sporo, tak zbroja po zaledwie kilku uderzeniach traci całą swoją wytrzymałość. A gdy połączymy to z tragiczną mechaniką walki, przepis na frustrację mamy gotowy. Sam interfejs jest całkiem przejrzysty, ale budowanie z pomocą pada, to straszna męka. Odpowiednie ustawienie platformy – od której zależy, czy grawitacja doprowadzi mojego krasnoluda do śmierci – zajmuje nie raz kilka minut! A gdy gonią nas orkowie i chcielibyśmy szybko przebyć jakąś przepaść, to nagle okazuje się, że walczymy nie tylko z pomiotami Morgotha… 

The Lord of the Rings: Return to Moria

A miało być tak dobrze!

Nie ukrywam, że The Lord of the Rings: Return to Moria to mój największy tegoroczny zawód. Władca Pierścieni, krasnoludy i motyw z survivalem. Co mogło pójść nie tak!? Finalnie okazało się, że prawie wszystko. Co prawda gra ratuje się kooperacją, ale to uzależnienie od innych graczy i brak crossplayu (podobno jest w planach) wybitnie boli. Chciałem samotnie przebyć ciemności Morii, ale bębny z głębin totalnie mnie pokonały. 

Po cichu liczę, że deweloperzy mają pomysł na rozwój swojej gry. I że w końcu trafi na Steam, bo nie ukrywam, że o wiele bardziej interesuje mnie wersja na PC niż na konsolę. Może kolejne aktualizacje, zmiany w mechanikach oraz wsparcie samotnego gracza sprawi, że będę miał ochotę na kolejną przygodę? Nie wiem, nie wykluczam, ale jak Thorin II Dębowa Tarcza czuję zew góry… muszę tylko wychwycić odpowiedni moment i zebrać odpowiednich krasnoludów. 

Zalety

-Władca Pierścieni.
– Krasnoludy, piwo oraz śpiew.
– Dużo zyskuje w gronie przyjaciół.

Wady

– Samotne granie nie ma sensu.
– Meczące i nietrafione mechaniki.
– Motyw hordy.
– Brak rozwoju postaci.
– System walki.
– Inteligencja przeciwników.


Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy PLAION Polska

Najnowsze artykuły w kategorii gry

Granblue Fantasy: Relink – recenzja gry.  Epickie RPG, w które musisz zagrać tej zimy!
19lut

Granblue Fantasy: Relink – recenzja gry.  Epickie RPG, w które…

Uwielbiam japońskie produkcje i to nie jest tajemnica. Najwięcej czasu…

BLOOD WEST – Klimatyczny krwawy zachód 
12lut

BLOOD WEST – Klimatyczny krwawy zachód 

Wraz z początkiem grudnia czeluści wczesnego dostępu opuścił Blood West.…

Grime — recenzja gry — krocząc ku nieznanemu
12lut

Grime — recenzja gry — krocząc ku nieznanemu

Ostatnio dość często ogrywam metroidvanie. Nic więc dziwnego, że Grime…

Potrzeba bycia najlepszym — The Guild 3
12lut

Potrzeba bycia najlepszym — The Guild 3

Gramy często po to, aby spełnić swoje marzenia, marzenia o…