MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Obi-Wan Kenobi – recenzja odcinków 1 i 2. Czy nostalgia wystarczy, żeby docenić wyczekiwany hit Disney+?

Historia mojej przygody z uniwersum Gwiezdnych Wojen to prawdziwy rollercoaster. Od ogromnej fascynacji w dzieciństwie, przez chwilowy postój w latach nastoletnich, przyznaję, że nadal mam wiele serialowych produkcji do nadrobienia, ale stopniowo swoje braki uzupełniam. Aż na wielkim powrocie do Star Wars przy okazji premiery nowych filmów Disneya, czy gier Battlefront. Ogromny kryzys, który dotknął mnie jako fana, przyszedł przy okazji premiery Gwiezdne Wojny: Skywalker odrodzenie. To właśnie wtedy uznałem, że to, co dzieje się w mojej ukochanej przecież serii, to już naprawdę za dużo. Byłem w stanie znieść leniwy scenariusz w Mandolorianinie, czy te fatalne momentami dialogi, bo po prostu dobrze się w tym świecie bawiłem. Niestety dziewiąta część sagi Skywalkerów to był moment mojego rozbratu z serią. Obok Księgi Boby Fetta przeszedłem zupełnie obojętnie, gdzie jeszcze kilka lat wstecz wystarczyłoby mi, że to nowe przygody w odległej galaktyce. Dlatego właśnie liczyłem (pomimo licznych obaw), że Obi-Wan Kenobi będzie serialem, który pozwoli mi wrócić do niegdyś uwielbianej marki. Czy to się udało? Ostrzegam, że na to pytanie odpowiem, nie unikając spoilerów, bo tutaj naprawdę nie mogę ich unikać.

Obi-Wan Kenobi – recenzja odcinków 1 i 2. Czy nostalgia wystarczy, żeby docenić wyczekiwany hit Disney+?

Nie taki Kenobi ładny, jak mógłby być

Chciałbym zacząć od strony wizualnej tego serialu. Aktorskie produkcje Gwiezdnych Wojen pomimo tony CGI potrafiły urzekać plenerami, czy po prostu zaplanowaniem powierzchni. Tatooine to chyba najbardziej kultowa planeta w całej sadze i tak fabularnie dla niej ważna. Tutaj mam wrażenie, że ktoś nie podszedł do niej poważnie. Próżno szukać to atmosfery znanej z trylogii prequeli czy z Nowej Nadziei. Zatłoczone stragany są jakieś puste pomimo ilości osób, które się tam znajdują, ludzie wydają się tam jacyś zagubieni. Ja naprawdę nie podchodziłem nastawiony negatywnie do najnowszej produkcji Disney+, ale są rzeczy, które po prostu widać na pierwszy rzut oka. Operatorem jest Chung-hoon Chung znany, chociażby za cudowne ujęcia z Oldboya, czy Ostatniej nocy w Soho. W Obi-Wan Kenobim niestety nie mógł pokazać pełni swojego talentu. Mam wrażenie, że robił, co mógł, ale rewolucyjna technika z użyciem ekranów, które zastępują green screen, wygląda znacznie sztuczniej, niż w poprzednich seriach z platformy streamingowej Myszki Miki.

Kadr z serialu Kenobi

Tam, gdzie scenografia nas osłabia, tam pomagają kostiumy. Suttirat Anne Larlarb pokazała, że umie dopasować ubrania do uniwersum i za to należą się jej wielkie brawa. Warto dodać również, że sceneria w drugim odcinku „trącająca” nieco cyberpunkowymi neonami była znacznie przyjemniejsza dla oka, więc może w kolejnych epizodach jest szansa na poprawę. Niestety jest inna warstwa, która sprawia, że mam poważne wątpliwości dokąd ten serial zmierza, a mianowicie scenariusz. Widać, że nakreślone tu wątki to naprawdę pójście po linii najmniejszego oporu. Wolałbym oglądać kameralne przygody Obi-Wana na pustyni, czy poznawać jego codzienne życie, niż na dzień dobry dostać kilku złoli biegających po piaskowej planecie i szukających Jedi. Do tego dochodzi motyw porwania Leii Organy i mamy wspaniały przykład używania prostych i znanych schematów, żeby wszechobecną akcję podbudować „jakimś wydarzeniami”. Gorzej, że same walki też mnie w ogóle nie porwały. Ewan McGregor chyba sam nie był przekonany do tego, co przygotowali dla niego choreografowie, bo jego walka wręcz wyglądała, jakby odtwarzał ruchy z pamięci bez żadnego wczucia się w te wydarzenia. Wielka szkoda, że to były pierwsze pojedynki Kenobiego w tej serii, ponieważ później niesmak szybko zniknął, kiedy główny bohater użył sprytu, jakiego oczekuje się od Jedi.

