The Blood of Dawnwalker recenzja… w końcu nastał ten dzień! To zdecydowanie tytuł, na który w tym roku czekałem najbardziej. Obietnica mrocznego RPG z wyborami mającymi realny wpływ na rozgrywkę, do tego od ludzi, którzy współtworzyli Wiedźmina? Czy może być lepiej? Jednak na koniec dnia oczekiwania oczekiwaniami, hype hype’em, ale jak finalnie wypadła przygoda Coena? Sprawdźmy!
The Blood of Dawnwalker – co to za gra?
Zanim przejdę do swoich przemyśleń, kilka konkretów. The Blood of Dawnwalker to singlowe RPG akcji tworzone przez polskie studio Rebel Wolves i wydawane przez Bandai Namco Entertainment. Gra trafi do sprzedaży na PC, PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S już 3 września 2026 roku. Akcja gry przenosi nas do XIV-wiecznej Europy, rozdzieranej przez wojny i Czarną Śmierć. I jakby ludziom było mało problemów, moment ich słabości wykorzystuje klika potężnych wrakirów, czyli wampirów. W tym wszystkim poznajemy Coena – młodego mężczyznę, który staje się Dawnwalkerem, czyli człowiekiem za dnia i wampirem w nocy. Jego cel jest prosty tylko na papierze: ocalić rodzinę przed Brencisem, wampirzym lordem rządzącym Doliną Sangorską. A dalej? Dalej zaczynają się decyzje, niełatwe sojusze i pytanie, które bardzo szybko staje się sercem tej historii: czy warto poświęcić własną duszę dla tych, których kochasz?
Coen z Laslei – bohater jak z okładki
Zazwyczaj w swoich recenzjach zaraz po wstępie przechodzę do omówienia fabuły. Ta na koniec dnia zawsze jest dla mnie w grach najistotniejsza. Dzisiaj jednak przewrotnie zacznę od postaci Coena, czyli głównego bohatera The Blood of Dawnwalker. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak ekipie Rebel Wolves udało się do tego paskudnego i odartego z jakiejkolwiek moralności oraz normalności świata wprowadzić bohatera o pięknym i wielkim sercu. Taki przynajmniej był on dla mnie. Dla Was? Zupełnie nie musi.
I to jest właśnie piękno Dawnwalkera w najczystszej postaci – wszystko, co finalnie wydarzy się na ekranie, zależy od naszych wyborów. Jak wspomniałem, mój Coen był z charakteru dosłownie niczym Troskliwy Miś. Zawsze dla innych, zawsze gotowy do poświęcenia. Nie wiem, czemu tak wyszło, jakoś wydawało mi się, że to po prostu pasuje do całej narracji. Aby mimo mroku, który próbuje nim zawładnąć, on dalej pozostawał światłem rozświetlającym Dolinę Sangorską. Może to na swój sposób aż zanadto poetyckie? Jednak tak to już jest. Jak gra wciągnie, to po prostu magluje się w głowie takie rzeczy zdecydowanie za mocno.
Niemniej w trakcie rozgrywki Coen może być też niezłym… łobuzem. Wszystko zależy od tego, jak finalnie zdecydujecie się poprowadzić jego historię. Ja polecam się tym bawić. Sam mam teraz w planach powrócić do tego świata i spróbować troszkę innej, bardziej mrocznej, wrakirzej ścieżki. Wyjściowo jednak aż prosi się o to, żeby był on ostoją moralności i prawości. W końcu – jak sami zobaczycie – to chłop o złotym sercu, który byłby w stanie poświęcić siebie dla dobra swoich bliskich.

Fabularny majstersztyk
Nic dodać, nic ująć. Jeżeli Rebel Wolves za The Blood of Dawnwalker nie zgarnie tony nagród w kategoriach narracyjnych i fabularnych, to przestanę wierzyć, że te wielkie gale i rozdania mają jakikolwiek sens. Oczywiście mógłbym tutaj napisać wiele i jeszcze więcej, ale nie chcąc psuć Wam rozgrywki, postaram się ograniczyć do najważniejszych i najmniej spoilerujących aspektów.
