Assassin’s Creed Black Flag to tytuł, który od wielu lat wywołuje niemałe kontrowersje wśród miłośników serii o skrytobójcach w charakterystycznych kapturach. Niektórzy uważają go za jedną z najlepszych odsłon w cyklu, podczas gdy druga strona sporu upiera się, że za mało w niej Asasynów, a za dużo piratów. Jak w tym wszystkim wypada towarzysząca grze książka opowiadająca o życiu i dokonaniach Edwarda Kenwaya? O tym opowiem wam poniżej.

Zerknij na to : Link
Nie tylko gry zasługują na odświeżenie
O tym, że do graczy trafią odświeżone przygody Asasyna-pirata Edwarda Kenwaya, wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu, nawet jeśli Ubisoft nie był skłonny się do tego przyznać. Praca nad tym tytułem okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Assassin’s Creed Black Flag Resynced błyskawicznie odniósł finansowy sukces. Zanim jednak znów popłynęliśmy łupić statki na Karaibach, polskich fanów ucieszyła wieść, że również i książka doczeka się swoistego „remake’u”.
Za nową wersję odpowiada ponownie Wydawnictwo Insignis, które powraca do uniwersum Assassin’s Creed po kilku latach przerwy – poprzednim tytułem był Spisek Maga, który miałem przyjemność recenzować na łamach portalu. W procesie odświeżania nieznacznej zmianie uległ tytuł, gdyż zamiast rodzimej Czarnej Bandery na okładce widnieje Black Flag, współgrający z tytułem gry. W obu wydaniach znajdziemy jednak to samo tłumaczenie w wykonaniu Przemysława Bielińskiego, które po prostu zostało lekko zrewidowane.
Zerknij na tą recenzję : Link

Piraci z… Karaibów?
Olivera Bowdena kojarzą chyba wszyscy fani serii, w końcu związany jest z literacką częścią uniwersum od 2009 roku. Światło dzienne ujrzał wtedy Renesans opowiadający o początku przygód Ezia Auditore. Mało kto jednak wie, że pod tym pseudonimem kryło się dwóch autorów. Pierwszym z nich był Anton Gill. Jako historyk renesansu idealnie nadawał się do przelewania na papier przygód włoskiego Mentora. Potem pałeczkę przejął Andrew Holmes, zawodowy ghostwriter, który dostarczył światu sześć kolejnych tytułów.
To właśnie on zaczął tworzyć książki tak, by nie śledziły wydarzeń z gier krok po kroku, a zamiast tego rozszerzały fabułę, którą poznawaliśmy przez dziesiątki godzin spędzonych przed monitorami z produkcjami Ubisoftu. Tym razem pożeglował on na Karaiby podczas złotej ery światowego piractwa (pierwsza połowa XVIII wieku), balansując między światem piractwa a Asasynów i Templariuszy. Spowodowało to, że obie strony wspomnianego we wstępie sporu znajdą w tej książce coś dla siebie.
Nie mogłem się powstrzymać od małego mrugnięcia okiem w stronę słynnych filmów, które posiadają kilka cech wspólnych z Black Flag – jak choćby obrośniętą legendami postać Czarnobrodego czy same Karaiby jako podstawową lokację wydarzeń. Obok niego w środek wydarzeń trafiają także inne historyczne postacie, takie jak kapitan Charles Vane, słynny duet Mary Read i Anne Bonny, a nawet pirat-dżentelmen Stede Bonnet. Zanim jednak Edward Kenway trafił na dalekie wody, był butnym, lekko niedojrzałym młodzieńcem, pomagającym rodzicom w hodowli owiec. Nic więc nie zapowiadało, że w przyszłości zdobędzie on niemałą sławę i majątek na Karaibach – może oprócz jego marzeń, o których chętnie opowiadał nad kuflem trunku.

Edward nie zawsze był postrachem mórz
Tu właśnie przejawia się największy atut tej książki. W pierwszych pozycjach z serii Assassin’s Creed mieliśmy do czynienia z nowelizacjami gier. Tutaj jest jednak inaczej. Treść podzielona została na cztery części i prawie połowa z nich opowiada o losach Edwarda, które mogliśmy poznać tylko jako retrospekcje. Pierwsza z nich przedstawia nam młodego, aroganckiego człowieka, który pragnie zyskać sławę i bogactwo, by zapewnić dobrobyt kobiecie, w której się zakochał. Jego życie jednak zaczyna zmierzać w inną stronę, gdy jego losy przecinają się z odwiecznym konfliktem między Templariuszami i Asasynami. Natomiast druga połowa czwartej części przedstawia Kenwaya jako „emerytowanego” pirata, który powraca do rodzinnej Walii, aby wyrównać rachunki z młodości.
Przyznam się, że czytałem już Assassin’s Creed Black Flag kilka lat temu, jednak lektura odświeżonego wydania była dla mnie ciekawym doświadczeniem. Ponowne towarzyszenie Edwardowi podczas jego przygód przebiegało bowiem dwutorowo – popołudniami po praktykach studenckich grałem w remake kultowej gry, a wieczorami zasiadałem z chłodnym napojem i uważnie studiowałem to, co na temat swoich przygód uważał sam Edward. Ze względu na różnicę obu mediów, książka leży już na stosie przeczytanych pozycji, a przygoda na cyfrowych Karaibach jeszcze trwa (jednak po lekturze wiem, że w momencie pisania tej recenzji jestem już coraz bliżej finału rozgrywki).

