Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy — Recenzja serialu. Gdzie te Pierścienie?

Czy największy w historii budżet przeznaczony na serial to przepis na sukces? Czy może dzieło Tolkiena, ojca high fantasy, jako materiał źródłowy? Jak się okazuje, nawet jeśli serial posiada obie te rzeczy, to nie gwarantuje to triumfu na nieustannie rosnącym rynku platform streamingowych.

Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy — Recenzja serialu. Gdzie te Pierścienie?

Jakże chciałoby się zacząć ten tekst wspaniałym poematem o Wielkich Pierścieniach (zwanych również nieprzypadkowo Pierścieniami Władzy), jednakże po zakończeniu pierwszego sezonu,  serial ja na razie ma z nimi bardzo mało wspólnego. Obawiam się, że równie daleko jest mu do pierwszego fragmentu tytułu. Piękne hasła marketingowe nawiązujące do powrotu do Śródziemia nie potrafiły zakryć tego, co działo się za kulisami. Producentów chwalących się spotkaniami z rzekomą, wybraną przez siebie społecznością Tolkienowską czy zwolnienia znanego Tolkienisty Toma Shippeya ze względu na to że zwracał na uwagę na wybiórce podejście do dzieł Tolkiena. Nie będę głębiej zanurzał się w ten temat, który i tak został już dogłębnie przeanalizowany przez osoby mądrzejsze ode mnie. Skupię się natomiast  na samym serialu, choć bez odniesień do dzieł Profesora i porównań do filmów Jacksona raczej się nie obędzie.

Cień Przeszłości

Mimo podzielenia sezonu na 8 odcinków i tak trudno jest w zwięzły sposób przedstawić fabuły, tym bardziej że bywają momenty, gdzie śledzimy 4 różne wątki w tym samym momencie.  Pierwszy z nich, który odważę nazwać się głównym to Galadriela przemierzająca Śródziemie w poszukiwaniu sługi Morgotha, która na swojej drodze napotyka Halbranda, uznając go za potomka dawno wymarłych królów krain południowych. W tychże krainach żyją ludzie, których przodkowie służyli upadłemu Valarowi, strzeżeni przez Elfów (w tym również Arondira),  niestety po pewnym czasie ich ziemie zaczynają nękać hordy orków. Tymczasem elfowie zaczynają gasnąć z powodu braku blasku Valarów, a uratować może ich jedynie pewien metal, odkryty przez Krasnoludy w kopalniach Khazad-dun. Zmusza to do pertraktacji między dwoma rasami. A w innej części Śródziemia koczownicze plemię skrycie przemieszczających się Harfootów napotyka Nieznajomego, który  dosłownie spadł z nieba.

Całkiem dobry casting

Wydaje mi się, że ekipa od Amazonu postawiła na mniej znanych aktorów, których w większości zobaczyć można było wcześniej różnych innych serialach. Wśród bohaterów prym wiedzie Gladriela, grana przez Morfydd Clarck (Mroczne Materie, Patrick Melrose, Saint Maud) wraz z napotkanym na swojej drodze Halbrandem, w kreacji Charliego Vickersa (Medici, Palm Beach). Nie zabrakło również innych elfów, których zobaczyć mogliśmy już na ekranie przez dłuższą lub krótszą chwilę, czyli Roberto Armayo (Co kryją jej oczy, Hotel dla Samobójców, Zwierzęta nocy) jako Elronda Półelfa oraz Benjamina Walkera (Jessica Jones, W samym sercu morza, Wybór) jako Wielkiego Króla Gil-Galada. Oprócz nich warto zwrócić swoją uwagę na Arondira, kreowanego przez Ismaela Cruz Cordovę (Stacja Berlin, Wystrzałowa Miss, Od nowa) i towarzyszącą mu Bronwyn, graną przez Nazianin Boniadi (Ben-Hur, Hotel Mumbaj, Odpowiednik). Nie sposób zapomnieć o postaci Durina IV, którego grał Owain Arthur (Wyznanie, Babylon, White Island) oraz młodej Harfootki Nori, za którą odpowiadała Markella Kavenagh (Płacz, My first summer, The Gloaming).

