REKLAMA

Echoes of Aincrad – recenzja gry (Xbox Series X). Wreszcie własna legenda w świecie SAO. Szkoda, że nie zawsze chce się ją pisać

Sonia Moćko

Opublikowano: 10 sierpnia 2026

Spis treści

 


Fani Sword Art Online czekali na tę grę od lat. Echoes of Aincrad spełnia część marzeń, pozwalając stworzyć własnego bohatera, ale równie często przypomina, że dobry pomysł nie zastąpi konsekwentnie zaprojektowanej rozgrywki. Zapraszam do lektury!

Powrót do miejsca, od którego wszystko się zaczęło

Trudno znaleźć bardziej ikoniczną lokację dla fanów Sword Art Online niż Aincrad. To właśnie tutaj narodził się fenomen serii, łączący motyw śmiertelnie niebezpiecznej gry MMO z historią walki o przetrwanie. Echoes of Aincrad od początku stawia na sentyment, ale robi to w sposób bardziej odważny niż wcześniejsze gry. Zamiast po raz kolejny wcielać się w Kirito, otrzymujemy możliwość stworzenia własnego awatara i napisania własnej historii. To decyzja, na którą społeczność czekała od lat i bez wątpienia jedna z najmocniejszych stron produkcji. Już pierwsze godziny pokazują, że twórcy doskonale rozumieją, dlaczego Aincrad do dziś działa na wyobraźnię. Monumentalne krajobrazy, miasta pełne graczy i świadomość, że za każdymi drzwiami może czaić się śmiertelne zagrożenie, skutecznie budują atmosferę znaną z anime. Dużo frajdy sprawiło mi tworzenie własnej postaci. Nie obyło się też bez dramatu, bo po stworzeniu jej zobaczyłam bohatera z początku. Myślałam, że coś się nie zapisało, ale nastąpiła genialna scena, w której dostałam odpowiedź na swoje wątpliwości.

Walka, która naprawdę daje satysfakcję

Największym sukcesem gry jest system walki. Starcia są szybkie, dynamiczne i wymagają czegoś więcej niż bezmyślnego wciskania jednego przycisku. Uniki, odpowiednie wykorzystanie umiejętności oraz współpraca z partnerem AI mają realny wpływ na przebieg pojedynków. Różne typy broni zmieniają styl gry na tyle wyraźnie, że eksperymentowanie z kolejnymi konfiguracjami sprawia autentyczną przyjemność. Najgorzej szło mi z toporkiem w stylu wikinga, za to z odpowiednim mieczem mogłam przenosić góry.

REKLAMA

Szczególnie dobrze wypadają walki z bossami. Tam, gdzie zwykli przeciwnicy bywają jedynie przystankiem w drodze do celu, potężniejsi wrogowie potrafią zmusić do zmiany strategii i lepszego przygotowania ekwipunku. Potyczki potrafiły być naprawdę nieprzewidywalne. Czasami myślałam, że będzie trudno, osiągałam sukces za pierwszym podejściem po wyczerpującej przepychance, potem ginęłam raz za razem, klnąc przeciwnika w myślach. W takich momentach Echoes of Aincrad pokazuje potencjał produkcji, która mogła stać się jednym z najlepszych action RPG osadzonych w świecie anime. Pamiętam, jak twórcy zapowiadali tytuł zupełnie inny od tego, co znamy z uniwersum SAO, bardziej dopracowany i na wyższym poziomie. Ja do tych deklaracji podeszłam dość chłodno, mając doświadczenia z ostatnimi grami od Bandai/Namco, które nie są bardzo dobrymi produkcjami, tylko całkiem sympatycznymi średniakami ocenianymi na 6/10.

Rozwój postaci daje frajdę

Równie udanie wypada system progresji. Zdobywanie nowych umiejętności, ulepszanie wyposażenia i budowanie synergii z towarzyszem zapewniają poczucie ciągłego rozwoju. Nawet po kilkunastu godzinach pojawiają się kolejne możliwości eksperymentowania z buildami. W każdej misji zgarniamy sporo nowych przedmiotów.

To właśnie ten element sprawia, że łatwo powiedzieć sobie: „jeszcze jedno zadanie” albo „jeszcze jeden loch”. Mechanika nagradza cierpliwość, a kolejne poziomy faktycznie przekładają się na większe możliwości bohatera. W moim odczuciu gra rozwija skrzydła dopiero po kilkunastu godzinach zabawy. I wtedy też potrafi najmocniej napsuć krwi.

