Czy nowy Resident Evil to film, na który czekali fani serii? Poszedłem na seans przekonany, że popuszczę ze strachu. Finalnie było blisko – ale ze śmiechu. I bawiłem się znakomicie.
Resident Evil to prawdziwa zmora mojego życia. Setki tysięcy fanów, hype przy każdej kolejnej grze i filmie nie z tej ziemi… i w tym wszystkim ja, 31-letni chłop, który od dobrych 10 lat nie oglądał żadnego horroru, bo po prostu się ich boi. No tak po ludzku. Dlaczego więc poszedłem na premierowy pokaz nowego Resident Evil? Zapraszam do lektury.
Poszedłem, bo mnie zmuszono
Z czystym sumieniem napiszę, że zostałem w pewnym sensie zmuszony przez los do udania się na seans. Po pierwsze, moi znajomi się na niego wybierali, a że nie są z Warszawy, to każda okazja do spotkania jest dobra. Po drugie, redakcyjna koleżanka Sonia, która recenzuje jakieś 90% kinowych premier na naszej stronie, pojechała sobie do Chin na wakacje i zostawiła mnie samego z pokazami w stolicy. No dzięki, Sonia.
I tak oto wylądowałem w IMAX-ie na nowym filmie Zacha Creggera, z Austinem Abramsem w roli Bryana – medycznego kuriera, który trafia w sam środek całego residentowego bałaganu. Brzmi jak idealny seans dla osoby, która horrorów unika od dekady, prawda? Marketing filmu też specjalnie mnie nie uspokajał, bo już same plakaty wyglądały tak, jakby ich głównym zadaniem było sprawić, żebym zaczął żałować swojej decyzji jeszcze przed wejściem na salę.
Czy finalnie żałuję? A SKĄDŻE. BYŁO CUDOWNIE. Bo dostałem kawał naprawdę dobrego kina rozrywkowego przez duże K i R. Bez zbędnego nadęcia, za to z ogromną dawką akcji, absurdu, humoru i wszystkiego tego, czego chyba powinienem oczekiwać po Resident Evil.

Resident Evil bardziej bawi, niż straszy
Siadając w sali kinowej, miałem lekkie obawy, czy przypadkiem podczas seansu nie popuszczę ze strachu. Jestem zdrowym chłopem, nic tam, wiecie, nigdzie się nie dzieje, ale od lat nie gram, nie oglądam i nie czytam horrorów. Po prostu się boję. Wolę te moje kolorowe, słodkie światy, gdzie ludzie biegają po łące, a wszystko kończy się mniej więcej dobrze.
Marketing Resident Evil, a szczególnie plakaty, skutecznie budował więc we mnie niepokój. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy po kilkunastu minutach odkryłem, że ja się przede wszystkim świetnie bawię.
Oczywiście jump scare’y, potwory, krew, flaki i inne szmery-bajery w trakcie seansu zobaczycie. Cregger potrafi zbudować napięcie i kilka razy faktycznie siedziałem przygotowany na najgorsze. Niemniej, oceniając całość, odnoszę wrażenie, że ten film jest momentami bardziej komedią niż horrorem. I absolutnie nie piszę tego jako zarzutu, bo właśnie ten balans kupił mnie chyba najbardziej.
Ogromna w tym zasługa Austina Abramsa. Nie chodzi mi tutaj o jakiś wielki aktorski popis, bo przez sporą część filmu on biega, strzela i próbuje przeżyć, ale jego wyczucie komedi, które działa tutaj kapitalnie. Bryan jest zwyczajnym gościem, który trafia w totalnie odrealniony wir wydarzeń i zwyczajnie nie wie, co się dzieje. Panikuje, kombinuje, popełnia błędy, a jego reakcje są na tyle naturalne, że po prostu nie sposób mu nie kibicować.
I właśnie to mi się w nim najbardziej podobało. Nie dostajemy kolejnego bohatera, który w ciągu pięciu minut odkrywa w sobie talent do zabijania wszystkiego, co się rusza. Bryan po prostu próbuje przeżyć, korzystając z tego, co akurat ma pod ręką i czego zdążył się nauczyć. Dzięki temu jego kolejne starcia są jednocześnie widowiskowe, absurdalne i często naprawdę zabawne.

