Korposzczury zostają wrzucone do świata, gdzie do przeżycia konieczny jest nieustanny awans, a przejawy litości rzadko wychodzą ludziom na dobre. Ciągły rozwój to jednak także napływ jakże pożądanej dopaminy. Przy okazji Samouczek wyciąga z uczestników głęboko skrywane cechy. Może też się okazać, że skrywane hobby pokroju gier czy łucznictwa stanie się ogromnym atutem w starciu z wszelkimi rodzajami przeciwników. Tak w skrócie można przedstawić pierwszy tom serii Primal Hunter, o którym opowiem poniżej.

Tajemniczy autor to tylko początek…
W czerwcu bieżącego roku na półki księgarń trafiła intrygująca pozycja Primal Hunter. Tom 1, która już na starcie przyciągnęła uwagę niemałego grona czytelników, do którego śmiało mogę się zaliczyć. Tytuł ten należy do specyficznego gatunku literatury, jakim jest LitRPG. Cechuje się on łączeniem aspektów pochodzących z fantasy i science-fiction z mechanikami komputerowych gier z gatunku RPG. Nie odbiega on pod tym względem od innych książek korzystających z tej konwencji: Drogi Szamana, Świata Przeistoczonych czy Level-Up. Różni się jednak nieco innym podejściem do tematu, o czym nie omieszkam wspomnieć później.
Autorem książki jest tajemniczy Zorgath, o którym wiemy niewiele ponad to, że uciekł z korpoświata, by w całości poświęcić się pisaniu. Początkowo publikował on kolejne rozdziały na Royal Road, gdzie z czasem jego twórczość zyskała niesamowitą popularność na całym świecie. Naturalnie podążyły za tym wydania fizyczne, a po kilku latach od premiery pierwszy tom doczekał się polskiego przekładu za sprawą Wydawnictwa Insignis i Łukasza Czarneckiego w roli tłumacza.
Polskie tłumaczenie pierwszego tomu jednej z najsłynniejszych serii LitRPG na świecie liczy aż 768 stron, otulonych twardą, wytrzymałą okładką. Przyozdobiona jest ona kolorową ilustracją autorstwa Anttiego Hakosaariego – fińskiego artysty, któremu tematy fantasy i RPG są całkiem bliskie. Przedstawia ona tytułowego Łowcę, stojącego na skraju klifu porośniętego przez drzewa. W oddali natomiast zamiast słońca czy innych ciał niebieskich zjawił się łeb potwora łudząco podobnego do żmii. Na początku nie byłem pewien, dlaczego wybrano taką, a nie inną grafikę, jednak mniej więcej w połowie lektury wszystkie klocki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca. Nie powinno więc was zdziwić, że jest ona mocno związana z treścią tomu – tak jak być powinno w przypadku każdej solidnej publikacji.
Gdy korposzczury chowają się przed deszczem pod rynną.
Na co dzień Jake Thyne jest szeregowym pracownikiem korporacji, nie wychyla się przed szereg, ale też niezbyt przepada za socjalnymi interakcjami z innymi ludźmi. Przez to uważają oni analityka biznesowego za dość wycofanego, a ich kontakty pozostają na stopie czysto koleżeńskiej. Nietrudno tu zauważyć pewne podobieństwo do życia autora, który uciekł z korpoświata, aby jako pustelnik oddać się tworzeniu książek. Wszystko to jednak zmienia się podczas spontanicznego wypadu na lunch, gdy następuje Inicjacja, a grupa pracowników zostaje przeniesiona przez tajemniczy System do Samouczka. Jak w każdym prawdziwym RPG, nie mogło się to odbyć bez ekranu wyboru klasy, gdzie główny bohater, w zgodzie ze swoim doświadczeniem, wybiera klasę Łucznika.
Bardzo szybko okazuje się, że Samouczek nie jest przyjemnym i bezpiecznym wprowadzeniem – to raczej brutalne miejsce, w którym do końca odliczania przetrwają tylko najwytrwalsi, którzy zaadaptują się do nowych realiów i odkryją, jak wykorzystywać System, by osiągnąć swoje cele. To właśnie tu Jake odkrywa coś jednocześnie niepokojącego i intrygującego. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy oraz innych uczestników Samouczka odnajduje się w tym świecie bardzo dobrze, a kolejne mechaniki, które odkrywa potrafi umiejętnie wykorzystać na swoją korzyść. Z czasem zaczyna to wyglądać tak, jakby został on stworzony do życia w tej nowej rzeczywistości.

