Prywatne fotografie nazistowskich reporterów wojennych to temat, który aż prosi się o fascynujący komiks. Trzecia kamera udowadnia jednak, że sam interesujący punkt wyjścia nie zawsze wystarcza do stworzenia angażującej opowieści.
Trzecia kamera to komiks autorstwa scenarzysty Cédrica Apikiana i rysownika Denisa Rodiera, mający na celu przybliżyć czytelnikom koncepcję tzw. „trzecich kamer” używanych przez nazistowskich reporterów wojennych. Czy mu się to udaje?
Tajemnica ukryta na kliszach
Akcja Trzeciej kamery rozgrywa się w Berlinie w 1945 roku, już po śmierci Adolfa Hitlera. Śledzimy losy amerykańskich żołnierzy, którzy na gruzach zniszczonego miasta poszukują dowodów nazistowskich zbrodni mogących odegrać istotną rolę podczas zbliżających się procesów norymberskich. W ich ręce wpada mężczyzna twierdzący, że pracował dla wojska jako fotograf. Amerykanie próbują więc ustalić, co kryją znalezione przy nim klisze.
Równolegle autor prowadzi drugi wątek, przedstawiający grupę młodych partyzantów działających pod rozkazami bezwzględnego oficera Werwolfu.

Świetny pomysł, słabsze wykonanie
Sama idea trzecich kamer – prywatnych aparatów noszonych przez reporterów-propagandystów, służących do uwieczniania kadrów niewygodnych dla nazistowskiej władzy – okazała się naprawdę interesująca. Tego samego nie mogę jednak powiedzieć o samym komiksie, który ostatecznie wydaje się przede wszystkim pretekstem do wyjaśnienia tego pojęcia. Niestety, przy okazji nie udało mu się opowiedzieć angażującej historii.
Na kartach albumu przewija się wielu bohaterów, którzy łatwo zlewają się ze sobą. Żaden z nich nie otrzymuje wystarczająco dużo miejsca, by wybrzmieć jako pełnoprawna postać. W efekcie trudno się z nimi zżyć czy przejąć ich losem. Dotyczy to również finałowego ujawnienia motywacji jednego z kluczowych bohaterów – momentu, który powinien nieść ze sobą duży ładunek emocjonalny, a pozostawił mnie właściwie obojętną.

Berlin robi większe wrażenie niż bohaterowie
Podczas lektury twórcom udało się naprawdę zainteresować mnie jedynie dwoma elementami.
Pierwszym z nich jest sposób przedstawienia zrujnowanego Berlina. Choć Rodier nie najlepiej poradził sobie z projektami postaci, jego wizja zniszczonego miasta prezentuje się znakomicie. Kadry są szczegółowe, sugestywne i świetnie oddają atmosferę końca wojny.
Drugim jest sama puenta historii podkreślająca banalność zła. Pod względem scenariuszowym był to jedyny moment, który zrobił na mnie wrażenie wrażenie. Uważam też, że jest on po prostu ważny i doceniam każde dzieło kultury, które w pewien sposób próbuje przypomnieć nam, że do czynienia złych rzeczy mogą być skłonni nie tylko ludzie źli do szpiku kości z natury – czasem do czynienia zła wystarczą odpowiednie okoliczności.
Sprawdź też: Islander. Wygnanie — recenzja komiksu — Ostatnia nadzieja dla ludzkości

Najciekawsze znajduje się… w posłowiu
Jeszcze jednym elementem, który bardzo doceniam, jest posłowie autorstwa historyka Nicolasa Férarda. Autor szerzej opisuje w nim rolę fotografii propagandowej w Trzeciej Rzeszy oraz samo zjawisko trzecich kamer.
To właśnie z tego tekstu wyniosłam najwięcej interesujących mnie informacji. Paradoksalnie sprawiło to, że podczas lektury miałam wrażenie, iż to komiks jest dodatkiem do bardzo ciekawego artykułu historycznego, a nie odwrotnie.
Sprawdź też: Będziesz smażyć się w piekle — recenzja komiksu — Aż do piekła, w pogoni za marzeniem

