MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Shadow of the Colossus – recenzja gry. Być jak Dawid.

Dolina leżąca gdzieś na skraju świata, pusta kraina zła z początku czasu, zamknięta przed przybyszami z zewnątrz i wkraczający do niej wojownik łamiący tradycje własnego ludu. Kierowany miłością do swej zmarłej kobiety, decyduje się zawrzeć umowę z tajemniczym duchem zamieszkującym starożytną świątynię, po to, by złamać okowy śmierci i przywrócić ukochaną do życia. Zobowiązuje się stawić czoło i zwyciężyć z kilkunastoma ogromnymi kolosami zamieszkującymi te ziemie.

Shadow of the Colossus – recenzja gry. Być jak Dawid.

Cień Kolosa

Tak właśnie zaczyna się wydana w 2005 roku na PlayStation 2, jedna z najbardziej klimatycznych gier na platformę od Sony. Potem tytuł został przeportowany i ukazał się w 2011 na PlayStation 3, by ostatecznie zostać dostosowanym wizualnie i częściowo mechanicznie do obecnych realiów lądując w 2018 na PlayStation 4.

Sony i Bluepoint Games współpracowało już wielokrotnie, to właśnie spod ich ręki wyszła większość portów. Oznacza to, że starsze produkcje przenoszono na nowsze konsole, co w praktyce wiązało się ze zmianą rozdzielczości, płynności, czy czasem poprawiano jakieś drobne elementy graficzne, ale zasadniczo były to te same gry. Tymczasem Shadow of the Colossus to pełnoprawny remaster, choć bardziej adekwatnym określeniem jest remake. Bluepoint rozbudowało swoje studio o dział artystyczny, który to przygotował całą oprawę wizualną od nowa, a wszystko zostało zbudowane na świeżym silniku.

Poprzez pustkę

Recenzowanie przeze mnie Shadow of the Colossus jest niczym innym jak boss rushem. Struktura rozgrywki jest dość prosta. Przemierzamy pusty i surowy świat w poszukiwaniu kolosów, których potem staramy się pokonać podczas widowiskowych starć. Jedyną poboczną aktywnością jest zbieranie owoców zwiększających nasz pasek zdrowia i ogonów jaszczurek robiących to samo tylko z paskiem energii. Szczerze powiedziawszy, całość tej mechaniki jest na dłuższą metę nużąca i po znalezieniu wszystkich wspomagaczy jesteśmy w stanie pokonywać bossy za jednym podejściem. Gra pozbawiona jest mini mapy, a naszym jedynym kierunkowskazem jest światło odbijające się od miecza i po odpowiednim ułożeniu ruszamy konno w tamtym kierunku. Jak przystało na każdą artystyczną produkcję, musiał pojawić się tu tryb fotograficzny, stanowiący dodatkową atrakcję. Jedno trzeba przyznać, ładnych fotografii można zrobić tutaj mnóstwo.

Nie puszczaj!

Naszym głównym zadaniem podczas starć jest znalezienie świecących punktów na ciele przeciwników. Brzmi prosto? Otóż nie do końca. Pozornie prosta czynność potrafi niejednokrotnie przerodzić się w prawie godzinne starcia z bardziej wymagającymi wrogami, gdyż trzeba znaleźć sposób, jak się na nich wspiąć, a do czynienia mamy tu zarówno z chodzącymi, jak i latającymi, czy też pływającymi kolosami. Jeżeli już chwycimy naszą zdobycz za sierść, przesuwamy się powoli do celu, gdzie czasami na naszej drodze stają różnego rodzaju kamienne konstrukcje będące częścią bossów, na których możemy się zatrzymać na chwilę i zregenerować energię potrzebną do dalszej wspinaczki. Potyczki zostały dopracowane na tip-top, naprawdę nie znajduję nic, do czego mógłbym się przyczepić, brakuje w nich powtarzalności i nie nużą. Warto zaznaczyć jednak, że Shadow of the Colossus to gra sprzed ponad dekady i większość mechanik jest już mocno przestarzała, chodzi mi tu głównie o model poruszania się postaci. Niby zostało to usprawnione, ale czuć wszystkie te lata zgromadzone na karku.

Jedyna w swoim rodzaju

Niewątpliwie Cień Kolosa posiada mnóstwo zalet, do których należy fizyka wspinania się po ruchomych obiektach, unikatowość przeciwników, oraz surowy klimat dopełniany przez spokojną muzykę, idealnie współgrającą z tym, co dzieje się na ekranie. Oczywiście wady też się tu pojawiają – archaiczny system celowania z łuku i autopoziomująca się kamera, która potrafi doprowadzić do szału. To, co robiło wrażenie w 2005 roku, nadal trzyma fason i jest swego rodzaju ewenementem, którego nikt nie próbował podrobić. Drugiej takiej gry po prostu nie ma. To najlepszy remaster, jaki widziałem, idealnie nadający się do zapoznania z tą grową perełką. Wiadomo jest to gra z poprzedniej epoki i nadal czuć jej naleciałości. Uważam jednak, że warto przymknąć na to oko i poświęcić te około 9 godzin, by ujrzeć zakończenie, które mówiąc wprost… musicie zobaczyć.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