Ghost Keeper zapowiadał się wspaniale – następca Ghost Mastera, klimat wiktoriański i do tego polska ekipa! Co mogło pójść nie tak? Jak się okazało praktycznie wszystko. I szczerze pisanie tej recenzji zajęło mi w połowie czasu, ile spędziłem na ogranie całej gry.
Kampania jest, ale sensu w niej już nie znajdziemy
Ghost Master podobno ma fabułę. Gdzie jest ukryta, tego już nie znalazłem. Mamy jakąś luzną wstawkę, że zostajemy jakimś władcą strachu i mamy… straszyć. A to wszystko w wiktoriańskiej otoczce. No i to by było na tyle. Duchy posiadają swoje prowadzenie skrócone do jednego, dwóch zdań, nie mamy żadnego zarysu fabularnego dlaczego mamy straszyć ludzi lub co jest naszym celem ostatecznym. Po prostu to robimy, bo tak… chcemy? Bractwo łowców duchów czy same czasy w których rozgrywa się produkcja także nie dostały żadnego czasu antenowego.
Misje są bardzo sztampowe – od jakieś odizolowanej wioski, gdzie mamy zniszczyć zapasy żywności, po typową misję na cmentarzu, gdzie zły kapłan robi rytuał i zabezpiecza groźnego ducha przed uwolnieniem. W misjach przeszkadzają nam łowcy duchów (ale nie ci o których myślicie), a naszym zadaniem jest albo wystraszenie śmiertelników albo ich likwidacja. To nieco odróżnia grę od Ghost Mastera, ale spokonie, bo na tym zalety się kończą.
Jest tutaj nieco humoru, ale wstawek popkulturowych jak było to w oryginalnym dziele Sick Puppies tutaj nie znajdziemy. Czasem twórcy Ghost Keepera lubią rzucić jakimś sucharem, ale nie jest to zbyt wyszukane. Wygląda to momentami, jakby ktoś miał w robocie za zadanie na szybko wymyślić jakiś żarcik i wrzucić go do gry. Mocno jest to wymuszone i dlatego zwykle mocno nieśmieszne.
Muszę jednak przyznać, że rozgrywka wciąga – umiejętności jest sporo, ale samych duchów raczej niewiele. Szybko uczymy się, jak w banalny sposób wystraszyć lub zabić najbardziej opornych śmiertelników, a każdą misję możemy przejść nie zmieniając zestawu naszych straszydeł. Nie ma tutaj elementu wiązania duchów do konkretnych miejsc, żywiołów czy obiektów, a mamy swobodne upiory, które mogą się zmaterializować w dowolnym miejscu.
Jedyne co tu straszy to optymalizacja i długość gry
Ghost Keeper wygląda niezbyt ładnie. No dobra, jest po prostu średnio-ładna, używając bardziej literackiego opisu. Animacje są skromne, modeli postaci bardzo proste, a wyglą NPC regularnie się powtarza, bo nie ma ich więcej niż 10. Dlatego atak klonów jest tutaj normą i czasem zdarzało się, że miałem braci bliźniaków jako łowców duchów. Muszę zachwalić, że obyło się bez większych błędów, chociaż AI przeciwników jest tak głupie, że potrafią bezproblemowo stać w jednym pomieszczeniu i obrywać zdolnością za zdolnością.
Optymalizacja potrafi naprawdę solidnie nawalić. W misji rozgrywającej się w kanałach klatki na sekundę spadły poniżej 60 i to na RTX 5060 Ti. Niezbyt chwalebne osiągnięcie, zważywszy, że w wymaganiach zalecanych widnieje leciwy GTX 1650! Tutaj nie da się naprawdę obronić jakim cudem gra wyglądająca średnio w taki sposób marnuje zasoby komputera i potrafi mieć tak poważne problemy ze stabilnością.
Jednak pomimo wszelkich tych wad jedna jest najbardziej zabójcza – grę można ukończyć w niecałe 4 godziny! Co prawda wówczas odblokowujemy tryb swobodny, ale nie daję on żadnej satysfakcji. Pozwala za to na rozgrywanie tych samych map, ale bez żadnych dodatkowych zadań czy wyzwań. Ot co, wybieramy duchy i straszymy śmiertelników. Tyle, że to też nie ma sensu, bo duchy nie odblokowują żadnych dodatkowych umiejętności ani niczego, dlaczego wartobyłoby w tej grze spędzić dodatkowym czas.
Czy warto zakupić?
W tej grze czuć, że w pewnym momencie developerom już nie chciało się dopieścić produktu końcowego. A może zostali pośpieszeni? Ciężko stwierdzić, ale jest tu masa niedoróbek, które aż proszą się o skończenie. W tym wypadku zdecydowanie lepiej wydać swoje pieniądze na Ghost Master: Ressurection, którego premiera najpewniej pogrzebała nadzieję Ghost Keepera na jakiekolwiek zainteresowanie ze strony fanów pierwowzoru. Możliwe, że premiera właśnie tego tytułu spowodowała, że Quest Craft zwyczajnie odpuścił chęć dopieszczenia tego tytułu. Szkoda. Potencjał był ogromny, klimat zapowiadał się nieźle i mogliśmy dostać duchowego (hehe) następcę Ghost Master.
