Przez ostatnie lata zainteresowanie Tolkienem narasta falami, zwłaszcza za przyczyną premier kolejnych produkcji czerpiących ze świata stworzonego wiele lat temu przez Profesora z Oksfordu. Nie tak dawno z zaskoczenia do sprzedaży powróciła kultowa Wojna na Północy, na półki księgarń zawitała książka o łudząco podobnym tytule: Wojna o Pierścień. Są to jednak dwa totalnie odmienne i niezależne dzieła, a o jednym z nich opowiem wam poniżej.

Jesteśmy coraz bliżej finału
Zbliżamy się pomału do końca – zarówno cyklu, jakim jest Historia Śródziemia, jak i ogromnego przedsięwzięcia, jakim jest jego wydanie w całości po polsku. Za Wojną o Pierścień stoi wydawnictwo Zysk i S-ka, dostarczające czytelnikom większość tolkienowskich tytułów wydanych w ostatnich latach w naszym języku. Za przekład treści ponownie odpowiadało małżeństwo: Maria Gębicka-Frąc oraz Cezary Frąc. Niestety, pan Cezary po wielu latach spędzonych na tłumaczeniu, pożeglował w stronę Valinoru kilka miesięcy przed premierą Powrotu Cienia – poprzedniego tomu cyklu. Jest on jednak uznawany za współautora przekładu, gdyż wedle strategii przyjętej przez zespół tłumaczy praca nad kolejnymi tomami odbywała się równolegle. Jest to więc najprawdopodobniej ostatnie dzieło, nad którym przyszło mu pracować. Tym razem ich wysiłki zostały wsparte przez Katarzynę „Elring” Staniewską, odpowiedzialną za wiersze z kilku rozdziałów wchodzących w skład tego tomu.
O ilustrację na okładkę ponownie zadbał Maciej Łaszkiewicz, tworząc pełną epickości ilustrację na okładkę. Po raz kolejny wiąże się ona z treścią zawartą w tomie. Tym razem naszym oczom ukazuje się Gandalf Biały, który siedząc na Cienistogrzywym, robi to, co Mithrandir robi najlepiej, czyli nikogo nie przepuszcza. Mimo, że uniesione ręce trzymające laskę i miecz mogą kojarzyć się z Balrogiem i pewnym mostem, to tym razem mamy do czynienia z inną, lecz nie mniej kultową sceną. Uciekający wojownicy, mury i zniszczona brama oraz postać spowita cieniem bezsprzecznie przywodzą na myśl „wizytę” czarnoksiężnika z Angmaru w Minas Tirith podczas oblężenia miasta. Celowy kontrast między czarodziejem i jego przeciwnikiem a otaczającymi ich murami i wojownikami bardzo sprawnie przyciąga uwagę do tego, co jest w tym obrazie najważniejsze – cichego starcia dwóch potężnych osobników.

Pierścień zmierza na wschód
W czasie, gdy królestwa ludzi zmagały się z atakami wojsk orków z Isengardu i Mordoru, dwójka nieustraszonych hobbitów nieustannie, dzień po dniu wędrowała w stronę Góry Przeznaczenia, aby wypełnić zadanie, które spadło na barki Powiernika Pierścienia. Nie byli nawet świadomi, że ich przyjaciele rozdzielili się, by wesprzeć starania Wolnych Ludów, jak tylko mogli. W szczytowych momentach dawna Drużyna Pierścienia rozbiła się na cztery mniejsze zespoły, przeżywające własne przygody i trudności.
Zatem pisząc Władcę Pierścieni, Tolkien musiał nieustannie pilnować, by wszystko, co wychodziło spod jego pióra, zgrywało się z pozostałymi wątkami. Wojna o Pierścień jest tego znakomitym przykładem. Tom ten obejmuje bowiem wczesne wersje wydarzeń od bitwy o Helmowy Parów (Jar), aż po pertraktacje pod Czarną Bramą. Myślę, że tytuł, który otrzymała książka, jest jak najbardziej zasłużony, gdyż właśnie w nim znajdziemy wszystkie wielkie potyczki Wojny o Pierścień, które potem trafiły do finalnej wersji Władcy Pierścieni. Z wiadomych względów musimy więc odpuścić sobie drugą bitwę o Samotną Górę.
Wojna o Pierścień została podzielona na trzy główne części: Upadek Sarumana opowiadający o bitwie o Helmowy Jar i zniszczeniu Isengardu, Pierścień zmierza na wschód, który skupia się na podróży Froda, Sama i Golluma przez Trzęsawiska, okolice Czarnej Bramy, aż po mroczne Cirith Ungol, ostatnia natomiast przenosi nas do oblężonego Minas Tirith i wielu scen, które po dziś dzień przepełniają nas emocjami. Myślę, że sama skala historii i mnogich perspektyw pokazuje nam, jak wielkim przedsięwzięciem było stworzenie takiej powieści i ile zmian w głowie samego autora przechodziła opowieść, zanim została ostatecznie przelana na papier.

Kocham artystyczny chaos Tolkiena
Nikt nie mówił, że Historia Śródziemia jest łatwą lekturą. Już od pierwszych tomów, dotyczących Silmarillionu – treści dopracowywanej przez większość życia autora, byliśmy świadkami, że nie każdy pomysł na fabułę, postać czy wydarzenie, zapisany przez Tolkiena na papierze, przeszedł próbę czasu i pojawił się w ostatecznej wersji publikacji. Co ciekawe, pewne rozwiązania fabularne, a nawet dialogi pozostały niezmienione od samego początku, jednak znaczna większość tego, co dziś czytamy jako Władcę Pierścieni, powoli ewoluowała przez kilkanaście lat procesu twórczego zachodzącego w umyśle Mistrza.
Podczas lektury Wojny o Pierścień kilkukrotnie rzucił mi się w oczy ciekawy fakt. Co prawda Tolkien podczas pisania swojego najsłynniejszego dzieła tworzył wiele szkiców i zarysów tego, jak dalej chciał poprowadzić losy Drużyny Pierścienia. Niektóre z nich w dużej mierze pokrywały się ze sobą, co Christopher Tolkien zaznaczał wielokrotnie podczas redakcji, przedstawiając tylko pojawiające się różnice. Inne z nich natomiast potrafiły cofnąć się o kilka scen i próbować poprowadzić wydarzenia w innym kierunku. Nierzadko okazywało się, że finalna wersja potrafiła się urodzić z połączenia rozwiązań z różnych wersji. Sprawia to, że momentami trudno jest połapać się we wszystkich zmianach, które zachodziły między wersjami. Na szczęście jednak, ze względu na swój naukowo-detektywistyczny charakter, Historia Śródziemia nie jest lekturą przeznaczoną do szybkiego czytania, a co za tym idzie – czytelnik ma szansę i czas na dokładne zapoznanie się z owocem pracy obu Tolkienów.

Ogrom pracy Christophera Tolkiena
Od samego początku moich spotkań z Historią Śródziemia bardzo polubiłem bezpośredni styl komentarzy redaktorskich Christophera Tolkiena. Opowiadając o metodyce swoich poszukiwań i porządkowania szkiców, czasem sprawia wrażenie, jakby zwracał się bezpośrednio do każdego z czytelników, wchodził z nimi w dialog. Wydaje mi się, że w tym tomie szczególnie przejawia się jego bliska relacja z ojcem, gdy ten zapisywał kolejne rozdziały Władcy Pierścieni. We wstępach do rozdziałów, podobnie jak w innych tomach, dedukuje on na podstawie własnej korespondencji, kiedy mogły powstawać dane szkice (jeśli nie były one datowane przez samego J. R. R. Tolkiena).
W przypadku tego tomu dodatkowo zapadł mi w pamięć fakt, że Mistrz nie był do końca pewien np. tego, jakie nazwisko powinien nosić Sam i w jednym z listów pytał syna o pomysły. Zresztą o tym, ile tych dwóch panów rozmawiało ze sobą o powstającym dziele, można przekonać się podczas lektury Listów. Tych samych Listów, do których rozszerzonego wydania znajdziemy odnośniki, chociażby w tym tomie i których recenzję (także mojego autorstwa) znajdziecie na łamach tego portalu.

Zrób to Panie Frodo!
Jak nietrudno się domyślić – to już w kolejnym tomie będzie można śledzić, jak w głowie Tolkiena rodziła się kulminacyjna scena tej wielkiej opowieści. Nie zapędzajmy się jednak i wróćmy jeszcze na chwilę do Wojny o Pierścień. Nie jest to oczywiście książka, która ma na nowo opowiedzieć historię Froda i Pierścienia. Jest książką o tym, dlaczego historia ta trafiła do czytelnika właśnie w takiej formie.
Ósmy tom Historii Śródziemia pozwala zobaczyć, że słynne dzieło Tolkiena nie powstało jako jednolity monument, lecz jako siatka powiązań, pełna nieustannych zmian i porzuconych pomysłów. Może to wlać pokrzepienie w serca początkujących adeptów pisarstwa, którzy irytują się kolejnymi draftami, wyrzuconymi scenami i własnym dążeniem do perfekcji. Nie bójcie się – sam Profesor czasem trafiał na problem, którego przez dłuższy czas nie był w stanie rozwiązać. W swojej recenzji Zdrady Isengardu wspominałem, że tamten tom był wejściem za kulisy – w tym natomiast trafiamy w sam środek warsztatu pisarskiego autora i jego przepięknego twórczego chaosu.