Książka a gra – czym się różnią?
Czym więc książka różni się od gry? Przede wszystkim narracją – w przypadku słowa pisanego narratorem jest sam Edward, opowiadający o dawnych przygodach swojej córce. Otwiera to drzwi do dzielenia się przemyśleniami dotyczącymi podjętych decyzji, ale też przedstawienia, jak niektóre brutalne i traumatyczne wydarzenia odbijały się na stanie emocjonalnym bohatera. Dzięki bardziej osobistej perspektywie poznajemy też z bliska motywację stojącą za obsesją na punkcie bogactwa, która napędzała Edwarda do kolejnych rabunków i poszukiwań Obserwatorium. motywację, która niemal przyniosła mu zgubę.
Co prawda w grze, a zwłaszcza jej remake’u za sprawą retrospekcji poznajemy przeszłość Kenwaya, jednak dzięki prozie możemy spostrzec, jak bardzo skomplikowana była jego osobowość. Edward nie jest typowym protagonistą, z którym można się zaprzyjaźnić od pierwszej strony. Dopiero błędy, które popełnia w pogoni za ambicjami i straty, których doświadcza, sprawiają, że zaczyna inaczej patrzeć na świat. Przemianę widać też w filozofii jego działań, czego przykładem może być podejście do credo Asasynów. Na początku mylił wolność z możliwością czynienia, czego dusza zapragnie, z czasem jednak przekonuje się, że każdy musi brać pełną odpowiedzialność za swoje czyny.

Bardzo szybka i przyjemna lektura
Nie znajdziemy tu pięknej, wykwintnej stylistyki rodem z Władcy Pierścieni, lecz wartki i niemal filmowy sposób prowadzenia historii, który pokochali fani. Rozpoznawalnym stylem autora jest bardzo dynamiczna narracja okraszona prostym, przystępnym i bezpośrednim językiem. Dobrze współgra on z postacią Edwarda, którego poznajemy jeszcze jako podrostka pomagającego na farmie, a nie wyszczekanego pirata. Dzięki spoglądaniu na świat jego oczami widzimy, jak zmieniała się jego osobowość, a wtrącenia w opowieść zdradzają, że z upływem lat zaczynał on żałować niektórych decyzji. Właśnie taką bezpośredniość pokochałem w tej książce.

Nowe wydanie, różnice minimalne
Na uwagę zasługuje również samo wydanie książki. Prezentuje się ona jak klasyczna powieść przygodowa – tom liczący 448 stron otrzymał miękką oprawę i standardowy, wygodny w czytaniu format. W porównaniu do pierwszej wersji znajdziemy tu przede wszystkim nową ilustrację, pasującą do materiałów promocyjnych i okładki Assassin’s Creed Black Flag Resynced. Muszę wspomnieć też o skrzydełkach, które nie tylko rozszerzają ilustrację z okładki, ale też wzmacniają okładkę, przez co podczas podróży np. na plażę możemy być spokojni o stan naszej lektury.

Więcej niż książkowa adaptacja?
Assassin’s Creed Black Flag to lekka i sprawnie napisana powieść przygodowa, która najlepiej wykorzystuje to, czego gra nie mogła pokazać w tak dużym stopniu – przeszłość Edwarda Kenwaya i jego drogę od ambitnego, egoistycznego młodzieńca do postaci znanej z karaibskiej przygody Ubisoftu. Piracki klimat, wyrazisty bohater i dodatkowy kontekst sprawiają, że książka może zainteresować zarówno fanów gry, jak i osoby, które wcześniej nie miały kontaktu z serią. Szkoda jedynie, że wznowienie nie ustrzegło się drobnych niedopatrzeń redakcyjnych, w tym zauważalnych powtórzeń. Mimo tego to solidna, niezobowiązująca lektura – może niekoniecznie taka, do której będzie się często wracać, ale przez kilkaset stron zapewniająca dokładnie to, czego można oczekiwać: dobrą, piracką przygodę.
