REKLAMA

Gwiezdne Wojny: Mandalorian i Grogu – recenzja filmu – Epizod serialu rozciągnięty do miana pełnometrażowego filmu, czyli gwiezdny recycling

Sonia Moćko

Opublikowano: 21 maja 2026

Spis treści

Przez pół filmu miałam wrażenie, że oglądam specjalny odcinek serialu puszczony przypadkiem w sali IMAX. Dopiero kiedy na ekran wszedł syn Jabby, zrozumiałam, że ktoś naprawdę uwierzył, iż to materiał na kinowe widowisko. Czemu mam odmienne zdanie? Zapraszam do lektury!

 

To nie jest kino, tylko binge watching w garniturze

Siedząc w kinie, bardzo długo próbowałam znaleźć moment, w którym ta historia zaczyna uzasadniać własne istnienie. Nie chodzi tu o brak widowiskowości, bo pieniądze widać na ekranie od pierwszych sekund. Chodzi o konstrukcję całej opowieści. Wszystko wygląda tak, jakby ktoś wziął trzy przeciętne epizody serialu, połączył je efektownymi przejściami i uznał, że skoro trwa to ponad dwie godziny, to automatycznie staje się filmem. No niestety, to tak nie działa.

Największy problem polega na tym, że ja już to wszystko widziałam. Mando (Pedro Pascal) dostaje zadanie, tym razem od pułkownik Ward granej przez Sigourney Weaver. Lecimy na planetę. Ktoś potrzebuje pomocy. Jest pościg. Grogu robi coś uroczego. Potem następna planeta i kolejna misja. W serialu taki rytm miał sens, bo przypominał kosmiczny western. Każdy tydzień był nową przygodą. Bohaterowie idą przed siebie, ale historia stoi w miejscu. Ale film rządzi się swoimi prawami. Musi mieć wyraźny początek, środek i mocny finał, wnosić dużą stawkę emocjonalną i posiadać wyraźny motyw przewodni. Tutaj dostaliśmy zapychacz pomiędzy kolejnymi sezonami serialu.

REKLAMA

Co boli mnie najbardziej? Niewykorzystany potencjał. To mogła być unikalna historia rozgrywająca się na klimatycznej planecie Shakari. To miasto o cyberpunkowym sznycie, pełnym a’la azjatyckich neonów. Blade Runner w wersji Mandalorianina i jego zielonolicego syna? Scenarzyści mogli pokusić się o pokazanie miejskiego pazura i charakteru mieszkańców. Niestety nasi bohaterowie są tam tylko chwilę, a i tak większość rozmów dzieje się w celi Rotty. Lord Janu (Johny Coyne) chociaż jest dużą szychą i najniebezpieczniejszym człowiekiem w tym półświatku, jest totalnie bezbarwny i nie wnosi nic, oprócz swojego zamiłowania do ptactwa i walk na arenie. Sama arena miała wielki potencjał i gdy początkowi rywale musieli się sprzymierzyć, nagle dotarło do mnie, że już to widziałam w Thorze Ragnaroku!

Gwiezdne Wojny: Mandalorian i Grogu | materiały promocyjne

 

Grogu nadal wygrywa wszystko

Nie będę udawała cynika. Grogu nadal działa na mnie jak powinien. Nadal wystarczy jedno spojrzenie tej zielonej kulki i człowiek mięknie. Siedząca obok mnie na sali dziewczyna co chwilę wydawała z siebie odgłosy zachwytu i piski radości. Problem polega na tym, że film doskonale o tym wie i bezwstydnie to wykorzystuje.

Kiedy scenariusz zaczyna siadać, kamera ucieka do Grogu. Kiedy dialogi brzmią jak automatycznie wygenerowane teksty z marvelowskiego generatora dowcipów, Grogu robi coś słodkiego. Kiedy tempo zwalnia, dostajemy kolejną reakcję widowni typu awww. Mam wrażenie, że twórcy momentami sami nie wierzyli, że historia utrzyma uwagę widza bez niego.

