Transformers: Przebudzenie bestii-recenzja Blu-Ray. A miało być tak pięknie…

UDOSTĘPNIJ

Wychowałem się na Transformersach. Za dzieciaka była to jedna z najczęściej oglądanych przeze mnie bajek na kasetach VHS. Optimus Prime i reszta zmiennokształtnych robotów są więc dla mnie naprawdę ważną częścią dzieciństwa. Filmy Michaela Bay’a wystartowały całkiem nieźle, jednak z części na część notowały tendencję spadkową. Jak to wygląda w przypadku miękkiego restartu serii?

Ciągle w sferze marzeń

Jeśli odpaliliście ten tekst, to zapewne kojarzycie sekwencję otwierającą produkcję Bumblebee z 2018 roku. W niej to widzimy grupę Autobotów atakowaną przez bandę Decepticonów, a wszystko to rozgrywa się na ogarniętej wojną planecie Cybertron. Dlaczego wspominam o tej sekwencji? Dlatego, że uważam ją za najlepsze kilka minut z Transformersami w produkcji live-action, jakie kiedykolwiek powstało. Obraz w reżyserii Travisa Knighta udowodnił, że jeśli się chce, to można, a ja od tego czasu wciąż marzę o pełnoprawnej produkcji całkowicie poświęconej robotom, które zawładnęły wyobraźnią młodszej wersji mnie. Tymczasem kilka miesięcy temu w kinach, a teraz na nośnikach fizycznych, otrzymaliśmy kolejny już film o Autobotach, w którym zdecydowanie zbyt dużą rolę odgrywają ludzie. Znowu.

Transformers: Przebudzenie bestii – recenzja Blu-Ray. A miało być tak pięknie…

A może tym razem?

Gdy dowiedziałem się o planach na kolejne produkcje serii, które tym razem mają totalnie olać produkcje spod ręki Michaela Bay’a, a skupić się na kontynuowaniu wątków ze wspomnianego Bumblebee, to nie ukrywam, że jakaś iskierka nadziei się we mnie zapaliła. Trochę przygasła, gdy okazało się, że za reżyserię zabierze się gość mający wcześniej na koncie Creed II i z większych produkcji to w sumie tyle. Moje obawy, niestety, się spełniły. Transformers: Przebudzenie Bestii, jest bowiem kolejnym bardzo średnim filmem z serii o przybyszach z planety Cybertron. Podobnie jak wszystkie twory Bay’a i ten skupia się na walce dobra ze złem, gdzie w centrum wydarzeń znajdują się dosyć przypadkowi ludzcy bohaterowie. Tym razem są nimi Noah i Elena.

Sama fabuła to zlepek klisz podążający do przodu niczym lokomotywa, a do tego nafaszerowany całą masą głupotek, będących nieodłącznym elementem tego uniwersum. Co dla mnie trochę niezrozumiałe, jak na nowe otwarcie historii, to fabuła zdaje się zbytnio napompowana. Oczekiwałbym od tej produkcji może nie kameralnej historii w stylu wspomnianego wcześniej Bumblebee, ale na pewno czegoś o mniejszej skali. Dostajemy natomiast inspirowany animacją Beast Wars kociołek z Autobotami, Terrorconami, Maximalami, i Unicronem pożerającym planety. Przecież to jest materiał na zwieńczenie kilku produkcji, a nie coś, co powinniśmy dostać na nowy start. Po tym daniu można dostać ewentualnie zgagi i niestrawności

Transformers: Przebudzenie bestii – recenzja Blu-Ray. A miało być tak pięknie…

Znowu to samo

Ponowny seans Przebudzenia Bestii, niestety, nie zmienił mojego zdania na temat tego obrazu. Owszem, może i jest efektownie, bo to do jasnej cholery Transformersy! Jednak tak zwyczajnie, po ludzku, chciałoby się dostać w końcu jakąś sensowną historię, a nie maszkarę, jaką jest ten film. Produkcja cierpi na brak zdecydowania: czy być poważną historią, czy jakimś behemotem z marnej jakości żarcikami. Już pomijając ludzkich bohaterów bez charakteru, to mam poważne zastrzeżenia nawet do robotów, które widzimy na ekranie. Naprawdę nie podoba mi się to, że w każdej części, jakby na siłę wciskane są transformersy z aż nadto wyeksponowanymi cechami ludzkimi. Robot z pokracznymi okularami, jakiś stary latający pierdziel walący bąkiem ze złomu, co to w ogóle jest? Transformersy zasługują na poważną historię i poważnych bohaterów, a nie robienie sobie z nich jaj, żeby się amerykański widz miał do czego rechotać w kinie. Jeśli ta seria dalej ma tak wyglądać, to ja mówię pas.

Transformers: Przebudzenie bestii – recenzja Blu-Ray. A miało być tak pięknie…

Technikalia

Wydanie Blu-Ray nie może pochwalić się znaczną ilością dodatkowej zawartości. Fizycznie, jest to po prostu pudełko z płytą, bez jakichkolwiek papierowych dodatków. To jednak już standard. Na płycie znajdziemy m.in. trwający około godziny dodatek, mający pomóc wsiąknąć w historię przedstawioną w filmie – niewykorzystane oraz rozszerzone sceny. Jeśli chodzi o technikalia, to z opcji interesujących polskiego widza, do dyspozycji mamy oryginalną ścieżkę dźwiękową w formacie Dolby Atmos lub polską w formacie Dolby Digital Surround 5.1 oraz polskie napisy. Produkcja, jak na wydanie Blu-Ray przystało, oferuje jakość 1080p (1920×1080) w formacie 16:9

Zalety

● Peter Cullen jako głos Optimusa Prime’a to jest nadal najszczersze złoto
● Momentami jest nawet efektownie

Wady

● Zmarnowany potencjał na nowe otwarcie serii
● Miota się między byciem poważną historią a głupimi żarcikami
● Już nawet wielkie bitwy robotów nie sprawiają większej frajdy

Za dostarczenie egzemplarza do recenzji dziękujemy