Uczta dla oka i ucha

Należy oddać to, że pod względem wizualnym i muzycznym Pierścienie Władzy to jeden z najlepszych seriali ostatnich lat. Za motyw do napisów początkowych odpowiadał sam Howard Shore, który wcześniej komponował muzykę do obu trylogii Petera Jacksona. Jego delikatny i podniosły wydźwięk w pierwszych paru sekundach wydaje się nowe, nieznane, jednak w miarę zbliżania się do końca sprawne ucho może wychwycić brzmienia przywodzące na myśl te skomponowane dla filmów Nowozelandczyka. Za pozostałą muzykę w serialu odpowiada Bear McCreary, który moim zdaniem z tego zadania wywiązał się wyśmienicie. Tak jak Shore, zadbał o to, by każda z ważniejszych postaci, miejsc i zdarzeń miało swój własny motyw, który z czasem przeplata się z innymi, w ostatecznym rozrachunku tworząc wspaniałą symfonię, która stara się nadać narracji nową płaszczyznę. Jedyne co można by w tym zakresie ulepszyć to większe współbrzmienie między motywem z czołówki a resztą serialu, co niestety może być trudne do osiągnięcia przy niezależnej pracy dwóch kompozytorów. Warto też wspomnieć o poemacie o Pierścieniach, w przepięknym wykonaniu Fiony Apple, który wieńczy ósmy odcinek i skuteczniej wywołuje ciarki na plecach, jednocześnie wyrywając się trwale w pamięci.

Za zdjęcia do serialu odpowiadało trzech różnych operatorów (Aaron Morton, Alex Disenhof i Oscar Faura), jednakże wszystkie ujęcia są tak dobrze utrzymane w jednym nurcie, że trudno określić, który z nich odpowiada za dany odcinek. Podobnie jak w filmach Jacksona, część z szerokich, plenerowych ujęć została nakręcona nigdzie indziej, a w Nowej Zelandii. Poza takimi pięknymi widokami natury zaserwowanymi chociażby w pierwszym odcinku otrzymaliśmy również wiele lokacji, które ze wsparciem efektów komputerowych prezentują się wspaniale. W Pierścieniach po raz pierwszy odwiedziliśmy Numenor, który architekturą przypomina z antyczną Grecję i Rzym, elfie Królestwo Lindon, wypełniony kolumnami z drzew, nomadzkie wozy Harfootów i ponure chatki w krainach południowych. Jednak warto zaznaczyć, że ponownie na ekranie ujrzeliśmy Khazad-Dun, wielkie królestwo krasnoludów, tym razem rozświetlone i pełne życia.

Nie widziałeś tego, co ja widziałam…

Mimo bycia główną bohaterką, Galadriela najbardziej ucierpiała przez taki, a nie inny scenariusz. Stworzono z niej postać, która przez prawie cały czas trwania serialu zaślepiona jest zemstą na Sauronie, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się wokół niej. W wyniku tego otrzymujemy dość porywczą, naiwną oraz płytką postać, która niechcący może doprowadzić do tragedii. Na szczęście w ostatnim odcinku zaczyna nabierać trochę głębi. Inną dziedziną gdzie twórcy totalnie położyli sprawę, są niestety Harfooci, którzy do serialu zostali wprowadzeni by oprócz mrugnięcia do fanów produkcji Jacksona, pełnić funkcję elementu komicznego w przypadku,  gdyby inne zawiodły. Oprócz braku znaczących scen (z wyłączeniem finału) i płytkich dialogów złą decyzją było przydzielenie im irlandzkiego akcentu, który brzmi jeszcze gorzej, gdy zostaje użyty z dwoma innymi w tym samym dialogu. Dla odmiany natomiast bardzo dobrze napisana została relacja między Elrondem a Durinem IV, która w oczywisty sposób nawiązuje do przyjaźni Legolasa i Gilmliego. Mimo początkowych niesnasek są oni w stanie dużo sobie wybaczyć, by finalnie stać się niczym bracia. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć sporej dawki komizmu jak przyjacielskie przekomarzanie się na temat początków ich znajomości, czy uwolnienie Gil-Galada od jego stołu do uczt. Ciekawie poprowadzone zostało również rozwijające się uczucie między elfem Arondirem a Bronwyną, ludzką uzdrowicielką z krain południowych, która z kolei nawiązuje do innych par tego uniwersum. Jednakże twórcom udało się stworzyć coś oryginalnego, mającego potencjał na rozwój.

Wysyp nieścisłości

Już po pierwszych trzech odcinkach potwierdziłem swoje przewidywanie, że mimo wszelkich pięknych haseł serial ma w głębokim poważaniu materiał źródłowy, cały świat i jego chronologię stworzone przez Tolkiena. A oczekiwania showrunnerów, by ich dzieło stało się bezczasowym hitem, mogą, po kolejnym sezonie na miarę pierwszego, upaść z większym hukiem niż wieża Barad-dur na koniec Trzeciej Ery. Po upływie kilku kolejnych łatwo zauważyć, że w serialu mocnej postawiono na widowiskowość niż na pisanie dobrych dialogów czy logiczne uporządkowanie historii. Do najbardziej niezręcznych należy prawdopodobnie ten wypowiedziany  przez Finroda, brata Galadrieli: „Czy wiesz, dlaczego statek unosi się na wodzie, a kamień tonie? Kamień spogląda tylko w dół”. Słysząc te słowa w pierwszych minutach pierwszego odcinka, zacząłem obawiać się o jakość dialogów w dalszej części serialu. I niestety obawy były słuszne, bo po obejrzeniu pozostałych odcinków nie zauważyłem znaczącej obawy pod tym względem. Może zamiast pakowaniu ogromnych finansów w takie sceny jak powstanie Mordoru (muszę oddać, że było całkiem widowiskowe i na swój sposób piękne), warto byłoby zatrudnić kilka osób więcej, które zadbałyby o lepiej napisany scenariusz.