Aż chciałoby się rzucić tutaj soczystym słowem ze słownika języka polskiego. Jednak nie mogę, więc ugrzeczniając – O MATULU, ale to było dobre. Składne, ładne i pięknie poprowadzone! Od A do Z1, albo Z2, albo Z3, a zapewne i wielu innych Z, których jeszcze nie dane było mi odkryć. Fabularnie The Blood of Dawnwalker to majstersztyk, nowa perła w koronie polskiej branży gier, która będzie rozkładana na wiele części przez najbliższe dni i miesiące.
Ale o co w ogóle w tej fabule chodzi? W Dolinie Sangorskiej trwają rządy kniazia Brencisa i jego bojarskiej świty. Kniaź po pewnych wydarzeniach wchodzi w niezwykle osobisty konflikt z Coenem, co finalnie motywuje bohatera do zabicia Brencisa i obalenia jego rządów. I to jest w pewnym sensie to, co nakręca całą spiralę zdarzeń. Ukochany przez świat graczy motyw zemsty. Bo nic tak nie napędza bohatera jak chęć zemsty – uuuu, jestem taki zły, teraz mnie popamiętasz! Oklepane to już jest na milion sposobów, ale no działa… chciał nie chciał, działa i nadal świetnie się sprawdza. I tutaj nie napiszę, kurka wodna, więcej, bo nie chcę psuć zabawy.
Jak oni to zrobili?!
Ekipa Rebel Wolves, tworząc ten świat i rozpisując tę historię, stworzyła coś unikalnego, w czym naprawdę można się zakochać. Nie jest to prosta fabuła. Nie jest też przesadnie skomplikowana, ale zdecydowanie rozbudowuje się i rozdziela na mniejsze oraz większe wątki. Tworząc zdumiewającą całość z dramatycznym, mrocznym, a momentami dającym nadzieję wydźwiękiem. Oczywiście tutaj też wiele zależy od naszych wyborów. Finalnie to my będziemy musieli podjąć wiele kluczowych decyzji mających wpływ na mieszkańców Doliny Sangorskiej.
I to chyba jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Fakt, że w jakiś sposób od nas zależy, czy ta historia zakończy się dobrze, źle czy gdzieś pomiędzy. I uwierzcie mi – te wybory nie są ułudą, a faktem. Na przestrzeni całej gry, w ramach testów, tu sobie zapisałem, tam wczytałem. Żeby sprawdzić, czy faktycznie to, co robię, ma wpływ na otaczający mnie świat. I TAK, ma! Czasami widać to od razu, czasami dopiero po kilku dniach. Jednak na koniec uratowanie jednego człowieka w połowie gry może okazać się znaczące dla zakończenia. Mnie przykładowo jedna taka sytuacja w cutscence po finale mocno zaskoczyła, ale i ucieszyła, bo miałem takie: „ooooo, ale zajefajnie, że on tu jest, ale smaczek!”.

Coen i jego przyjaciele
Czy Coen i jego kompani złapali się za ręce na koniec gry i tańczyli w kółeczku, śpiewając jakieś wesołe ludowe piosenki? Niestety nie, chociaż mogłoby to być nawet cute zakończenie, które w jakimś stopniu by mnie rozczuliło. Jednak po przedarciu się przez moczary, katakumby, góry, stosy umarłych i nieumarłych ciężko byłoby radośnie skakać do góry, prawda?
W taki dość żartobliwy sposób zaznaczyłem Wam tutaj, że Coen w trakcie swojej przygody spotyka na swojej drodze wielu… bohaterów. Dobrych, złych, lepszych i gorszych. Wiadomo, jak to w życiu bywa. I co ich wszystkich łączy? Fantastyczne historie! Zdecydowanie bohaterowie i wątki poboczne to jedne z najmocniejszych aspektów The Blood of Dawnwalker. Można nawet czasami uznać, że te dodatkowe misje, mające lub niemające wpływu na główny wątek, są równie ciekawe i ekscytujące jak on sam. I nie jest to żadne wyolbrzymienie.
Bo faktycznie, tak jak wątki powiązane z Ancą, Słowikiem czy Lacrą mają wpływ na główną historię, tak na mapie znajdziemy wielu mniej ważnych bohaterów z ich własnymi bolączkami, które przyjdzie nam rozwiązać. Czasami potrwa to godzinę, czasami 15 minut, ale na koniec zawsze będzie czuło się pewnego rodzaju satysfakcję z wykonanej misji, bo jest ona po prostu ciekawa. Nie spotkałem – a jednak te 40 godzin w grze spędziłem – nawet jednego zadania, które w mojej ocenie okazałoby się nudne. To nie lada wyczyn, bo wbrew tej laurce, którą tej grze szykuję, jestem zdecydowanie marudnym i często narzekającym graczem.
I uwaga, a zarazem rada – czasami te małe zadanka też mogą okazać się gdzieś na późniejszym etapie znaczące. Więc uważajcie, jakie decyzje podejmujecie!

Masz 30 dni i 30 nocy
I ani dnia dłużej, rozumiemy się?! Oczywiście żartuję, hehe. Ta opcja podzielenia gry na dzień i noc, z upływającym czasem po wykonaniu każdego zadania, budziła w sieci sporo kontrowersji. Wiele osób uważało, że to się nie uda, że to system, który nie będzie miał większego sensu itd., itd. Ja też miałem swoje obawy. Szczerze myślałem, że to pewnie taki ot, wybryk studia, aby móc mówić o jakiejś narracyjnej rewolucji. Czy miałem rację? Nie i bardzo dobrze.
Ten system to przemyślany i dopracowany element gry. Nie tylko zamienia noc w dzień oraz dzień w noc, aby podkreślić to, że Coen jest Dawnwalkerem i dać nam różne umiejętności w zależności od pory dnia. To przede wszystkim sposób, który nakłada na nas jako graczy delikatną presję czasową, ale przy tym zmusza do zastanowienia się, co dla nas jest w tej historii najistotniejsze… relacje z innymi bohaterami? Ratowanie rodziny? A może znajdźki i zadania poboczne? Jak w całej tej grze, tak i tutaj – to my decydujemy.
Niemniej zaznaczam, że te 30 dni i nocy to naprawdę sporo. Więc nie musicie się stresować, bać i unikać odkrywania tego świata. Wręcz przeciwnie, zaszalejcie i pozwólcie sobie na porządną eksplorację. Ja miałem takie nastawienie, cedziłem słowa i analizowałem podejmowane decyzje przez pierwszych siedem dni. Potem stwierdziłem – a co mi tam, co ma być, to będzie. I nie żałuję, bo wykonałem masę cudownych zadań pobocznych, zebrałem pokaźny ekwipunek, poznałem fantastycznych sprzymierzeńców. Finalnie, udając się na finałową misję, miałem jeszcze pięć dni w zapasie. Co ciekawe, gra już trochę mnie do tego końca przymusiła, ale o tym zaraz…

Za dnia człowiekiem
Albo wampirem… Klimatyczna ta bardziej wyciągnięta z naszego folkloru nazwa, ale jednak może trochę mylić. Zatem, jeżeli chodzi o mechanikę walki i poruszania się po Dolinie Sangorskiej. Jak zapewne już wiecie, Coen za dnia ma inne umiejętności, a nocą inne. Wynika to oczywiście z tego, że kiedy świeci słońce, jest człowiekiem, a kiedy na niebie pojawia się księżyc – wrakirem.
Za dnia Coen para się fechtunkiem oraz magią krwi. Walcząc używa miecza i zaklęć. Przy tym również, kiedy słońce rozświetla jego piękną buźkę, może przeprowadzać różnego rodzaju rytuały, które pozwalają mu na rozmawianie ze zmarłymi, przeprowadzanie seansów astralnych czy odganianie duchów. Porusza się po świecie na swoich dwóch nogach, biegając wolno albo szybko – jak sobie odblokujecie taką umiejętność.
W nocy zaś wrakirem
Nocą Coen pokazuje ząbki, ale przy tym nadal jest perfekcyjnym szermierzem. Walcząc, może używać pazurów i wrakirskich umiejętności, na przykład wypijać krew przeciwników, lecząc się przy tym, ale może też korzystać z miecza. Ja preferowałem właśnie taką formę rozgrywki – miks. Przy tym nocą może również skakać po budynkach, zjeżdżać z gór na pazurach i biegać po Dolinie Sangorskiej w postaci wilka – jeżeli rozwiniecie mu odpowiednią umiejętność.
Czy sposób gry za dnia różni się od tego nocą? Zdecydowanie. Już abstrahując od tego, że pewne zadania można wykonywać o określonych porach, sam styl i sposób gry również ulegają zmianie. Nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że czasami przyjdzie nam zdecydować, czy wykonując daną misję, chcemy być właśnie człowiekiem, czy wrakirem.
Tutaj też pojawi się lekkie marudzenie… Ja, rozpoczynając swoją przygodę z tym tytułem, liczyłem, że fakt, w jakiej formie przyjdzie nam rozmawiać z innymi bohaterami, będzie miał wpływ na to, jak nas postrzegają. Finalnie okazało się, że nie ma to większego znaczenia. Sprawdzałem to i poza okrzykami na wsi typu „AAAAA, WRAKIR!” nie spotkałem się z innym odbiorem Coena za dnia, a innym nocą. A szkoda, bo tutaj też drzemał duży potencjał.

Fabuła, dnie i noce, ale to nie jedyne plusy
Już też nie szalejąc z długością tej recenzji, bo niestety wiem, że sporo osób nie doczyta do końca (SHAME ON YOU!), przejdźmy sobie do dodatkowych aspektów, które sprawiają, że The Blood of Dawnwalker to wyjątkowy tytuł, w który warto zagrać.
Przede wszystkim zadania poboczne – o których już wspomniałem, ale stwierdziłem, że przytoczę je jeszcze raz, bo naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak cały system zadań pobocznych został zbudowany. Dla przykładu w jednej z największych lokacji – mieście Svartrau – spotkałem Uriaszkę, wykonałem dla niej misję, a potem okazało się, że finał tej misji miał wpływ na inne dodatkowe zadanie pozyskane w wiosce Uriaszy w górach. Kosmos! Ale taki, który ja kocham i lubię najbardziej – im bardziej rozbudowane i powiązane ze sobą są poszczególne elementy świata, tym lepiej!
Kolejna rzecz to system infamii – moja pięta achillesowa… Wykonując kolejne zadania i podkopując rządy Brencisa w Dolinie Sangorskiej, rośnie nam zła sława. Im wyższy poziom infamii, tym większe trudności napotkamy na swojej drodze – od dodatkowych patroli po rozpoznawanie Coena przez strażników na ulicach miast i we wsiach. Więc tutaj rada: nie pędźcie z dokuczaniem kniaziowi, bo potem w trakcie randomowej misji pobocznej przyjdzie Wam walczyć z kilkunastoma strażnikami.
No i drzewko rozwoju postaci – podzielono je na trzy osobne drzewka odpowiadające za umiejętności magiczne, fechtunek oraz zdolności wrakirskie. I z tym jest naprawdę dużo zabawy. Przede wszystkim, aby rozwijać Coena, musimy mieć punkty, które zdobywamy z każdym kolejnym poziomem rozwoju postaci. Niemniej do tego jeszcze, rozwijając każdą umiejętność, musimy „wydawać” czas z naszego dnia, a żeby odblokować niektóre zdolności, musimy wcześniej przeczytać odpowiednie książki albo wypić wystarczająco dużo krwi… Rozbudowane do skrajności, ale jednocześnie zrozumiałe – więc nie martwcie się. Jest z tym dużo zabawy, ale takiej, która jednak zmusza do myślenia!

No panie kolego, ale trochę z tymi pochwałami to Pan przesadzasz…
Nie, nie przesadzam! The Blood of Dawnwalker oczywiście w mojej ocenie to gra, która zasługuje na wszystkie możliwe kwiaty tego świata. Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mocno zaangażowałem się w jakiś tytuł. Oczywiście początkowo, po wejściu do tego świata, miałem lekkie przemyślenia na zasadzie: „jej, czy oni na pewno udźwignęli ten hype?”. Niemniej z każdą kolejną godziną było tylko lepiej i lepiej, i jeszcze lepiej.
Oczywiście, jak zapewne wielu z Was, widziałem gdzieś w sieci informacje o tych nieszczęsnych klatkach na sekundę – i faktycznie, w przypadku wersji The Blood of Dawnwalker na PS5 czasami było to uciążliwe. Ale to przeszłość. Wy na premierę nie będziecie się z tym borykać!
Niemniej poza tym? Naprawdę, jakbym bardzo chciał, no nie mam się do czego przyczepić. Ja też nie jestem jakimś turbo recenzentem technicznym. Może i coś niecoś wiem i umiem ocenić, ale na koniec dla mnie kwestie takie jak brak filtra w ekwipunku nie mają większego znaczenia. Zawsze skupiam się na tym, co kluczowe w mojej ocenie – czyli fabule, bohaterach oraz emocjach. To ma dla mnie w RPG znaczenie. A czy tam, czy tu trochę się przytnie? Wolę, żeby się zacięło, kiedy mam łzy w oczach, niż żeby gra do tych łez w ogóle nie potrafiła mnie doprowadzić.

Chodzi jak Wiedźmin, trochę podobny, to pewnie Wiedźmin!
Nic bardziej mylnego. Geralt to nie Coen, a Coen to nie Geralt. Jednak porównania są nieuniknione. W końcu The Blood of Dawnwalker to gra stworzona przez ludzi, którzy wcześniej pracowali przy Wiedźminie 3. Czy to czuć? No cóż… widać to i czuć zdecydowanie.
Rebel Wolves, zakładając własne studio, zabrało ze sobą z CD PROJEKT RED chyba to, co najlepsze. Umiejętność tworzenia unikatowych, rozbudowanych historii, świetnych bohaterów i questów, które nie są tylko kolejnymi znacznikami do odhaczenia na mapie. I pięknie przełożyli całe to doświadczenie na przygodę Coena. Nie oznacza to jednak, że The Blood of Dawnwalker jest Wiedźminem 3 z wampirami. Wręcz przeciwnie. Gra bardzo szybko pokazuje własną tożsamość. Pomysły i zasady, a inspiracje czy doświadczenie twórców są tutaj raczej fundamentem, na którym zbudowano coś swojego.
I słuchajcie – takie cuda robić zespołem liczącym około 160 osób? Czapki z głów, moi drodzy. Niech więc to wiedźmińskie doświadczenie będzie dla The Blood of Dawnwalker piękną trampoliną na sam szczyt, bo po tym, co Rebel Wolves pokazało przy swoim debiucie, naprawdę jestem cholernie ciekawy, gdzie znajdą się za kilka lat.

The Blood of Dawnwalker – recenzja i klasyczne podsumowanie
Kochani czytelnicy, jeżeli dotarliście tutaj, to dziękuję, bo wiem, że nie wszyscy tu docierają. A jeżeli po prostu zjechaliście na dół, żeby poznać werdykt końcowy, to proszę bardzo.
Nie jestem zwolennikiem liczbowych ocen, ale pozwolę sobie, bo już wiele osób mnie o to pytało… OFICJALNIE jako redaktor Grapodpada.pl przyznaję The Blood of Dawnwalker ocenę…
9/10
Bez zawahania, ale po głębszych przemyśleniach. The Blood of Dawnwalker to nie tylko jedna z najlepszych gier tego roku, ale prawdopodobnie również jedna z najlepszych rodzimych produkcji ostatnich lat. Ze szczerego serca zachęcam, polecam i naprawdę namawiam do tego, żebyście zapoznali się z tym tytułem, bo naprawdę nie pożałujecie. A jeżeli lubujecie się w grach RPG – będziecie w prawdziwym niebie. Coś pięknego!
Udanej zabawy i powodzenia!