Kadr z serialu Kenobi

Najpierw niestety dostaliśmy kolejne scenariuszowe uproszczenie, ponieważ jeden z najbardziej cenionych mistrzów jasnej strony mocy, bez pardonu wchodzi do pokoju, gdzie potencjalnie może znajdować się Leia, ale jakoś zapomina sprawdzić, czy za plecami nie czają się zbiry, które go pojmają. Po typowej dla tego typu scen wymianie zdań pomiędzy Obi-Wanem a postacią graną przez Flea’ę (tak, to ten basista RHCP i uważam, że to naprawdę dobry casting!), dostajemy chyba mój pierwszy ulubiony moment. Kiedy bandzior mówi: „Krwawisz mi na podłogę”, to Ben odpowiada: „Każdy czasami krwawi”, po czym rzuca na ziemię czerwoną bombę dymną, zakłada maskę i opuszcza celę. Właśnie takiej akcji oczekiwałem!

Kadr z serialu Kenobi

Problemy większe niż scenariusz, czy scenografia

Niestety to nie koniec wad pierwszych dwóch odcinków, a tym największym muszę poświęcić osobny akapit. Po pierwsze cały serial rozpoczyna trzyminutowy montaż podsumowujący wydarzenia z prequeli. Jakimś cudem ktoś odpowiedzialny za ten fragment, potrafił tak fatalnie dobrać muzykę i ułożyć poszczególne sceny, że moje uwielbienie do tej trylogii oraz bagaż emocjonalny relacji Obiego i Anakina, który jest mi tak bliski, stał się kompletnie bezwartościowy. Naprawdę, oglądałem to i nie wierzyłem, że słowa „You were my brother Anakin” nie robią na mnie wrażenia. Ta osoba nie powinna nigdy więcej robić żadnych mash-upów. Zapewne można wytłumaczyć to wszystko próbą wprowadzenia dla nowych fanów, ale czy nie można było tego zrobić porządnie?

Po drugie, nie wiem kto, pisze dialogi w serialach z Gwiezdnych Wojen. Jednak powinien szybko przestać. Tutaj nie muszę nawet wiele komentować, po prostu poniżej fragmenty rozmów, które zapamiętałem z seansu:

A: Co robimy?
B: Uciekamy!

A: Wiesz kim jesteśmy?
B: Inkwizytorami, polujecie na Jedi.
A: Tak, właściwie powiedziałbym, że to Jedi polują na samych siebie.

Obi-Wan podchodzi na „peron” ze statkiem i zatrzymuje się:
A: Idziesz, czy nie?

To nawet nie jest nadmierna ekspozycja, to jest po prostu grafomania. Czasami wolałbym, żeby scena była przemilczana, niż żeby padały tam takie „kwiatki”, jak te powyżej.

Kadr z serialu Kenobi

Po trzecie, aktorstwo Moses Igram, czyli Trzeciej Siostry, czy też inkwizytorski Revy. Nie wiem jakie instrukcje dostała ta aktorka od Deborah’y Chow, ale niestety jej postać jest „przeszarżowana”. To wszystko wygląda tak, jakby dobre umiejętności miały iść w parze z ciągłym krzyczeniem. To tak, niestety nie działa. Dodatkowo mocno skrzywdził ją sam scenariusz. Jej irracjonalne zachowanie i ciągła niesubordynacja, już dawno powinny prowadzić do wydalenia jej ze służby. Do tego nie do końca jasne jest, dlaczego tak bardzo poszukuje ona Obi-Wana Kenobiego, skoro nadal można znaleźć innych rycerzy Jedi. Podobno jej krucjata trwa od wielu lat, a nadal nikt nie wybił jej tego pomysłu z głowy. W drugim odcinku, niby wspomina coś o tym, że Darth Vader chce widzieć się ze starym Benem i sam go szuka, ale widz nie miał podstaw sądzić, że jest ona aż tak oddana mrocznemu lordowi. Wisienką na tym torcie z bagna jest zabicie przez nią Wielkiego Inkwizytora, jakby to było posmarowanie chleba masłem oraz dziwne salta, kiedy przemierza dachy szukając Obiego, te ruchy bardziej ją spowalniały, niż pomagały, a przy okazji psuły naprawdę dobrą scenę strzelaniny. Kompletnie nie wiem również kto, zgodził się na scenę, w której inkwizytorka pyta cywilów, o to, czy widzieli jakiegoś Jedi, a jej wzrok „przypadkiem” wędruje na Owena Larsa. O dialogu „Farmer, prawda?” chciałbym również szybko zapomnieć, bo nawet nie mam pomysłu, skąd mogła znać jego zawód. Jeżeli, to ona ma być głównym czarnym charakterem obok Vadera, to ja pasuję.