Wygląda jak gra?
Nie będę tutaj nagle udawał eksperta od Resident Evil, bo nim nie jestem. Grałem niewiele, kojarzę podstawy i kilka najważniejszych motywów, ale daleko mi do człowieka, który rozpozna każdy easter egg. Dlatego nie będę Wam tłumaczył, co Cregger zrobił idealnie względem gier, a co powinien zrobić inaczej. Nie ta liga, nie ten zawodnik.
Mimo to bardzo szybko poczułem, że ten film jest mocno growy. Bryan trafia do kolejnych miejsc, poznaje nowe zagrożenia, kombinuje, jak sobie z nimi poradzić, i z czasem coraz lepiej odnajduje się w tym całym bałaganie. Momentami naprawdę miałem wrażenie, jakbym oglądał kolejne etapy gry, tylko zamiast pada miałem w ręku popcorn i mogłem jedynie obserwować, jak biedny chłop radzi sobie z kolejnym problemem.
Sama fabuła też jest dla mnie bardzo residentowa. Tęgie głowy z Raccoon City znowu narozrabiały i teraz trzeba jakoś przeżyć. I mnie jako laikowi absolutnie to wystarczyło. Wiedziałem, co się dzieje, wypatrzyłem kilka nawiązań do gier i ani przez moment nie czułem, że powinienem przed seansem przeczytać pół internetu.
Mam więc wrażenie, że fani serii będą mieli tutaj dużo więcej do wyłapania ode mnie, ale najważniejsze jest to, że film działa również dla kogoś, kto z Resident Evil nie zjadł zębów. I za to ogromny plus.
Do tego naprawdę świetnie działa muzyka. Pięknie buduje napięcie, szczególnie w tych momentach, kiedy na ekranie przez chwilę nic się nie dzieje, a człowiek już wie, że zaraz wydarzy się coś paskudnego. Kilka razy właśnie dźwięk i muzyka robiły na mnie większe wrażenie niż samo to, co ostatecznie wyskakiwało z ciemności. W IMAX-ie potrafiło to naprawdę dobrze docisnąć do fotela.

Ha, ha, hi, hi, ale ten montaż…
No dobra, żeby nie było, że wszystko mi się podobało. Mam jeden większy zgrzyt – montaż. Momentami miałem wrażenie, że film został zrobiony pod widza, który bardzo szybko traci uwagę i jeśli przez chwilę nie dostanie nowego bodźca, to natychmiast zacznie szukać telefonu.
Poszczególne fragmenty są od siebie czasami tak mocno odcięte, że zacząłem się zastanawiać, czy po odpowiednim pocięciu nie wyszedłby z tego serial albo jakaś micro-drama. Brakowało mi tylko na ekranie napisu „KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ”, a chwilę później „CZĘŚĆ DRUGA” i jedziemy dalej.
Wiem, dlaczego dzisiaj robi się takie rzeczy, ale dla mnie trochę zabija to immersję. Tym bardziej że kiedy Cregger pozwala sobie zwolnić, naprawdę świetnie buduje napięcie i wcale nie potrzebuje co chwilę rzucać widzowi nowej atrakcji. Właśnie te spokojniejsze momenty, w których wiadomo, że coś zaraz pójdzie bardzo nie tak, należały dla mnie do najskuteczniejszych horrorowych fragmentów filmu.
Resident Evil – czy warto obejrzeć?
No i co ja mam Wam napisać? Poszedłem na horror trochę z przymusu, a wyszedłem z kina mega zadowolony. Resident Evil to dla mnie przede wszystkim bardzo dobre kino rozrywkowe. Jest śmiesznie, czasami strasznie, często absurdalnie, a Austin Abrams świetnie prowadzi nas przez cały ten cyrk.
Film ma też w sobie sporo growego DNA, więc podejrzewam, że osoby znające serię dużo lepiej ode mnie będą miały z niego jeszcze więcej frajdy. Jednocześnie ja, totalny laik, ani przez moment nie czułem się wykluczony z zabawy. Wiedziałem, co się dzieje, miałem komu kibicować i przede wszystkim naprawdę dobrze bawiłem się w kinie.