W tym miejscu pozwolę sobie wspomnieć kolejny aspekt, który negatywnie wpłynął na mój dość mieszany, popadający w negatywny odbiór serialu. Pierścienie Władzy to produkcja pełna nieścisłości, luk logicznych czy nadmiernego wykorzystania tzw. plot armor. Bo mimo całej niesamowitości Galadrieli i Numenoryjczyków trudno wyjaśnić to, jak przetrwali wybuch Góry Przeznaczenia, będąc smaganymi przez rozżarzoną chmurę popiołu i odłamków skał. Również to, że w niewiadomy sposób wiedzieli gdzie ruszyć  z odsieczą, zanim jeszcze przybyli do Śródziemia jest co najmniej zastanawiające. Jeszcze bardziej interesująca jest budowa statków floty Numenoru. Scena kawalerii przybywającej ze wsparciem o świcie zdecydowanie miała na celu uderzyć w struny sentymentu u widzów, ale jak wytłumaczyć to, że trzystu żołnierzy i prawdopodobnie jeszcze więcej wierzchowców upchano w trzech niezbyt dużych statkach? Uśmiech z powodu banalności zastosowanego rozwiązania wywołała u mnie również scena ze zniszczeniem elficiego posterunku, wraz ze znajdującymi się w niej orkami. Przecież to jasne, że każda z wież wybudowanych przez elfy posiada linę, której zniszczenie spowoduje rozsypanie się całej budowli na pojedyncze kamienie. Prawie zapomniałem również o tym, że w kilku momentach showrunnerzy totalnie popuszczają wodze fantazji,  sugerując śmierć dwóch postaci. Jest to totalnie niepotrzebny zwrot w fabule, gdyż, jak wiadomo z Dodatków do Władcy Pierścieni, jedna z nich w przyszłości weźmie udział w ważnej dla Śródziemia bitwie.

I gdzie są te pierścienie?

Pierścienie Władzy nie jest ani produkcją wybitną, ani tragiczną, wspaniała oprawa muzyczna i przepiękne ujęcia nie zrównoważą źle napisanego scenariusza, pełnego luk i irracjonalnych zachowań. Owszem, momentami serial zachwyca iście baletową choreografią walk i widowiskowymi scenami akcji, ale nawet miliony wpompowane w serial i masa odniesień do filmów Jacksona sprawią, że z generycznego serialu fantasy stanie się porywającym dziełem. Wydaje się, że producenci nie mogli zdecydować się na inne rozplanowanie wątków w serialu, w wyniku czego akcja często przeskakuje z miejsca na miejsce, niestety pozostawiając za sobą wiele  pytań i niedokończonych myśli. Wbrew wszystkim hasłom z akcji marketingowej Pierścienie okazały się nie być adaptacją dzieł Tolkiena, lecz tylko realizacją luźno na nich opartą. A samemu finałowi, mimo iż był najlepszym odcinkiem, zarzucić można usilne bawienie się widzami, mieszając prawdziwą tożsamość dwóch postaci oraz (prawdopodobnie) celowe ukazanie tylko trzech Wielkich Pierścieni. Mimo występowanie słowa ‘pierścień’ aż dwa razy w tytule, na około 8 godzin czasu ekranowego idea stworzenia pierścieni otrzymała może 15-20 minut. Czyżby twórcy bali się o oglądalność kolejnych sezonów i pozostałe szesnaście pierścieni zostawili na drugi sezon, by mieć czym zachęcić widzów? Tego dowiemy się zapewne za jakieś dwa lata. Serial nie jest dziełem wybitnie złym, ale ma w sobie bardzo dużo do poprawy. Po seansie moje osobiste nadzieje na coś przełomowego niestety dość ostygły, lecz będę śledził kolejne sezony, by zobaczyć czy którekolwiek z niedociągnięć zostanie naprawione.

Podziel się ze znajomymi:

Udostępniam
Udostępniam
Udostępniam

NAJNOWSZE WPISY

O NAS:

Chcesz być na bieżąco, a nawet wiedzieć więcej o grach, komiksach, serialach lub filmach? GraPodPada.pl jest miejscem, gdzie znajdziesz informacje tworzone przez pasjonatów dla… graczy, czytaczy i oglądaczy ! Reprezentujemy różne opinie, patrząc na popkulturę z wielu perspektyw! Dlatego codziennie spodziewaj się treści wysokiej jakości i odnajduj interesujące Cię recenzje i informacje. Grasz w to? GraPodPada.pl to miejsce dla Ciebie… to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected]