Al Ewing zdecydowanie nie należy do scenarzystów, którzy lubią proste historie. W jego Venomie mamy podróże w czasie, różne wersje symbiontów, Kanga, Doktora Dooma i kolejne pomysły, które momentami trudno ogarnąć. Trzeci tom pokazuje zarówno to, co w tej serii najlepsze, jak i jej największy problem. Jest tutaj sporo ciekawych rzeczy, ale chwilami zwyczajnie jest tego za dużo. Zapraszam do recenzji.
Eddie Brock znowu ma problem
Historia ponownie została podzielona pomiędzy Eddiego i jego syna Dylana. Eddie, który po wydarzeniach z poprzednich tomów funkcjonuje jako Bedlam, próbuje naprawić swoje wcześniejsze błędy i znaleźć sposób na odzyskanie kontroli nad sytuacją. W tym celu trafia do Latverii, gdzie potrzebuje pomocy samego Doktora Dooma.
Jak można się domyślić, spotkanie z Doomem nie kończy się zwykłą rozmową. Do historii szybko zostają dorzucone podróże w czasie, Kang, kolejne wersje symbiontów, a nawet T-Rex połączony z symbiontem. I właśnie w tym momencie zaczyna się największy problem tego tomu. Ewing ma zdecydowanie za dużo pomysłów.
Sam pomysł na podróże w czasie i zabawę historią Venoma jest ciekawy, ale autor bardzo szybko zaczyna dokładać kolejne elementy. Zamiast skupić się na jednej konkretnej historii, dostajemy kilka różnych rzeczy wrzuconych do jednego worka. Początkowo może to bawić, ale po pewnym czasie zaczyna zwyczajnie męczyć.

Dylan dostaje swoje pięć minut
Druga część tomu skupia się przede wszystkim na Dylanie. Jego przyjaciel Bren, związany z Toxinem, zostaje porwany przez Bezimiennych. Problem polega na tym, że organizacja posiada technologię pozwalającą skutecznie walczyć z symbiontami. I tutaj w końcu wszystko zaczyna być znacznie prostsze.
Nie musimy co kilka stron zastanawiać się, w jakiej rzeczywistości jesteśmy. Historia po prostu prowadzi nas od jednego wydarzenia do następnego. Pojawiają się walki, przeciwnicy i kilka naprawdę udanych zwrotów akcji. Nie jest to nic szczególnie odkrywczego, ale właśnie ta prostota działa tutaj na korzyść komiksu.
Czarna Wdowa i symbiont
Do Dylana dołącza również Natasha Romanoff, czyli Czarna Wdowa. Sam pomysł na połączenie jej z symbiontem brzmi trochę dziwnie, ale ostatecznie wypada całkiem dobrze.
Natasha bardzo dobrze pasuje do tego nietypowego zespołu. Dylan i Bren są jeszcze młodzi i dopiero próbują odnaleźć się w świecie symbiontów, natomiast Czarna Wdowa wnosi tutaj doświadczenie i chłodne podejście do całej sytuacji.

Dwa różne Venomy
Właściwie można odnieść wrażenie, że Eddie i Dylan występują tutaj w dwóch zupełnie różnych komiksach. Eddie dostaje mocno zakręconą historię pełną podróży w czasie, Dooma, Kanga i kolejnych pomysłów Ewinga. Dylan natomiast mierzy się z dużo prostszym problemem, który można łatwo zrozumieć i śledzić. I szczerze mówiąc, bardziej podobała mi się historia Dylana. Nie dlatego, że jest bardziej ambitna. Wręcz przeciwnie. Jest po prostu lepiej poukładana. Ma wyraźny początek, konkretny cel i odpowiednie tempo.
Brakuje mi jednak mocniejszego połączenia obu historii. Eddie i Dylan są dla siebie bardzo ważnymi postaciami, a tutaj przez większość czasu podążają własnymi ścieżkami. Widać, że autor przygotowuje grunt pod kolejne wydarzenia, ale w tym tomie ich relacja nie odgrywa aż tak dużej roli, jak mogłaby.
Małe spotkanie, które zapada w pamięć
Jednym z moich ulubionych momentów jest krótkie spotkanie Eddiego z młodym Peterem Parkerem. I właśnie tutaj widać, że czasami nie potrzeba wielkich walk ani kolejnych rewelacji dotyczących symbiontów, żeby zrobić dobrą scenę. Wystarczy dwóch bohaterów i trochę historii między nimi.
To jeden z tych fragmentów, w których komiks na chwilę zwalnia. Nie musimy przeskakiwać między kolejnymi epokami ani zastanawiać się nad zasadami podróży w czasie. Możemy po prostu skupić się na bohaterach. Szkoda, że takich momentów nie ma tutaj więcej.
Rysunki robią robotę
Komiks wygląda dobrze i przede wszystkim odpowiednio pasuje do Venoma. Symbionty są groteskowe, mają ogromne szczęki, macki i zdeformowane ciała. Bedlam również prezentuje się naprawdę dobrze.
Najlepiej wypadają oczywiście sceny związane bezpośrednio z symbiontami. Walki są dynamiczne, kadry są czytelne, a artyści dobrze radzą sobie z bardziej szalonymi pomysłami Ewinga. Przy pierwszej historii mają jednak trudniejsze zadanie, bo scenariusz cały czas przeskakuje między różnymi miejscami i okresami.

Najbardziej nierówny tom serii?
Moim zdaniem zdecydowanie. Nie jest to zły komiks. Problem w tym, że jego poszczególne części prezentują bardzo różny poziom. Historia Eddiego momentami mnie naprawdę zmęczyła. Czułem, że Ewing próbuje cały czas dorzucić coś nowego i przebić poprzedni pomysł. Z kolei historia Dylana wciągnęła mnie zdecydowanie bardziej, właśnie dlatego, że była prostsza i miała konkretny cel.
Ewing nadal ma mnóstwo ciekawych pomysłów na Venoma. Czasami przydałoby mu się tylko trochę z nich zrezygnować. Nie każdy pomysł musi znaleźć się w jednym tomie. Nie każda historia potrzebuje podróży w czasie, Kanga i pięciu różnych wersji symbiontów.Czasami naprawdę wystarczy Venom i konkretny problem.
Czy warto?
Jeżeli podobały Wam się poprzednie tomy, zdecydowanie warto sięgnąć po trzeci. Nie jest on na tyle słaby, żeby odradzać dalsze czytanie serii. Ostatecznie jest to niezły tom, ale zdecydowanie nierówny. Mam nadzieję, że w kolejnych częściach Ewing trochę zwolni i pozwoli swoim najlepszym pomysłom wybrzmieć zamiast wrzucać wszystkie naraz.
Sprawdź też poprzednie tomy:
– Venom. Tom 1 – recenzja komiksu – Początek nowej ery! Ojciec, syn i mroczne dziedzictwo
– Venom. Tom 2 – recenzja komiksu – Ambicja kontra przesyt pomysłów