Niestety świat szybko odsłania swoje ograniczenia

Im dłużej trwa przygoda, tym wyraźniej widać, że twórcy nie wykorzystali potencjału Aincradu. Świat od początku sprawia wrażenie zaskakująco pustego. Lokacje są efektowne wizualnie, jednak często brakuje im aktywności, które zachęcałyby do eksploracji.

Największym problemem okazuje się konstrukcja misji. Dominują zadania polegające na eliminowaniu kolejnych grup przeciwników, zbieraniu przedmiotów lub odwiedzaniu tych samych miejsc. Po kilkunastu godzinach pojawia się wrażenie powtarzalności, którego gra nie potrafi skutecznie zamaskować. Nawet dobrze zaprojektowany system walki nie jest w stanie przez cały czas udźwignąć ciężaru monotonii. Dla mnie to nie było akurat problemem, bo po Echoes of Aincrad sięgnęłam w trakcie kończenia Final Fantasy VII: Rebirth. Potrzebowałam tytułu, przy którym można się odprężyć i odstresować. Niektórzy śmieją się, że nowa gra SAO to Symulator Korytarza, bardzo dużo tu biegamy, a ilość potworów, które napotykamy po drodze, jest zdecydowanie mniejsza niż w grach pod szyldem Sword Art. Online. Ale gdy zostaną zabite, wybuchają, zadając obrażenia. Strasznie mnie to irytowało, bo musiałam się pilnować, żeby po celnym ciosie pamiętać o tym, żeby od razu odbiec. W chwili przechodzenia produkcji zawartość była wystarczająca, potrzebowałam odskoczni od przebodźcowujących aktywności i tytułu, gdzie cały czas coś się dzieje. Tutaj mogłam sobie po prostu pobiegać, powalczyć i czasem pomstować na mojego AI pobratymca, który nie interweniował, gdy zbierałam srogie bęcki od olbrzymich pająków.

Fabuła nie wykorzystuje własnego potencjału

Historia ma kilka interesujących momentów, zwłaszcza, kiedy skupia się na nowych bohaterach, zamiast bez końca odwoływać się do znanych wydarzeń z anime. Problem polega na tempie narracji. Gra często zatrzymuje akcję długimi dialogami lub serią mało istotnych zadań pobocznych, przez co opowieść traci impet. Nasza postać też nie należy do porywających mówców. W odpowiedzi na dialogi mamy dwie reakcje: „nod” albo „shake your head”.

Szkoda, bo sam pomysł spojrzenia na tragedię Aincradu oczami zupełnie nowej postaci był znakomity. W najlepszych momentach rzeczywiście można poczuć ciężar walki o przetrwanie. Niestety równie często scenariusz wpada w schematy typowe dla przeciętnych japońskich RPG.

W tej grze glitch spotka Cię w najmniej spodziewanym momencie

Demo na początku zszokowało mnie ilością rzeczy, które nie działały. Spodziewałam się, że w pełnej wersji podobna sytuacja nie będzie miała miejsca. Niestety błędy się zdarzają. Co prawda jest ich o wiele mniej i sprowadzają się do tego, że przeciwnicy potrafią zastygnąć w bezruchu. Podobnie nasza postać potrafi zaciąć się w trakcie eksploracji terenu. Do tego nawet trudni plenerowi przeciwnicy, jeżeli wejdą na skałę, to nie są w stanie wyprowadzać tylu celnych ciosów, co poza nimi i są spowolnieni. Dlatego wykorzystywałam to w swoich potyczkach z dziką satysfakcją.

Drugim minusem jest to, że po rozpoczęciu misji nie możemy wrócić się do miasta. Bardzo zdenerwowało mnie, gdy zabrakło mi bomby i nie mogłam wyczyścić bez niej całej mapy. Co zabawne, w niektórych lokacjach zdarzały się miejsca, gdzie bariery można było ominąć, przeskakując je bokiem. Po co starać się pokonać trudność skoro można ją okrążyć?

