Kultowa seria horrorów Szczęki była pionierem gatunku filmów z rekinami w roli głównej, wprowadzając nowy typ kina grozy – animal attack. Interesująca historia i efektowne pokazanie drapieżnych ryb okazały się przepisem na sukces, który zaowocował kolejnymi częściami. Jednak z czasem pojawiały się produkcje z rekinami o różnej jakości – od poważnych (Piekielna Głębia) po komiczne i lekko absurdalne (Rekinado). W końcu temat podjął reżyser Tommy Wirkola (Dzika Noc, Zombie SS), a film produkcji Sony, pierwotnie przeznaczony do kin, po kilku zmianach tytułu i innych perturbacjach trafił na platformę Netflix.
Czyżby studio przewidziało, że to nie będzie hit?
Powódź i płetwy
Film zaczyna się z dużym impetem – nie ma czasu na dłuższe wprowadzenie, bo seans trwa niecałe półtorej godziny. Miasteczko Annieville nawiedza huragan Henry. Betonowe zapory przeciwpowodziowe pękają, a woda zalewa ulice. Większość ludności zapoznała się z ostrzeżeniami w mediach i zdążyła uciec przed kataklizmem. Ale musiało znaleźć się kilka osób, którym życie było niemiłe. Dobrze, że w telewizji powiedzieli, by markerem na ciele napisać swoje dane, co pomoże w identyfikacji zwłok – problem pojawi się, jeśli coś ich zje… W dodatku pewien kierowca tira przegrał wyścig z falą, co skutkowało uszkodzeniem cysterny z krwią po uboju. Do wody dostają się hektolitry czerwonego płynu, co zwabia wygłodniałe rekiny.

Historia koncentruje się na dwóch drużynach. Z jednej strony mamy młodą Dakotę zmagającą się z agorafobią, która nie ma zamiaru opuszczać swojego domu, oraz Lisę – ciężarną kobietę, która z niewiadomych przyczyn nie mogła wyjść wcześniej pracy. Gra ją gwiazda Bidgertonów – Phoebe Dynevor. Z drugiej strony – trójka rodzeństwa mieszkająca z niezbyt uczciwą rodziną zastępczą, która bagatelizuje zagrożenie uważając, że „to tylko przelotny deszczyk”. Mniej uwagi poświęcono trzeciej grupie, na której czele stoi ekspert od rekinów (w tej roli Djimon Hounsou), który stara się dotrzeć do miasteczka by uratować swoją siostrzenicę, Dakotę.
Początek tej mieszanki filmu katastroficznego z horrorem dawał nadzieję na całkiem dobre kino rozrywkowe. Woda zachłannie wdziera się do miasta i powoduje spustoszenia, a pierwsza scena z rekinami ma w sobie elementy grozy.
Idziemy na dno
Żadnemu z bohaterów nie nadano głębi. Ledwie zarysowano background Dakoty, która nie może pozbierać się po stracie matki. Lisa nadrabia swoją sytuacją. Jest brzemienna i – wcale nie mogliśmy się tego domyśleć – zaczyna mieć bóle przedporodowe. W końcu matka powiedziała jej, by urodziła w wodzie. Przy tej parze bohaterek mamy masę absurdów: od nielogicznych decyzji, jak taranowanie drzewa małym samochodzikiem tuż przed powodzią, przez przebieg porodu, aż po żenujące dialogi podczas walki z rekinami. Co ciekawe, właśnie te absurdy wywoływały śmiech i chętnie obserwowałem co będzie dalej. Problem tylko w tym, że nie jest to komedia. Prawda?
Z kolei dzieciaki z drugiej grupy cały swój czas spędzają na kuchennym stole. Wszędzie w miasteczku podnosi się poziom wody, domy rozpadają się, jakby były z kart, łóżka są przygniatane do sufitu, a tu nic! Dzieciaki sobie siedzą i patrzą na pływające rekiny. W końcu dochodzi do konfrontacji, a nawet jednej sceny w napięciu, ale poza tym nie dzieje się nic szczególnego.

W morzu absurdu też się da pływać
Pomimo tych nielogicznych rozwiązań film oglądało mi się całkiem przyjemnie. Czekałem jednak na fajerwerki (a nie dynamit), albo jakiś zaskakujący zwrot akcji, coś, co mnie wciśnie w fotel. Nie dostałem tego. Końcówka całkowicie mnie zawiodła. Miałem wrażenie, że film dopiero się rozkręca, a on po prostu już się skończył.
Według mnie to dobrze, że produkcja nie trafiła do kin, bo oszczędziła sobie wiadra krytyki. Jak na wieczorny film po ciężkim dniu w pracy jest całkiem znośny, jeśli przymkniemy oko na brak logiki i będziemy w stanie się z tego śmiać, albo… jeśli lubicie rekiny. Ciężko mi też określić dobrze gatunek tego filmu. Netflix informuje, że jest to thriller, ale ten powinien trzymać w napięciu, a nie rozśmieszać.

