Czwarty tom serii Ryana Parrotta, zatytułowany po prostu Divinity, zastaje Dylana Siegela w nieco spokojniejszym, choć wcale nie mniej niebezpiecznym momencie życia. Po traumatycznym epizodzie przejęcia ciała przez Caleba Hawthorne’a chłopak odzyskuje wreszcie pełną kontrolę nad sobą i mocą Rogue Sun.
Teraz przed nim dwa zadania: naprawić szkody, jakie jego nieobecność wyrządziła Nowemu Orleanowi, oraz przygotować się na starcie z Żałobną Gwiazdą, od którego pochodzą moce wszystkich bandziorów.
Nowi sojusznicy, nowi wrogowie
Tom obejmuje zeszyty #19–24 i konsekwentnie rozwija wątek relacji ojciec-syn, który od pierwszego tomu jest fundamentem serii. Dylan i Marcus wciąż nie potrafią się ze sobą dogadać w kwestii metod – to, że syn woli oszczędzać przeciwników zamiast ich eliminować, regularnie doprowadza starszego Bella do frustracji. Parrott sprytnie pokazuje ten sam konflikt z dwóch perspektyw naraz, dzięki czemu spór między bohaterami zyskuje więcej niuansów, niż mogłoby się wydawać przy pobieżnej lekturze.
W poszukiwaniu sojuszników przeciwko Żałobnej Gwieździe Dylan trafia na nowych graczy w świecie nadprzyrodzonym z Nowego Orleanu – część z nich wcale nie życzy mu sukcesu. To właśnie w tym tomie na scenę wkracza nowa grupa, a wśród antagonistów pojawia się Filistyn. Wątki poboczne, takie jak historia związana z Ptaszarnią, budują świat, choć nie każdemu czytelnikowi w równym stopniu przypadną one do gustu.
Tytułowa bohaterka tomu, Divinity, zalicza dramatyczny debiut oparty na kontraście z mroczną naturą Żałobnej Gwiazdy. Jej wejście na scenę miało w zamierzeniu mocno zapaść czytelnikom w pamięć, choć w mojej ocenie wyszło nieco przypadkowo i bez dostatecznej podbudowy jak na tak kluczową postać w mitologii Rogue Sun. Sam koncept wplątania bóstwa w spór o Sun Stone daje jednak spore pole do popisu w kolejnych tomach.

Rysunki wciąż na wysokim poziomie
Strona wizualna pozostaje mocnym punktem serii. Ilustracje utrzymują wysoką czytelność scen walki, a starcie Rogue Suna z Alienatorem, oparte bardziej na bezpośrednim kontakcie niż efektownych wystrzałach energii, wypada bardziej surowo niż niejedna wcześniejsza konfrontacja w serii. Kolorystyka wciąż operuje charakterystycznym dla komiksów Rogue Sun kontrastem – płonąca paleta czerwieni, pomarańczu i żółci otaczająca głównego bohatera zderza się z mroczną scenerią Nowego Orleanu, budując rozpoznawalny klimat serii.

Tom przejściowy, ale wciąż solidny
Divinity to w dużej mierze tom stanowiący podbudowę – wprowadza nową postać, zawiązuje konflikt z kolejną frakcją i układa pionki przed decydującym starciem z Żałobną Gwiazdą. Choć w mojej ocenie to najsłabszy rozdział tej historii, broni się trochę lepiej niż chaotyczny tom trzeci. Świat zaprezentowany w Rogue Sun wciąż ma jednak przewagę nad resztą komiksów z Massive-Verse – seria cały czas daje do zrozumienia, że pod powierzchnią kryje się znacznie głębsza mitologia.
Jeśli śledzicie losy Dylana Siegela od pierwszych zeszytów, czwartą część potraktujcie po prostu jako pomost do większego starcia – to może nie najbardziej widowiskowy epizod, ale niezbędna przystań przed czymś znacznie większym.
Sprawdź też poprzednie tomy:
– Rogue Sun. Kataklizm. Tom 1 – recenzja komiksu – Kiedy szkolny tyran staje się superbohaterem
– Rogue Sun. Hellbent. Tom 2 – recenzja komiksu – Dorastanie w cieniu ojca i walka z własnym przeznaczeniem
– Rogue Sun. Knight Sun. Tom 3 – recenzja komiksu – Przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć

