REKLAMA

Duskfade – recenzja gry. Piękna laurka dla platformówek

Kuba Hertel

Opublikowano: 30 sierpnia 2026

recenzja gry duskfade
Spis treści

Duskfade nie próbuje wynaleźć koła na nowo. Zamiast tego czerpie inspiracje z takich gier, jak Kingdom Hearts, Jak & Daxter czy Ratchet & Clank, po czym zamyka ich ducha w ślicznej, pełnej serca przygodzie, której drobne niedoróbki łatwo wybaczyć.

Są takie gry, przy których praktycznie od pierwszych minut wiadomo, co inspirowało ich twórców. W przypadku Duskfade nie trzeba nawet szczególnie długo szukać. Wystarczy spojrzeć na głównego bohatera, jego broń, przeciwników czy pastelowy, baśniowy świat – to wszystko od razu kojarzy się z produkcją Square Enix. Chwilę później na myśl przywodzą też takie serie, jak Jak & Daxter, Ratchet & Clank, a momentami nawet inne platformówki z przełomu lat 90. i 2000.

Duskfade jest dla mnie jednym z tych przypadków, w których opieranie się przede wszystkim na znanych patentach, działa  na korzyść gry. Weird Beluga nie udaje, że odkrywa nowy gatunek, a zamiast tego przygotowało wyjątkowo sympatyczny hołd dla czasów, kiedy platformówki 3D były jednym z filarów rynku. Taki, przy którym parę razy naprawdę poczułem się, jakbym znowu odpalił PS2 i kompletnie nie wiedział, co czeka mnie za kolejnym zakrętem.

REKLAMA

Duskfade, czyli mamy Kingdom Hearts w domu

Gra opowiada historię Ziriana, który wyrusza na ratunek swojej siostrze Allirze po tym, jak pojawienie się tajemniczej Wieży Zegarowej wywraca jego świat do góry nogami. W podróży towarzyszy mu mechaniczny ptak Cuckoo, a kolejne lokacje przybliżają bohaterów do poznania prawdy dotyczącej wieży, dawnych Clockmakerów i wydarzeń, które doprowadziły do obecnej sytuacji.

Nie zamierzam jednak udawać, że scenariusz stanowi tutaj największą siłę produkcji. Wręcz przeciwnie – dość szybko zacząłem podejrzewać, dokąd to wszystko zmierza, a gra nie zrobiła szczególnie wiele, żeby wyprowadzić mnie z błędu. Kolejne odkrycia potrafią być emocjonalne, całość zahacza o tematy straty, żałoby, wspomnień i pogodzenia się z przemijaniem, ale sama droga prowadząca do finału jest dość przewidywalna.

screenshot z gry duskfade
Gra potrafi zauroczyć widokami

Na szczęście historia ma w sobie wystarczająco dużo uroku, żeby mimo wszystko chcieć obserwować ją do końca. Szczególnie że relacja Ziriana i Cuckoo z czasem wypada coraz lepiej, a świat jest na tyle sympatyczny, że po prostu chciałem wiedzieć o nim więcej. No i jest jeszcze ten słoń wielkości samego Kingdom Hearts stojący na środku pokoju.

Inspiracje serią Square Enix są absolutnie oczywiste. Design Ziriana, jego broń, stylistyka przeciwników, baśniowość świata czy sposób łączenia platformówki z prostą zręcznościową walką potrafią momentami naprawdę mocno przypominać przygody Sory. To nie przypadek – podobne skojarzenia pojawiają się właściwie wszędzie tam, gdzie mowa o Duskfade.

Jednocześnie podczas samej rozgrywki coraz częściej miałem wrażenie, że Kingdom Hearts odpowiada przede wszystkim za warstwę wizualną i klimat, natomiast gameplayowo Duskfade znacznie bliżej do klasycznych platformówek pokroju wspomnianych już przeze mnie Jak & Daxter czy Ratchet & Clank. To akurat bardzo dobry komplement.

Duskfade przypomina, dlaczego platformówki 3D są tak dobre

Największą zaletą Duskfade jest dla mnie coś niezwykle prostego – fantastycznie się po tej grze porusza. Zirian stopniowo otrzymuje dostęp do coraz większej liczby możliwości. Skoki, dashowanie w powietrzu, hak, szybowanie czy poruszanie się po szynach zaczynają się ze sobą łączyć, dzięki czemu zwykłe dotarcie z jednego miejsca do drugiego potrafi być małą platformową układanką. Gra regularnie pokazuje mi platformę albo sekret znajdujący się gdzieś pozornie poza zasięgiem i niemal automatycznie zaczynam zastanawiać się, czy da się tam dostać. Najczęściej się da.

screenshot z gry duskfade
Walka jest w porządku, ale na dłuższą metę nuży

To dokładnie ten rodzaj projektowania świata, którego coraz bardziej brakuje mi w dużych produkcjach. Nie chodzi wyłącznie o podążanie za znacznikiem misji. Duskfade nieustannie zachęca do rozglądania się, zbaczania z głównej drogi i sprawdzania, czy za pobliskim budynkiem, skałą albo wysoko położoną platformą nie ukryto czegoś ciekawego.

Poziomy są przy tym naprawdę różnorodne. Gra potrafi przerzucać mnie pomiędzy bajkowymi, mechanicznymi lokacjami, lasami, podwodnymi obszarami, pustyniami czy miejscami zawieszonymi wysoko ponad chmurami. Wszystko jest kolorowe, momentami wręcz przesadnie baśniowe i bardzo często po prostu śliczne.

Artystycznie Duskfade momentami wygląda znacznie drożej, niż prawdopodobnie było w rzeczywistości. Świetne operowanie kolorami, oświetleniem i ogromnymi elementami otoczenia sprawia, że kilka razy zwyczajnie zatrzymałem się, żeby obejrzeć panoramę.

To właśnie tutaj najmocniej czułem, że Weird Beluga naprawdę kocha gatunek, do którego nawiązuje. Duskfade nie wygląda jak projekt przygotowany przez ludzi, którzy po prostu zauważyli chwilową modę na nostalgiczne platformówki. To gra zrobiona przez ludzi, którzy najwyraźniej sami wychowali się na podobnych produkcjach.

Eksploracja daje mnóstwo frajdy, choć nie wszystko wynagradza

screenshot z gry duskfade
Sporo tu skakania, grindowania, bujania się na hakach itp. – fani platformówek powinni być zadowoleni

Twórcy dosłownie zasypują gracza przedmiotami do zebrania. Są surowce, elementy służące do rozwijania umiejętności, kosmetyki oraz sekrety wymagające wykorzystania konkretnych zdolności. Część miejsc staje się dostępna dopiero po zdobyciu nowych narzędzi, więc po kilku godzinach zaczyna pojawiać się delikatny metroidvaniowy rytm – widzę coś, czego jeszcze nie potrafię zdobyć, zapamiętuję miejsce i wracam później.

Sam pomysł uwielbiam. Problem w tym, że nie każda nagroda rzeczywiście zachęcała mnie do wykonania dodatkowej platformowej akrobatyki.

Duskfade potrafi przygotować bardzo fajną drogę prowadzącą do sekretu, po czym na jej końcu daje coś, co niekoniecznie ma dla mnie większe znaczenie. System progresji również rozwija się trochę zbyt wolno. Część naprawdę przydatnych możliwości pojawia się później, niż bym chciał, przez co początkowe godziny wydają się mechanicznie znacznie prostsze od tego, czym gra staje się pod koniec. 

Mimo wszystko samo zdobywanie tych rzeczy często było ważniejsze niż nagroda. Jeśli dotarcie do znajdźki wymagało ode mnie wykonania długiej kombinacji skoków, dashy i korzystania z haka, już sama droga dawała wystarczająco dużo satysfakcji.

Walka jest okej. Bossowie są znacznie lepsi

screenshot z gry duskfade
No ślicznie jest, no

Duskfade nie jest wyłącznie platformówką. Zirian regularnie musi również rozprawiać się z przeciwnikami za pomocą swojej charakterystycznej broni. Możemy wykonywać podstawowe kombinacje, robić uniki, odbijać część ataków oraz korzystać z kolejnych umiejętności odblokowywanych w trakcie przygody. No i tutaj mam zdecydowanie więcej zastrzeżeń.

Walka nie jest zła. Ba, momentami potrafi być naprawdę przyjemna. Problem w tym, że przez dużą część gry jest zwyczajnie zbyt prosta i nie daje wystarczających powodów do korzystania ze wszystkich możliwości. Bardzo wiele potyczek można rozwiązać poprzez stosowanie podobnych kombinacji ataku i uniku. Po kilku godzinach zaczyna być to zauważalne, szczególnie gdy po raz kolejny trafiamy na arenę pełną standardowych przeciwników.

Znacznie ciekawiej robi się podczas starć z bossami. Tutaj Duskfade potrafi łączyć walkę z platformowaniem, unikaniem ataków środowiskowych i wykorzystywaniem zdobytych wcześniej zdolności. Dzięki temu pojedynki są znacznie bardziej widowiskowe i rzeczywiście sprawdzają, czy nauczyliśmy się sprawnie korzystać z ruchów Ziriana. Szkoda tylko, że takich starć mogłoby być więcej.

Czasami widać, że to nie jest produkcja AAA

Tutaj dochodzimy do mojego drugiego największego problemu z Duskfade. Ta gra momentami potrafi wyglądać fantastycznie, ale jednocześnie co jakiś czas przypomina, że została przygotowana przez znacznie mniejszy zespół niż produkcje, którymi się inspiruje.

Czuć to chociażby w powtarzalności części starć, stosunkowo prostym systemie rozwoju czy nierównym tempie odblokowywania nowych mechanik. Zdarzają się też mniej naturalnie brzmiące kwestie dialogowe, kamera potrafi czasami przeszkodzić podczas bardziej dynamicznych sekwencji, a namierzanie przeciwników nie zawsze zachowuje się tak, jak bym tego chciał. Podobne drobiazgi przewijają się przez całą przygodę i pojedynczo nie są szczególnie problematyczne, ale razem potrafią przypomnieć o skali projektu.

Nie przeszkadzało mi to jednak tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Duskfade ma coś, czego nie da się kupić większym budżetem – charakter. Mogę wskazać droższą grę z lepszymi animacjami. Mogę znaleźć bardziej rozbudowany system walki. Mogę wymienić platformówki z precyzyjniejszym sterowaniem albo znacznie ciekawszą historią. Tylko żadna z tych rzeczy nie zmienia faktu, że podczas grania w Duskfade zwyczajnie świetnie się bawiłem.

Duskfade to piękna laurka dla całego gatunku

Duskfade nie jest kolejnym Kingdom Hearts. Nie jest też następcą Jak & Daxter ani nowym Ratchet & Clank. Nie musi. To produkcja, która bierze elementy kojarzące się z każdą z tych serii, przepuszcza je przez własną baśniowo-zegarową estetykę i tworzy z nich bardzo sympatyczną platformową przygodę. Nie wszystkie elementy są równie dopracowane, ale trudno mi odmówić jej serca.

Najbardziej cieszy mnie to, że Weird Beluga nie podeszło do klasycznych platformówek jak do muzealnego eksponatu. Duskfade nie mówi: „pamiętacie, jakie kiedyś były gry?”. Ono po prostu bierze rozwiązania charakterystyczne dla tamtego okresu i pokazuje, że nadal mogą sprawiać masę frajdy.

Czy warto zagrać w Duskfade?

screenshot z gry duskfade
Walki z bossami wypadają super!

Duskfade ma swoje problemy. Fabułę można momentami przewidzieć z ogromnym wyprzedzeniem, walka przydałaby się bardziej rozbudowana, system progresji rozwija się zbyt powoli, a od czasu do czasu mniejszy budżet zwyczajnie daje o sobie znać. Tyle że kiedy myślę o całej przygodzie, żaden z tych elementów nie jest pierwszą rzeczą, którą pamiętam.

Pamiętam za to kolorowe światy. Pamiętam kombinowanie, jak dostać się na pozornie niedostępną platformę. Pamiętam świetne pojedynki z bossami. Pamiętam ten niezwykle znajomy klimat, przez który co chwilę przypominały mi się moje ulubione platformówki. Przede wszystkim pamiętam jednak, że naprawdę chciałem grać dalej.

Duskfade jest piękną laurką dla platformówek 3D z czasów, gdy niemal każda większa marka chciała mieć własną kolorową przygodę z bohaterem skaczącym po platformach i zbierającym setki świecidełek. Nie jest idealne, ale ma ogromne pokłady uroku i serca. Jeśli podobnie jak ja macie słabość do tego typu gier, naprawdę warto dać mu szansę.

 

ZALETY +

WADY -

Kuba Hertel

Geek w najlepszym tego słowa znaczeniu! Miłośnik gier, komiksów, kinematografii oraz technologii - pochłania wszystko! Z zawodu logistyk, a grafik (obecnie dziergający z Netflixem!) i redaktor z wyboru. Jego serce zdaje się barwy niebieskiej, bo najbardziej oddany jest Sony i DC, jednak z chęcią także zasiada przy Xboxie, a Switch w ruchu jest cały czas! Wszakże dobrodziejstw popkulltury nigdy za wiele, prawda?

REKLAMA

Rekomendowane artykuły

Wojna o Pierścień. Historia Śródziemia Tom VIII – Recenzja książki – Przeżyjmy to raz jeszcze

Wojna o Pierścień. Historia Śródziemia Tom VIII – Recenzja książki – Przeżyjmy to raz jeszcze

WWE 2K26 – recenzja gry. Wrestling dla opornych.

WWE 2K26 – recenzja gry. Wrestling dla opornych.

MotoGP 26 – recenzja gry. Pierwszy raz na dwóch kółkach.

MotoGP 26 – recenzja gry. Pierwszy raz na dwóch kółkach.

EA Sports UFC 6 – recenzja gry – Czy EA w końcu zrobiło dobre MMA?

EA Sports UFC 6 – recenzja gry – Czy EA w końcu zrobiło dobre MMA?

Ta gra zaczyna się jak bajka, a kończy jak koszmar. Resonance: A Plague Tale Legacy – recenzja gry

Ta gra zaczyna się jak bajka, a kończy jak koszmar. Resonance: A Plague Tale Legacy – recenzja gry

WROTA OTWARTE NA OŚCIEŻ – RECENZJA FILMU NAZNACZONY: WYJŚCIE Z MROCZNEGO WYMIARU 

WROTA OTWARTE NA OŚCIEŻ – RECENZJA FILMU NAZNACZONY: WYJŚCIE Z MROCZNEGO WYMIARU