Po świetnym Supermanie z zeszłego roku nie mogłem się doczekać kolejnego filmu z nowego DCU pod wodzą Jamesa Gunna. Jednak bardzo szybko w trakcie trwania seansu mój entuzjazm mocno opadł. Mocno się zawiodłem…
Miało wyjść inaczej!
Film Supergirl teoretycznie jest adaptacją komiksu Supergirl. Kobieta Jutra. Dlaczego teoretycznie? O tym opowiem nieco później, na razie skupię się wyłącznie na filmie.
Produkcja rozpoczyna się od sekwencji, w której Kara Zor-El (Milly Alcock) podróżuje razem ze swoim psem Krypto po różnych planetach w kosmosie i świętuje swoje 23 urodziny. Było to sympatyczne wprowadzenie, ponieważ pozwoliło nam poznać tytułową bohaterkę oraz jej relację ze swoim podopiecznym. Podczas jednego ze swoich postojów w barze spotyka Ruthye (Eve Ridley), która poszukuje kogoś, kto pomoże jej się zemścić na przywódcy bandytów – Kremie z Żółtych Wzgórz (Matthias Schoenaerts), który zamordował jej całą rodzinę. Początkowo Kara odrzuca prośbę dziewczyny o pomoc w schwytaniu złola, jednak bandyta porywa jej statek, a dodatkowo strzela do Krypto zatrutą strzałą, na którą antidotum nosi przy sobie. Dziewczyny łączy więc wspólny cel.

Największym problemem jest dla mnie scenariusz napisany przez Anę Nogueirę. Widać, że jest to jej debiut pełnometrażowego filmu. Odnoszę wrażenie, że ktoś nie zrozumiał przesłania komiksu, bo film jest bardzo płytki. Milly Alcock wypada naprawdę super w tej roli. Szkoda tylko, że scenariusz nie pozwala jej zabłysnąć. Oby miała jeszcze okazję pokazać co potrafi! Ruthye przez większość filmu towarzyszy Karze, ale scenariusz praktycznie nie buduje między nimi żadnej głębszej więzi. Niby razem dążą do tego samego celu, ale jednak obok siebie.
Krem jest typowym antagonistą, bo jest zły. Jego motywacją jest ,,przedłużenie męskiej linii swojego rodu”. Nie czepiam się, czasem potrzebujemy złych do szpiku kości antagonistów, żeby kibicować bohaterkom i podbudować ich motywacje. To po prostu jednorazowy złol, o którym zapomina się chwilę po wyjściu z kina.
Nie wierzę, że to piszę, ale Lobo (Jason Mamoa) wypada naprawdę spoko. Pojawia się w kilku scenach, ma swoją misję do wykonania, generalnie bohaterki na niego przypadkiem wpadają przy kilku okazjach. Mogłoby go nie być w finale, ale ogólnie nie przeszkadzał mi.

Efekty specjalne nie są najgorsze. Dobrze wypadają sceny latania, walki czy wybuchy. Kosmici również prezentują się wspaniale – to zapewne zasługa praktycznych kostiumów. Znacznie gorzej wypadają natomiast same planety. Większość z nich jest szaro-bura i pozbawiona charakteru, przez co kosmiczna podróż nie robi takiego wrażenia, jak powinna.
Kilkukrotnie miałem również wrażenie, że twórcy celowo uciekają kamerą od scen walki, jakby nie mieli pomysłu albo budżetu na ich pokazanie. Ja rozumiem, że czasem twórcy kreatywnie podchodzą do tematu i w takim Supermanie dostaliśmy świetną potyczkę Mra Terrifiera na plaży czy w ukazanie walki w odbiciu hełmu Peacemakera w Legionie samobójców: The Suicide Squad. Problem polega na tym, że w Supergirl taki zabieg pojawia się kilka razy, przez co przestaje wyglądać jak świadoma decyzja artystyczna, a zaczyna przypominać sposób na ukrycie niedociągnięć. Dodatkowo próbuje je się podbić wesołymi popowymi kawałkami, co tym bardziej gryzie się z tematyką i warstwą wizualną filmu.
Najbardziej zaskoczył mnie jednak humor, a właściwie jego całkowity brak. Film nie ma żadnej zabawnej linii dialogowej. Aż czułem się dziwnie niekomfortowo, bo widziałem te nieudolne próby dośmieszniania scenariusza przez reżysera Craiga Gillespie, ale potykanie się postaci przestało mnie bawić jakieś 15 lat temu.
Sprawdź też: Supergirl. Kobieta jutra — recenzja komiksu — Superbohaterka też człowiek

Dlaczego komiks działa?
Na początku recenzji wspomniałem, że film jest tylko teoretycznie adaptacją komiksu. Teoretycznie, bo tak naprawdę z komiksu wzięto ogólny pomysł na fabułę, bohaterki motyw zemsty i radzenia sobie ze stratą, ale całkowicie wykastrowano resztę zawartości, przez to te motywy nie wybrzmiewają jak powinny. Motywacje bohaterek zabija też zakończenie, które stoi w sprzeczności z tym, o czym miała być ta historia. Dlatego odnoszę wrażenie, że scenarzystka nie zrozumiała przesłania komiksu. Jeśli zna się komiksowy pierwowzór, to zwyczajnie robi się przykro.
Zawiodłem się
Supergirl naprawdę mnie rozczarowała. Nie dlatego, że jest fatalnie zagrana czy źle wygląda, ale przez scenariusz, który spłyca bohaterów i nie potrafi wykorzystać potencjału historii zaczerpniętej z jednego z najlepszych komiksów o Supergirl. To film, który ogląda się bez większego bólu, ale jeszcze szybciej się o nim zapomina.
Sprawdź też: Superman – recenzja filmu – Czy Gunn uratował Supermana?