A sam Mando? Coraz trudniej mi się przejmować bohaterem, który od kilku lat emocjonalnie stoi dokładnie w tym samym miejscu. Nadal chodzi w hełmie. Nadal mruczy o honorze. Nadal reaguje na wszystko z tą samą kamienną powagą. W serialu ratowała go atmosfera samotnego rewolwerowca. W filmie zaczęłam widzieć postać, która zwyczajnie nie ma już dokąd iść.

Gwiezdne Wojny: Mandalorian i Grogu | materiały promocyjne

 

Syn Jabby jest symbolem problemu tego filmu

I wtedy pojawia się on. Syn Jabby. Rotta Hutt (Jeremy Allen White).

Naprawdę nie wiem, kto uznał, że to będzie dobry pomysł na ważną postać kinowego Star Wars, ale dla mnie ten bohater stał się definicją wszystkiego, co dziś męczy mnie w tym uniwersum (i ogólnie w wielu blockbusterach). To postać zaprojektowana nie dlatego, że historia jej potrzebowała, tylko dlatego, że ktoś w Lucasfilm uznał, iż widzowie klaszczą, kiedy rozpoznają nazwisko albo gatunek.

Najgorsze jest to, że sam koncept mógł być ciekawy. Potomek jednej z najbardziej obrzydliwych gangsterskich ikon galaktyki brzmi jak materiał na postać tragiczną albo przynajmniej niejednoznaczną. Można było pokazać kogoś próbującego żyć w cieniu potwornego ojca. Można było zrobić gangsterski dramat w świecie Huttów. Tymczasem dostałam bohatera, który sprawia wrażenie żywego easter egga, a do tego ma w rodzinie bezbarwnych złoli, którzy do filmu nie wnoszą absolutnie nic.

I to boli najbardziej, bo właśnie na takich postaciach widać dziś kreatywny strach Lucasfilmu. Zamiast budować nowe ikony, studio bez końca recyklinguje stare elementy uniwersum. Rotta  nie istnieje tutaj jako pełnoprawny bohater. On istnieje jako przypominajka dla tych, którzy znają Jabbę Hutta. I właśnie dlatego wiem, jak bardzo tej postaci brakuje charyzmy. Z jego ust słyszymy wiele tekstów, które przypominają bardziej sesję u psychoterapeuty na temat trudnych relacji z ojcem niż dialog z odległej galaktyki. Co mogę powiedzieć o tej personie po filmie? Że bardzo chce udowodnić swoją wartość i chciałby mieć taką więź z ojcem, jak Grogu z Mando.

Sprawdź też: Ahsoka – recenzja serialu. Dave Filoni, zbawca odległej galaktyki

Gwiezdne Wojny: Mandalorian i Grogu | materiały promocyjne

 

Dużo hałasu, mało emocji

Uwydatnia to bolączkę najnowszych, nie tylko streamingowych produkcji.  Reżyser powinien pokazać emocje i traumy postaci oraz to jak je ukształtowały. Niestety zamiast tego to postaci w bezemocjonalnych monologach opisują siebie, tak jakby twórcy mówili nam co mamy myśleć. Nie chce słyszeć jakie kto odczuwa emocje. Chce je widzieć i sama na nie reagować.

 

Muzyka, która przyprawia o ciarki

Nie chcę też udawać, że wszystko jest złe. Są momenty naprawdę świetne wizualnie. Chociażby początkowe starcie, gdzie wielkie AT-AT pod wpływem laserów i wybuchów osuwają się z górskich zboczy czy choreografie scen walki.

Jednym z najjaśniejszych punktów Mandaloriana i Grogu jest oczywiście wybitna muzyka Ludwiga Göranssona. Momentami czułam klimat starej kosmicznej przygody. Brudnej, dziwnej i trochę westernowej. Kiedy usłyszałam główny motyw serialu w lekko zmienionej aranżacji, miałam ciarki na skórze. To było coś wspaniałego. Kompozytor postarał się, żeby ścieżka dźwiękowa brzmiała inaczej niż w serialu. Moje serce podbił też mocno osadzony w klimacie lat 80. kawałek Shakari.

