MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

"Wiedźmin" – recenzja pierwszego sezonu serialu. Jaki jest Wiedźmin, każdy widzi

Był poranek 20 grudnia 2019 roku, to wtedy Netflix zrobił wszystkim fanom sagi autorstwa Andrzeja Sapkowskiego prezent bożonarodzeniowy, wypuszczając pierwszy ośmioodcinkowy sezon Wiedźmina. Pamiętam, jak czekałem na niego z niecierpliwością, od kiedy tylko dowiedziałem się o zamiarach produkcyjnych prawdopodobnie najpopularniejszego serwisu vod na świecie. Miałem wiele obaw, myślę, że każdy fan Wieśka je miał, w końcu na temat cyklu produkcyjnego Netflixa można byłoby napisać oddzielny artykuł. Niemalże trzęsącą się ręką klikałem w ikonę odtwarzania. Moje odczucia po seansie były zdecydowanie pozytywne. Tak było dwa lata temu, mamy teraz 20 grudnia 2021 i za nami jest już premiera drugiego sezonu, ale o nim kiedy indziej.

Korzystając z okazji, postanowiłem obejrzeć ponownie sezon pierwszy i przelać moje obecne spostrzeżenia na wirtualny papier. Warto zaznaczyć, że jestem osobą, która przeczytała tylko część książek z serii i pamięta z nich niewiele. Za to jestem olbrzymim fanem gier i to właśnie do nich będę się w znacznej mierze odnosił. Oczywiście wiem, że gry z książkami mają niewiele wspólnego, ale były jak dotąd jedyną dobrą wizualizacją świata i postaci z sagi.

„Wiedźmin” – recenzja pierwszego sezonu serialu. Jaki jest Wiedźmin, każdy widzi

Chaos w czystej postaci

Główna oś fabularna podzielona jest na trzy ścieżki łączące się w finale. Prawdopodobnie zabieg ten miał na celu głębsze przedstawienie postaci, a nie skupienie się tylko na jednej jak ma to miejsce w grze. Byłoby to dobrym pomysłem, gdyby nie wszędobylski chaos, wkradający się gdzieś w połowie pierwszego odcinka i trwający do końca sezonu. Rozumiem, że skondensowanie dwóch jakby nie patrzeć obszernych książek do 8-godzinnego serialu jest niełatwym zadaniem, ale nie bez powodu wzięła się za to doświadczona showrunnerka. Jakakolwiek chronologia tu nie istnieje. W jednym odcinku Geralt dokonuje rzezi w Blaviken, a Nilfgard dokonuje szturmu na Cintrę. Dużo lepiej w mojej opinii sprawdziłoby się stopniowe wprowadzanie wątków, łącząc je w ciąg zdarzeń, a nie skacząc po osi czasu.

Wątek opowiadający, z jakimi przeciwnościami musiała mierzyć się Yennefer zarówno w życiu, jak i podczas nauki w Aretuzie, jest totalnie zbędny i nic niewnoszący do całej historii. Zapewne miał na celu stworzyć fundamenty do budowania silnej i niezależnej postaci kobiecej. Jasne, dzięki niemu wiemy, co ukształtowało Yen i czemu wykształciła pewne cechy, ale równie dobrze mogłoby tego nie być i nadal odbieralibyśmy ją tak samo, bo w dalszej części i tak zapominamy o trudnościach, jakie przeszła, a serial nam to ułatwia. Kolejną niezrozumiałą dla mnie decyzją, jest uśmiercenie Myszowora z tak błahego powodu. Mordowanie postaci z takim potencjałem jest zwykłą głupotą i brakiem przyszłościowego myślenia. W końcu, gdy ktoś daje ci cytrynę, wciśnij sobie sok w oczy, jakoś tak to brzmiało, prawda?

Wiedźmin jest tylko jeden!

Z góry uprzedzam, nie zamierzam rozpisywać się na temat koloru skóry poszczególnych aktorów i czy pasują one do odgrywanych postaci, czy nie. To nie miejsce na tego typu dywagacje. Zamiast tego ponarzekam trochę na drewnianą grę aktorską, której jest tutaj multum. Pytanie, ile w tym jest winy scenariusza, a ile faktycznych braków w umiejętnościach.

Anna Shaffer odtwórczyni roli Triss przez większość czasu ma tą samą lekko zdziwioną minę, niezależnie od wypowiadanej kwestii. Za to Freya Allan znakomicie radzi sobie w roli uciekającej Ciri, nie oszukujmy się, ale nie miała dużo tekstu, by zaprezentować nam pełen wachlarz swoich zdolności. Nie jest tajemnicą, że pierwsze skrzypce gra tu Henry Cavill, który w wielu wywiadach podkreślał, że bardzo długo zabiegał o rolę najsłynniejszego łowcy potworów. Na szczęście ją dostał i możemy na własne oczy przekonać się, że Henry na drugie imię powinien mieć Geralt. On stał się Białym Wilkiem, widać po nim jak wiele włożył w to pracy i jak dużo frajdy sprawia mu ta rola. W mojej opinii Anya Chalotra sprostała postawionemu przed nią wyzwaniu i dzięki niej Yennefer wkroczyła do świata realnego. Na temat Joeya Bateya, czyli serialowego Jaskra mógłbym napisać naprawdę dużo, ponieważ stał się on definitywnie moją ulubioną postacią w całym serialu. Nie mam absolutnie do czego się przeczepić, gdy tylko pojawiał się na ekranie, micha sama się cieszyła, a to wszystko dzięki znakomicie odegranym kwestią solo, jak i w duecie z Cavillem, chemia między tą dwójką jest wyraźnie widoczna, co jest jak najbardziej na plus. Na wyróżnienie zasługuje również Jodhi May wcielająca się w królową Calanthe, która jest jedną z nielicznych aktorów pokazujących emocje i jest w tym doskonała – gdy płacze, płaczesz z nią, gdy walczy, kibicujesz, chapeau bas.

