Czwarty tom Radiant Black zaczyna się tam, gdzie skończyłby się pomysł niejednego scenarzysty – od pytania, co właściwie dzieje się z mocą, gdy dzielą ją dwie osoby naraz. Nathan Burnett i Marshall Ward od jakiegoś czasu funkcjonują jako dwugłowy Radiant Black. Jeden zakłada kombinezon, drugi czeka z boku i jest śmiertelnie podatny na ciosy. Brzmi jak przepis na katastrofę, a ten tom z lubością to eksploruje.
Centralnym problemem tej odsłony jest stopniowe wygasanie Radianta. Im dłużej Nathan i Marshall współdzielą moc, tym bardziej staje się ona zawodna. Jakby kosmiczna technologia po prostu nie potrafiła wybrać, czyją jest własnością. Autor Kyle Higgins nie traktuje tego jednak jako pretekstu do samej akcji – to przede wszystkim metafora rozjeżdżających się życiorysów dwóch kumpli.
Nathan wciąż marzy o karierze pisarza. W pewnym momencie wyjeżdża nawet do LA, żeby spróbować złapać swoje pięć minut, podczas gdy na Chicago sunie armia gigantycznych kosmicznych robotów. To absurdalne zderzenie priorytetów, ale właśnie dlatego działa, bo jest prawdziwe. Każdy zna kogoś, kto w środku kryzysu skupia się na zupełnie innych rzeczach.

Massive-Verse wchodzi do gry
Tom czwarty to także moment, w którym seria przestaje udawać, że istnieje w izolacji. Radiant Red, Radiant Pink, Radiant Yellow – kolejne postaci z Massive-Verse pojawiają się w fabule i każda wnosi inny klimat. Dla stałych czytelników to rozszerzenie świata, który zdążyli polubić. Dla kogoś, kto sięga po tę pozycję bez znajomości poprzednich tomów czy spin-offów – spore ryzyko zagubienia się.
Warto to powiedzieć wprost: ten tom jest spokojniejszy niż poprzednie. Higgins wyraźnie stawia na dramaturgię kosztem widowiskowości. Sceny walki są, ale nie one nadają rytm tej odsłonie. Ktoś, kto przychodzi tu głównie po efektowne starcia, może wyjść lekko rozczarowany.
Gościnni rysownicy, Zé Carlos i Eduardo Ferigato, robią przyzwoitą robotę, ale ich obecność lekko rozbija wizualną spójność, do której seria nas przyzwyczaiła. Costa jako główny artysta utrzymuje poziom, a rozkładówka z Radiantami stojącymi u stóp gigantycznego robota, patrzącymi w górę z perspektywy mrówki, to jeden z mocniejszych kadrów całego cyklu.
Sprawdź też: Rogue Sun. Knight Sun. Tom 3 – recenzja komiksu – Przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć

Mniej akcji, więcej postaci
Radiant Black. Tom 4: Dwa w jednym to odsłona dojrzała i celowo powolna. Higgins bardziej interesuje się tym, co dzieje się w głowach bohaterów, niż liczbą eksplozji na stronę. Seria od początku balansuje między kosmiczną skalą a przyziemnymi problemami trzydziestolatków i ten tom przesuwa wyraźnie ciężar w stronę tych drugich. To może być zarówno jej siłą, jak i ograniczeniem, w zależności od tego, czego szukacie.
Jeśli jesteście z Massive-Verse od pierwszego zeszytu, to ten tom potwierdza, że historia zmierza w dobrą stronę. Jeśli nie – zacznijcie od początku. Naprawdę warto.
Sprawdź też poprzednie tomy:
– Radiant Black. Tom 1 i 2 – recenzje komiksów – Gdy kosmiczna moc wpada w ręce przeciętnego obywatela
– Radiant Black. Tom 3: Galeria złoczyńców – recenzja komiksu – Kiedy bycie superbohaterem staje się pracą na pełny etat