Audiowizualnie jest dobrze, ale nie wybitnie

Graficznie Echoes of Aincrad prezentuje wysoki poziom. Architektura miast, rozległe krajobrazy i stylistyka wiernie oddają klimat oryginalnej serii. Szczególnie dobrze wypadają panoramy oraz projekty lochów, które potrafią zrobić wrażenie. Deweloperzy naprawdę się postarali. Gra naprawdę wyróżnia się na tle Sword Art Online Last Recollection czy Sword Art Online Fractured Daydream.

Nieco gorzej jest z animacjami postaci i różnorodnością przeciwników. Z czasem coraz częściej zauważa się powtarzające modele oraz recykling niektórych rozwiązań. Ścieżka dźwiękowa spełnia swoje zadanie, jednak niewiele motywów pozostaje w pamięci po zakończeniu sesji. To solidna oprawa, ale nie taka, o której będzie się mówić latami.

Gra dla fanów czy dla wszystkich?

To pytanie pojawia się właściwie od momentu zapowiedzi. Odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Jeżeli ktoś od lat śledzi Sword Art Online, Echoes of Aincrad dostarcza dokładnie tego, czego oczekiwano: możliwość stworzenia własnego bohatera, eksplorację legendarnego zamku oraz poczucie uczestniczenia w wydarzeniach znanych z anime. W takich momentach trudno się nie uśmiechnąć. Jeżeli jednak usunąć logo Sword Art Online, pozostaje po prostu poprawny action RPG z bardzo dobrą walką, lecz przeciętną eksploracją i nierównym tempem rozgrywki. To gra, która często błyszczy, ale równie często sama podcina sobie skrzydła. Nie jest rewolucją, lecz krokiem we właściwym kierunku. Jeżeli spodobało ci się Digimon Story Time Stranger czy Sword Art Online Fractured Daydream, to nie powinieneś się czuć rozczarowany.

To gra, która najbardziej zachwyca wtedy, gdy pozwala poczuć się częścią Aincradu. Rozczarowuje natomiast wszędzie tam, gdzie przypomina o ograniczeniach budżetu i projektowych kompromisach. Dla fanów uniwersum będzie to pozycja obowiązkowa, choć daleka od ideału. Dla pozostałych – typowy tytuł RPG od Bandai/Namco, któremu zabrakło odwagi, by wspiąć się na najwyższe piętra legendarnego zamku.

Za kod do recenzji dziękujemy firmie CENEGA.

ZALETY +

WADY -

Sonia Moćko

Dziennikarka z wykształcenia, kinomanka z zamiłowania odkąd mając kilka lat, trafiłam na niedzielny cykl "Kocham kino" na kanale drugim Telewizji Polskiej. Oceniłam na filmwebie ponad 4 tysiące filmów, 600 seriali i prawie 200 gier. Paragracz. Byłam normalna 3 koty temu. Ubóstwiam Baby Yodę i Sailor Moon. Ulubione platformy to Nintendo Switch i Xbox. Kolekcjonuje retro Barbie. Na Instagramie jako @matkapraskaodkotow.

REKLAMA

Rekomendowane artykuły

Cat Life Simulator Demo – recenzja gry. Kot, chaos i odrobina Goat Simulator. Jest potencjał, ale przyda się jeszcze kilka poprawek

Cat Life Simulator Demo – recenzja gry. Kot, chaos i odrobina Goat Simulator. Jest potencjał, ale przyda się jeszcze kilka poprawek

Model Kit Shop Simulator: Prologue – recenzja gry. Za darmo to uczciwa cena!

Model Kit Shop Simulator: Prologue – recenzja gry. Za darmo to uczciwa cena!

Pan Przeznaczenia – Recenzja książki – Uważaj czego sobie życzysz śmiertelniku!

Pan Przeznaczenia – Recenzja książki – Uważaj czego sobie życzysz śmiertelniku!

Avengers. Zebrani. Tom 13 – recenzja komiksu – Jason Aaron mówi Avengersom „do widzenia”

Avengers. Zebrani. Tom 13 – recenzja komiksu – Jason Aaron mówi Avengersom „do widzenia”

Moon Knight. Tom 3 – recenzja komiksu – Marc Spector znowu ma problemy

Moon Knight. Tom 3 – recenzja komiksu – Marc Spector znowu ma problemy

Batman: Miasto szaleństwa – recenzja komiksu – Podróż do mrocznego odbicia Gotham

Batman: Miasto szaleństwa – recenzja komiksu – Podróż do mrocznego odbicia Gotham