Gry w kości w sumie towarzyszyły mi od małego. Często na wakacjach grałem ze starszym rodzeństwem i kuzynami, dlatego zacięcie hazardowe pozostało we mnie na zawsze – nieco uśpione, ale wciąż bardzo wyraźne. Biddle dało mi obietnice ponownego zagrania w kości w sposób humorystyczny, który nie obudzi mojego śpiącego hazardzisty i nie zmusi mnie do postawienie domu, nerki i ukochanego króliczka Farfocla.
Czy Biddle spełnia obietnice romansu niewinnej zabawy z grą w kości? Zapraszam do recenzji.
Zasady prostsze niż negocjacje z czterolatkiem
Są gry, przy których konstrukcja wygląda jak materiały przygotowawcze do egzaminu z fizyki jądrowej. Są też takie, które da się wytłumaczyć w pięć minut. Biddle zdecydowanie jest przedstawicielem tej drugiej grupy, dodatkowo idzie nawet jeszcze krok dalej. Tutaj zasady można przekazać komuś szybciej, niż zdąży zapytać: „A co, jak wyrzucę to?”. I to jest jedna z największych zalet tej gry.
Graliśmy w trzy osoby: ja, żona i nasz czteroletni syn. Wiek na pudełku potraktowaliśmy więc jak informację „nie spożywać po terminie”, czyli jako sugestie. Syn oczywiście potrzebował początkowo pomocy. Trzeba było mu mówić, co wyrzucił, co jest jeszcze wymagane i które kości warto zostawić. Po kilku turach zaczął jednak coraz lepiej ogarniać sytuację.
Sama gra jest tak prosta, że większym problemem od wytłumaczenia zasad okazało się przekonanie dziecka, że kości trzeba zostawić na stole, a nie sprawdzać, jak smakują i czy umieją latać.
Jedz, kochaj i módl się… o dobry rzut
Mechanika Biddle jest banalna. Losujemy kartę, na której widnieje konkretna sekwencja kości, a naszym zadaniem jest ją ułożyć. Rzucamy, zostawiamy pasujące wyniki i przerzucamy pozostałe kości. Jest jednak mały haczyk: sami deklarujemy, w ilu rzutach damy radę wykonać zadanie. Brzmi jak miejsce na strategię i przez pierwsze kilka sekund nawet można w to wierzyć.
Patrzysz na układ, oceniasz sytuację, zastanawiasz się, ile kości zostawić. Możesz nawet przyjąć poważną minę człowieka, który właśnie liczy prawdopodobieństwo i zarządza rynkiem kryptowalut.
W praktyce bardzo szybko dochodzisz jednak do momentu, w którym cała twoja analiza sprowadza się do jednego, uniwersalnego planu: Jeb… znaczy, co będzie, to będzie.
Matematyka przegrywa z czterolatkiem
Biddle jest grą bardzo losową. Można oczywiście podejmować drobne decyzje. To gracz decyduje, które kości zostawić, które przerzucić oraz jak ambitnie podejść do deklarowanej liczby rzutów. Nie oszukujmy się jednak – jeśli kości postanowią, że dziś nie współpracują, to żaden geniusz strategiczny wam nie pomoże.
Najlepszym dowodem był nasz czteroletni syn. W pewnym momencie dostał kartę, wziął kości i za pierwszym rzutem wyrzucił dokładnie potrzebną sekwencję.
Bez analizy. Bez liczenia. Bez przerzucania. Po prostu bach. I gotowe.
Efekt „wow” był ogromny, szczególnie że chwilę wcześniej bardzo poważnie debatowaliśmy nad tym, które wyniki warto zachować. Czterolatek jednym ruchem udowodnił nam więc, że całą matematykę można równie dobrze wyrzucić przez okno.
Gra drużynowa. Przynajmniej według pudełka
Biddle przedstawiane jest także jako gra drużynowa i tutaj zaczynam mieć pewne wątpliwości. Technicznie rzecz biorąc, rzeczywiście jesteśmy drużyną. Mamy wspólny wynik i możemy ze sobą rozmawiać. Da się podpowiedzieć komuś, ile kości warto zostawić albo ile przerzucić. I właściwie tyle. Każdy gracz wykonuje swoje zadanie samodzielnie, a reszta siedzi obok i obserwuje jego zmagania z losem. Nie ma tu wielkiego wspólnego planowania, łączenia zdolności ani ratowania sytuacji po błędzie kolegi.
Drużynowość w Biddle przypomina trochę pracę grupową w szkole, w której każdy robi swoją część osobno, a na końcu wszyscy podpisują się pod jednym wynikiem.
Czy to problem? Trochę tak, jeśli kupujecie grę właśnie dlatego, że chcecie współpracować. Jeśli natomiast traktujecie Biddle jako pretekst do wspólnego siedzenia przy stole i rzucania kośćmi, wtedy działa to znacznie lepiej.
Dwadzieścia minut zabawy i już wszystko wiadomo
Jedna partia zajmuje około 20–30 minut, co jest bardzo dobrym czasem dla tak prostej gry. Dziesięć tur mija naprawdę szybko i Biddle kończy się, zanim zaczniecie nerwowo zerkać na zegarek.
Pierwsze rozgrywki są przyjemne, bo kolejne rzuty potrafią generować sporo emocji. Problem w tym, że po dwóch partiach właściwie widzieliśmy już wszystko, co gra ma do zaoferowania. Karta może pokazywać inną sekwencję, ale sposób działania pozostaje ten sam. Rzucasz. Zostawiasz. Rzucasz ponownie. Czasami się uda. Czasami nie.
Czasami czterolatek robi za pierwszym razem coś, z czym ty męczyłam się przez wiele rzutów, i zaczynasz się zastanawiać, który z bogów stoi po jego stronie.
Wykonanie bez efektu „wow”
Pod względem wykonania jest poprawnie, ale bez większych emocji. Dostajemy zwykłe kości i kartonowe elementy. Wszystko działa, nic specjalnie nie przeszkadza, ale też trudno znaleźć tutaj coś, co zachwycałoby jakością. Bardzo spodobała mi się za to grafika pudełka i rewersów kart. Kości z oczami mają sporo uroku i są chyba najbardziej charakterystycznym elementem całej gry. Dużą zaletą Biddle jest jego mobilność. Gra zajmuje mało miejsca, można ją szybko rozłożyć i zabrać praktycznie wszędzie. Wakacje, wyjazd do dziadków, weekend czy hotel – wystarczy kawałek stołu i można grać.
Jeszcze jeden rzut i na pewno się uda
Jeżeli lubicie kości, szybkie gry i macie w sobie odrobinę hazardowego zacięcia, Biddle może wam się spodobać. Każdy kolejny rzut daje bowiem piękne poczucie, że tym razem na pewno się uda.
A potem oczywiście się nie udaje. Ale spokojnie, masz przecież jeszcze jeden rzut.
Tym razem na pewno będzie szóstka.