Projekt na plastykę

Na pochwałę zasługuje zadbanie o tak pozornie nieistotny szczegół, jakim jest upodobnienie zębów aktorów grających wieśniaków, do ich faktycznego stanu w okresie średniowiecza. Rzadko ma on miejsce, a nic tak nie wybija z imersji, jak chłopek-roztropek myjący się zapewne raz na miesiąc z iście hollywoodzkim uśmiechem. Idąc tym tropem, niezrozumiałe jest dla mnie niedopatrzenie w postaci strojów możnych podczas uczty w Cintrze. Wszyscy ubrani są praktycznie tak samo, dla twórców nieważne było czy to Skeligijczyk, czy Temerczyk, możny to możny, po co drążyć temat. Wygląd Nilfgardzkich zbroi jest tragiczny, autorom kostiumów chyba coś się pomieszało i zamiast stworzyć mroczne czarno złote pancerze budzące strach u każdego, kto tylko je zobaczy, stworzyli żuczki, które wystarczy wywrócić na plecy i po problemie.

Miecz lekki niczym piórko

Jednym z ważniejszych elementów tego serialu są sceny walki, które w ogólnym rozrachunku wypadają całkiem nieźle. Tyczy się to szczególnie potyczek z mniejszą ilością przeciwników, bo bitwy są nakręcone w dość trudny do uwierzenia sposób. Dobrym tego przykładem niech będzie bitwa między Nilfgardem a Cintrą. Brak tam jakiejkolwiek fizyki, w momencie zderzenia ze sobą dwóch armii, wygląda to tak, jakby nałożono na siebie dwa oddzielne kadry, postacie jakby przez siebie przenikają, nie ma tego charakterystycznego zderzenia. Jej całość trwa kilka minut i właściwie w jej czasie nic widowiskowego się nie dzieje, od co szybka naparzanka. Za to pojedynek Geralta z Renfri lub Strzygą to prawdziwy taniec na miecze, przyjemnie się to ogląda, mimo szybkiego tempa, zwalniając kilkukrotnie, dając widzowi moment wytchnienia. Cieszy mnie umiejętne korzystanie z slow motion, jest dodawane ze smakiem w odpowiednich momentach, nie to, co w pierwszej części Wonder Women, gdzie było wpychane, gdzie tylko się da. Jak przystało na produkcję tego typu, nie mogło zabraknąć doskonale znanych wszystkim scen, gdzie dwójka bliskich sobie bohaterów postanawia spontanicznie okazać sobie miłość w środku walki. Pytanie, komu to potrzebne.

Klątwa złotego smoka

Na deser zostawiłem sobie kwestię CGI i zdjęć, bo to chyba najważniejsza część każdego serialu, a tym bardziej produkcji fantasy. Zdjęcia w Wiedźminie są pełne skrajności, raz mamy Geralta wklejonego niczym naklejkę na foto realistyczne tło, by za chwilę zobaczyć znakomicie odwzorowaną wieś, gdzie czuć panujący wszędzie odór nieczystości. Jakiekolwiek granie światłem w ciemnych pomieszczeniach nie istnieje, zero budowania klimaty, zabawy cieniem nic. Postacie cały czas są idealnie oświetlone, pół biedy, gdyby było to zrobione świecą lub kagankiem, a nie chamską lampą LED. Za to scena bitwy jest nakręcona jakby przez zabrudzony obiektyw, jakby zszarzała i ponura, ale nie w ten przyjemny sposób. Wygląd potworów pozostawia wiele do życzenia, w znacznej mierze, opiera się na dość plastelinowym modelu, w którym próżno szukać realizmu. Małym wyjątkiem jest tutaj insektoid z odcinka czwartego, śmiem twierdzić, że jest wypadkiem przy pracy, bo nie wierzę, żeby zespół, który tak doszczętnie spartolił sprawę pozostałych bestii, był w stanie wygenerować całkiem realnie wyglądające monstrum.

A miało być tak pięknie

Podsumowując wszystko, serial ten jest pełen skrajności, podobnie jako opinie fanów na jego temat. Moim zdaniem twórcy zmarnowali potencjał zawarty w tej historii. Może gdyby ktoś u góry w niego uwierzył, dał większy budżet i być może lepiej dobrał zespół wykonawczy, wyszłoby lepiej. Niestety nie mamy co gdybać, mamy Wiedźmina, jakiego mamy i nic z tym nie poradzimy. Mimo wszystko zachęcam do obejrzenia tego serialu, chociażby dla wyrobienia sobie własnego zdania, ja bawiłem się całkiem nieźle. Gorąco polecam odpalić sobie w pewnych momentach prędkość 1.5, gdyż wtedy uwypukla się prawdziwa wartość komediowa.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

NAJNOWSZE WPISY

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