Tylko że te przebłyski nigdy nie składają się w pełnoprawne filmowe doświadczenie. Całość jest dziwnie bezpieczna. Jak produkt testowany przez dział marketingu na grupach fokusowych. Nic tutaj nie ryzykuje. Nic nie wywraca stolika. Nawet te oskryptowane emocjonalne momenty wydają się przewidziane przez algorytm. Końcówka była dla mnie tak rozwleczona, że poczułam sporą senność i głowa kilka razy mi poleciała do przodu. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, jak byłam w kinie na Łotr 1. Podczas tamtego seansu w 2016 roku, czułam się jak mała dziewczynka, która poszła do kina na Mroczne Widmo. W przypadku Mandaloriana i Grogu dostałam historię właśnie dla dzieci.

Najbardziej brakuje mi poczucia, że oglądam historię, która musi być opowiedziana właśnie w kinie. Bo prawda jest brutalna. Gdyby ten materiał wrzucono jako trzy odcinki nowego sezonu serialu, prawdopodobnie nikt nie miałby większych pretensji. W każdej chwili można by zastopować i iść po picie, a w nudnym momencie sięgnąć po telefon i sprawdzić wiadomości na Messengerze. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy studio próbuje sprzedać to jako wielki kinowy powrót marki, na który fani tak bardzo czekają.

Wyszłam z seansu z poczuciem dziwnej pustki, która doskwiera mi coraz częściej po obejrzanych filmach. Nie dlatego, że film był fatalny. Właśnie nie. On jest po prostu boleśnie przeciętny. A przeciętność to coś, na co Disney i przemysł filmowy coraz częściej sobie pozwala.

Sprawdź też: Księga Boby Fetta – recenzja serialu. Dobry, zły i Boba Fett?

ZALETY +

WADY -

Za zaproszenie na pokaz prasowy dziękujemy Disney Polska!
Sonia Moćko

Dziennikarka z wykształcenia, kinomanka z zamiłowania odkąd mając kilka lat, trafiłam na niedzielny cykl "Kocham kino" na kanale drugim Telewizji Polskiej. Oceniłam na filmwebie ponad 4 tysiące filmów, 600 seriali i prawie 200 gier. Paragracz. Byłam normalna 3 koty temu. Ubóstwiam Baby Yodę i Sailor Moon. Ulubione platformy to Nintendo Switch i Xbox. Kolekcjonuje retro Barbie. Na Instagramie jako @matkapraskaodkotow.

REKLAMA

Rekomendowane artykuły

Przeznaczenie X. Grzechy Sinistera – recenzja komiksu – Mądry Sinister po szkodzie

Przeznaczenie X. Grzechy Sinistera – recenzja komiksu – Mądry Sinister po szkodzie

Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 2 – recenzja komiksu – W końcu dobra historia z Wolverinem?

Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 2 – recenzja komiksu – W końcu dobra historia z Wolverinem?

Jestem zagubionym aniołem — recenzja komiksu — Kryminał Barceloński powraca w świetnym stylu

Jestem zagubionym aniołem — recenzja komiksu — Kryminał Barceloński powraca w świetnym stylu

Starfield [PS5] – recenzja gry – Kosmiczna odyseja z ludzkimi problemami

Starfield [PS5] – recenzja gry – Kosmiczna odyseja z ludzkimi problemami

Diabeł ubiera się u Prady 2 – recenzja filmu. Project Runway. Moda się zmieniła, Miranda nie. Czy to wystarczy?

Diabeł ubiera się u Prady 2 – recenzja filmu. Project Runway. Moda się zmieniła, Miranda nie. Czy to wystarczy?

Ranger’s Path National Park Simulator – recenzja gry PC. Tu nic nie musi się dziać, żebyś nie mógł przestać

Ranger’s Path National Park Simulator – recenzja gry PC. Tu nic nie musi się dziać, żebyś nie mógł przestać