Czy ta książka to RPG na papierze?
Odpowiedź nie jest taka jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać. Z jednej strony mamy bowiem elementy charakterystyczne dla gier tego gatunku. Jako przykład wymienić można przede wszystkim powiadomienia systemowe, osiągnięcia i tytuły, poziomy doświadczenia i umiejętności, rozwój postaci i manipulowanie statystykami. Trzeba jednak zadać pytanie, czy stanowią one integralny element przedstawionego świata, czy tylko są ozdobnikami, mającymi na celu wyjaśnienie dlaczego rzeczywistość funkcjonuje w taki, a nie inny sposób.
W przypadku pierwszego tomu Primal Hunter mamy na szczęście do czynienia z tym pierwszym przypadkiem. Jako czytelnicy jesteśmy świadkami, jak Jake i jego towarzysze uczą się funkcjonować z wszechobecnym Systemem, który odpowiada za wspomniane wcześniej growe elementy. Muszę jednak zwrócić uwagę na sceny, w których protagonista starał się testować nowe ruchy czy rozwiązania wykraczające poza to, co przeczytał wcześniej w systemowych powiadomieniach. Któż z nas podczas wielogodzinnych rozgrywek nie wpadł nigdy na pomysł, aby przetestować granice gry i silnika, na którym została stworzona?
Czasem takie eksperymenty prowadzą do nieoczekiwanych efektów (lub krytycznego błędu gry). Jake co prawda nie spowodował, że Samouczek przestał działać, wręcz przeciwnie, kilkukrotnie został nagrodzony za swoją odkrywczość. Chciałbym się jeszcze chwilę nad nimi pochylić. Lektura takich momentów przywoływała wspomnienia z moich własnych zabaw z różnymi tytułami, które kończyły się bardzo odmiennymi konsekwencjami. Może to świadczyć, że tajemniczy Zorgath po godzinach spędzonych w biurze oddawał się wirtualnej rozrywce w fantastycznych światach, przez co podobne testowanie limitów gry było mu nieobce.
Rób albo nie rób. Nie ma próbowania
Myślę, że warto też poświęcić chwilę samemu rozwojowi postaci, którego świadkiem byłem podczas mojej lektury pierwszego tomu serii Primal Hunter. Teoretycznie schemat brzmi bardzo prosto. Na drodze bohatera pojawia się wyzwanie, które ten stara się pokonać od razu lub jeśli sytuacja tego wymaga – najpierw zdobyć więcej doświadczenia i spróbować ponownie. Łatwo tu zauważyć podobieństwo do zjawiska „grindowania”, wszechobecnego w wielu grach komputerowych, które trafiły na rynek w ostatnich latach. Tutaj jednak takie odczucie jest niemalże obce.
Zorgath prowadzi historię w taki sposób, że nawet wybijanie całego lochu potworów nie jest monotonnym procesem, a idealną okazją do testowania nowych kombinacji w starciu z przeciwnikami. Bardzo spodobało mi się też przedstawienie różnych ścieżek rozwoju dla wszystkich użytkowników Samouczka. Zdobywają oni poziomy i ewolucje w zakresie rasy, klasy i profesji – trzech aspektów powiązanych ze sobą. System nie prowadzi ich jednak za rączkę i sami na podstawie prób i błędów muszą odkryć zależności i synergie między nimi, pozwalające na szybszy rozwój czy efektywniejszą walkę.