Po czwarte, wady znane już z Mandolorianina, czy trylogii sequeli. Czyli „losowy droid numer 8”, który ma być słodki i pewnie prowadzić do sprzedaży zabawek. Oczywiście niewnoszący do fabuły nic szczególnego. Na dokładkę naprawdę ładne ujęcie na miecz świetlny Kenobiego na zakończenie pierwszego odcinka, dziwne tylko, że ukrywający się rycerz Jedi nagle świeci sobie tą kultową bronią. Tempo akcji w tych dwóch epizodach również nie nastraja pozytywnie, ponieważ widoczny jest schemat: mocne wydarzenie na początku, „lanie wody” i mocne wydarzenie na końcu.

Kadr z serialu Kenobi

Bardzo długo narzekałem, ale to nie znaczy, że nie ma tutaj zalet!

Musiałem z siebie wyrzucić wszystkie negatywne emocje, żebym mógł przejść do tego, co mi się w Obi-Wan Kenobim podobało. Przede wszystkim powrót „starych aktorów”, Ewan McGregor, Joel Edgerton (Owen Lars), czy Jimmy Smits (Bial Organa) naprawdę błyszczą i ich popisy ogląda się przyjemnie. Dodatkowo udział Flea’i oraz Bennyego Safdie’go to tylko więcej powodów do radości! Podobnie jak dobrze przemyślane cameo Temuera’y Morrisona, jako żebrującego weterana wojen klonów, który zbiera kredyty do hełmu. Na pochwałę zasługuję także Vivien Lyra Blair, czyli Leia Organa. Najmłodsza aktorka na planie przypomina mi w swoich poczynaniach młodego Sheldona Cooper i naprawdę przyjemnie napisano jej postać. Dobrze wykorzystano też osobę Owena Larsa, jego zachowanie mocno nawiązuje do tego z oryginalnej trylogii, a sama dyskusja z głównym bohaterem, to akurat przykład dobrze napisanych dialogów.

W pierwszym odcinku dostaliśmy również nowe sceny z wykonania rozkazu 66, czego nigdy za wiele. Tutaj choreografowie wykonali genialną robotę i należy ich za to pochwalić, tak samo, jak osobę, która pozwoliła na pokazanie uciętej mieczem świetlnym dłoni! To są małe detale, które potrafią zmienić odbiór sceny. Muszę również wspomnieć o momencie, w którym Obi-Wan pierwszy raz używa mocy, co było także bardzo ważne dla historii, ponieważ Leia wątpiła w szczerość jego intencji. Stało się, to kiedy mała księżniczka zlatywała z dachu i Kenobi „złapał” ją mocą. Mimo swojej prostoty trafiło to u mnie w odpowiednie emocje, ale nie mogłem uciec od porównania tego „lotu” do tego, który zaliczyła Gwen Stacy w Niesamowitym Spider-Manie 2. Pozdro i poćwicz Peterze Parkerze!

Kadr z serialu Kenobi

Zmierzając do brzegu...

Podsumowując ten natłok myśli, ogólnie jestem zawiedziony poziomem tej produkcji. Nie pasują mi tutaj dokładnie takie elementy, o które bałem się przed premierą, czyli dialogi, scenariusz, czy postacie inne, niż te, na które czekają fani. Mimo wszystko, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Ewana McGregora, to na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Czekałem na to wiele lat, szkoda, że moja mimika później wskazywała już na zniesmaczenia.

Nie oznacza to, że porzucę oglądanie tego serialu, wręcz przeciwnie! Jeżeli wezmę poprawkę na wszystko, co złe, to będę mógł cieszyć się z popisów aktorskich McGregora. W dwóch pierwszych odcinkach warto skupić się na kilku scenach z jego udziałem, żeby zobaczyć jak dobrze rozumie postać, którą odgrywa i jej bagaż emcojonalny. Po pierwsze moment, w którym mówi Leii, że przypomina mu kogoś i jednocześnie mocno walczy ze sobą, żeby nie powiedzieć, że chodzi o Padme, a po drugie, kiedy dowiaduje się, że Anakin nadal żyje. Mistrzostwo!

Kadr z serialu Kenobi

Niestety nie czuję się „kupiony” tym, co zaserwowano nam na Disney+. Nadal jest tutaj zbyt dużo wad, żebym mógł w pełni cieszyć się tym przeżyciem, chociaż pierwsze ukazanie Vadera w komorze regeneracyjnej spowodowało, że czułem dyskomfort z tego, że się ekscytuję. Życzę sobie i Wam, żeby epizody od 3 do 6 były o wiele lepsze, niż to, co dostaliśmy na samym początku!

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

NAJNOWSZE WPISY

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