Jonathan Hickman postanowił stworzyć świat Ultimate od nowa. Nowy świat Ultimate. Inwazja pokazuje nam zupełnie inną wersję Marvela, w której znane postacie mają przed sobą zupełnie nowe historie. Czy taki powrót uniwersum Ultimate ma sens? Zapraszam do recenzji.
Ultimate, ale zupełnie inne
Na początku warto wyjaśnić jedną rzecz. Nowy świat Ultimate nie jest powrotem do starego uniwersum Ultimate, które znaliśmy z historii takich jak Ultimate Spider-Man czy Ultimates. To zupełnie nowa rzeczywistość, oznaczona jako Ziemia-6160. Hickman bierze więc znany Marvelowski świat, ale zmienia jego podstawowe zasady.
Za stworzenie tej rzeczywistości odpowiada Stwórca, czyli Reed Richards z poprzedniego uniwersum Ultimate. Zamiast zostać bohaterem, jak jego odpowiednik z głównej rzeczywistości, stał się kimś, kto uważa, że tylko on wie, jak powinien wyglądać idealny świat. I właśnie to jest najciekawszym elementem całej historii.

Stwórca jako architekt świata
Najbardziej podobało mi się to, że Hickman nie próbuje od razu wrzucać nas w kolejną wielką bitwę Avengers ze złoczyńcą. Zamiast tego najpierw pokazuje, jak wygląda świat, w którym superbohaterowie właściwie nigdy nie dostali szansy się narodzić.
To bardzo ciekawy punkt wyjścia, bo nagle znane nazwiska zaczynają funkcjonować w zupełnie innych rolach. Nie mamy tutaj świata, który znamy z głównego uniwersum Marvela, tylko jego mocno zmienioną wersję. Polityka, technologia i wielkie organizacje mają znacznie większe znaczenie, a wszystko sprawia wrażenie bardziej chłodnego i kontrolowanego.
Nie jest to typowy kolorowy świat superbohaterski, gdzie co kilka stron ktoś zakłada kostium i rusza ratować miasto. Tutaj przez sporą część historii obserwujemy świat, który funkcjonuje bez klasycznych Marvelowskich bohaterów. Dzięki temu można poczuć, że Hickman naprawdę chce stworzyć coś nowego, a nie tylko przemalować stare pomysły.
Nie wszystko dostajemy od razu
Jeżeli znacie Hickmana, pewnie wiecie, czego można się spodziewać. Jeżeli nie, możecie być trochę zaskoczeni.
Autor nie wykłada wszystkich kart na stół. Część rzeczy zostawia na później, niektóre wydarzenia tylko sygnalizuje, a kilka postaci pojawia się bardziej jako zapowiedź czegoś większego. I właśnie dlatego ten komiks bardziej przypomina początek dużej historii niż zamkniętą opowieść.
Z jednej strony może to być wada. Po przeczytaniu ostatniej strony zostaje sporo pytań i można mieć poczucie, że dopiero zaczęliśmy poznawać ten świat. Z drugiej strony właśnie przez to miałem ochotę od razu sięgnąć po kolejne tomy. Hickman pokazuje nam wystarczająco dużo, żeby zainteresować, ale jednocześnie nie zdradza wszystkiego.

Bryan Hitch robi swoje
Za rysunki odpowiada Bryan Hitch i jego styl bardzo dobrze pasuje do tego świata. Przy takiej historii potrzebna była odpowiednia skala, szczególnie w momentach pokazujących technologię Stwórcy czy większe fragmenty nowej rzeczywistości. Hitch zdecydowanie potrafi sprzedać wielkie sceny.
Najbardziej podobają mi się jednak niekoniecznie same walki, ale kadry pokazujące świat i jego mieszkańców. Nie powiedziałbym jednak, że każdy kadr robi ogromne wrażenie. Jest solidnie, a kiedy Hitch dostaje większą przestrzeń, potrafi naprawdę pokazać, na co go stać.
Największy problem? To dopiero początek
I tutaj dochodzimy do największej wady tego komiksu. Nowy świat Ultimate. Inwazja jest naprawdę ciekawy, ale nie jest kompletną historią. To przede wszystkim prolog do większego projektu. Hickman przedstawia nam zasady nowego świata, pokazuje Stwórcę, wyjaśnia, co stało się z bohaterami i przygotowuje grunt pod kolejne serie. Dostajemy więc sporo informacji, ale jednocześnie bardzo niewiele rzeczy zostaje tutaj całkowicie zamkniętych.
I dla mnie jest to jednocześnie największy plus i największy minus tego tomu. Z jednej strony kończymy komiks z niedosytem. Z drugiej, to właśnie ten niedosyt sprawił, że od razu chciałem zobaczyć, co wydarzy się dalej.
Sprawdź też: Ród X/Potęgi X – recenzja komiksu. Ewolucja mutantów.

Czy warto?
Nowy świat Ultimate. Inwazja nie jest idealnym komiksem i przede wszystkim trzeba pamiętać, czym on właściwie jest. To nie jest wielka, zamknięta historia. To otwarcie drzwi do nowego uniwersum. I jako początek działa bardzo dobrze.
Jonathan Hickman dostał możliwość stworzenia Marvela praktycznie od podstaw i od razu widać, że ma na ten świat konkretny pomysł. Najbardziej podoba mi się to, że nie próbuje po prostu zrobić kolejnej wersji tego samego. Zamiast tego zmienia fundamenty i sprawdza, co się stanie, kiedy znane postacie zostaną pozbawione swoich klasycznych początków.
Sprawdź też: DC All In: Alfa i Omega – recenzja komiksu – Nowy początek dla uniwersum DC