Opowieść pełna nietypowych rozwiązań.
Jake Thyne nie jest klasycznym bohaterem fantasy, obca mu jest romantyczna wizja bohaterstwa czy chęć ratowania wszystkich. To bardzo dobrze, bo w końcu jest protagonistą serii LitRPG. Podczas zmagań w samouczku nie boi się polować (na ludzi i potwory) i stawać się silniejszym dzięki nowo odkrytemu instynktowi. Szybko uświadamia sobie, że w świecie, który premiuje agresję i przetrwanie za wszelką cenę, musi zaufać swoim przeczuciom (w 9 przypadkach na 10) i nie bać się rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały mu się abstrakcyjne. Co ciekawe, bardzo szybko przebija się jego wcześniejszy dystans do innych ludzi, co skutkuje długim czasem spędzonym na samotnym rozwoju.
Nie znaczy to jednak, że przez to jako czytelnicy otrzymamy mało dialogów czy postacie drugoplanowe pozbawione głębi. Na przestrzeni prawie 800 stron perspektywa, z której obserwujemy wydarzenia, towarzyszy różnym osobom (jednak najwięcej czasu pozostajemy przy głównym bohaterze). Dzięki temu nawet gdy Jake pozostaje w odosobnieniu, w przeciwieństwie do niego wiemy, co dzieje się pośród pozostałych uczestników Samouczka. Nawet gdy poświęca on czas na doskonalenie umiejętności w pozornym odosobnieniu, nie znaczy to, że z nikim nie rozmawia, zwłaszcza po wejściu na drogę Złowrogiego Żmija. Ta intrygująca i pełna humoru postać zdecydowanie przełamuje wyobrażenia, jakie na początku mają na jego temat zarówno inne postacie w Multiwersum, jak i sami czytelnicy. Dodatkowo jego rozwijająca się relacja z podopiecznym dodaje książce nieco energii, odrywającej czytelników od kolejnych polowań i ulepszania statystyk.
Multiwersalny potencjał.
Przez ostatnie lata mozolnie zdobywałem doświadczenie z innymi tytułami z gatunku LitRPG. Praktycznie każdy z nich wrzuca nas w skomplikowaną rzeczywistość, będącą tylko częścią większego multiwersum. Fakt ten razem z bohaterami odkrywamy jednak dopiero po pewnym czasie. Tutaj niemalże od pierwszych stron zostajemy zderzeni z ogromem stworzonego uniwersum. Również hierarchia siły i możliwości rozwoju pojawia się stosunkowo szybko, nakreślając nam skalę historii i wydarzeń, z którymi przyjdzie się nam zmierzyć. W końcu Samouczek to dopiero początek przygód ludzkości z Systemem, bóstwami i innymi rasami. Jedynym niesmakiem pozostaje fakt, że pierwszy z siedemnastu dotąd napisanych przez Zorgatha tomów, w wielu wymiarach stanowi tylko wstęp i przystawkę, przed tym, co zaplanował dla nas autor.

Nie samymi statystykami czytelnik żyje
Na osobną uwagę zasługuje język, którym posługuje się Zorgath. Nie jest to literatura, która próbuje zachwycać wyszukanymi metaforami czy szczególnie kunsztowną narracją rodem z dzieł Tolkiena czy Martina. Styl pozostaje prosty, bezpośredni i podporządkowany przede wszystkim akcji oraz kolejnym etapom rozwoju bohaterów. W tym przypadku trudno uznać to jednak za poważną wadę. Wręcz przeciwnie – dzięki temu nawet obszerne opisy walk, umiejętności czy mechanik Systemu nie zatrzymują lektury na długo, a kolejne strony pochłania się zaskakująco szybko. Choć w kluczowych momentach razem z Jake’em zostajemy zasypani listą powiadomień systemowych, to autor na przestrzeni całej książki starał się umiejętnie wyważyć liczbę komunikatów i statystyk postaci, aby uniknąć błędu popełnianego przez innych autorów. Na podstawie swoich doświadczeń mogę potwierdzić, że nadmiar powyższych elementów raczej nie wiąże się z pozytywnym odbiorem przez czytelnika.
Momentami da się wprawdzie zauważyć powtórzenia czy fragmenty, które mogłyby zostać nieco mocniej zredagowane, ale wpisują się one w sposób prowadzenia opowieści. Warto też docenić pracę Łukasza Czarneckiego, który przekłada tę specyficzną narrację na język polski w sposób płynny i przystępny. Primal Hunter nie jest więc książką, po którą sięgamy dla językowych fajerwerków. Ma przede wszystkim sprawnie opowiadać historię i pozwalać nam bez przeszkód obserwować kolejne etapy progresji – i z tego zadania wywiązuje się całkiem dobrze.
Pierwszy poziom zaliczony!
Primal Hunter. Tom 1 to książka bardzo świadoma tego, czym chce być. Nie próbuje konkurować z klasycznym fantasy rozbudowaną warstwą literacką czy skomplikowaną intrygą. Zamiast tego bierze mechanizmy znane z gier RPG i przekłada je na niemal 800 stron lektury, oferując czytelnikowi dokładnie to, czego można oczekiwać po dobrym LitRPG: rozwój bohatera, eksperymentowanie z umiejętnościami, coraz potężniejszych przeciwników i satysfakcję z obserwowania, jak Jake z każdym kolejnym wyzwaniem staje się silniejszy.

Jeszcze tylko jeden poziom.
Nie wszystko działa tu równie dobrze – momentami historia staje się monotonna, część bohaterów mogłaby otrzymać więcej miejsca, a prostota języka nie każdemu przypadnie do gustu. Mimo tego, trudno odmówić Zorgathowi umiejętności budowania wciągającej progresji i świata, którego potencjał zdecydowanie wykracza poza wydarzenia przedstawione w pierwszym tomie. Jeśli więc lubicie RPG i nie przeszkadza wam, że książka momentami bardziej przypomina rozgrywkę niż klasyczną powieść fantasy, warto dać Primal Hunterowi szansę. Ja po zakończeniu pierwszego tomu zdecydowanie miałem ochotę kliknąć „następny poziom”.

