REKLAMA

Listonosz – Recenzja książki – Atomowa zagłada i radioaktywne pustkowia przed Falloutem

Jakub Trojanowski

Opublikowano: 29 czerwca 2026

Spis treści

 

Po atomowym kataklizmie spowodowanym rakietami balistycznymi latającymi między kontynentami nadeszły wybuchy EMP i uwolniona (zapewne przypadkiem) broń biologiczna. Kilkanaście lat później wśród postapokaliptycznej społeczności pojawił się Listonosz – symbol zapomnianej, lecz szanowanej przed katastrofą organizacji. Niósł on z sobą nadzieję i wieści o początkach odbudowy państwa. Brzmi jak potencjalny scenariusz do kolejnego Fallouta, prawda? Niestety nie tym razem – dzisiaj opowiem o Listonoszu, książce autorstwa Davida Brina.

Miłe zaskoczenie dla fanów fantastyki.

David Brin słynie z tworzenia historii w futurystycznych klimatach, przede wszystkim należących hard science-fiction (trylogie Gwiezdny przypływ oraz Burza wspomaganych), za które kilkukrotnie otrzymywał nagrodę Hugo. Nie powinno to jednak dziwić, skoro oprócz pisania zajmował się także konsultingiem dla NASA. Nie są to jednak jedyne wyróżniające się tytuły w jego dorobku. Uwagę przyciąga także Listonosz – przedstawiciel postapo, wpisujący się jednak w przenikający jego książki nurt rozważań o wpływie technologii na ludzkość.

Polski przekład tego dzieła ukazał się w 1996 roku nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka, a w maju bieżącego roku na półki trafiło nowe wydanie, nawiązujące estetyką do słynnej serii gier komputerowych. Za tłumaczenie w obu przypadkach odpowiadał Michał Jakuszewski, słynący z prac przy dziełach G.R.R. Martina czy Stevena Eriksona. 

REKLAMA

Uwielbiam zapach pustkowia o poranku…

Dopóki nie natrafię na bandę rabusi, która zabierze mi wszystkie wartościowe przedmioty, a całą resztę skutecznie zneutralizuje. Właściwie tak można by opisać początek przygody Gordona Kranza. Utrata cennego ekwipunku zmusza go do przenocowania w starym samochodzie, który, jak się okazuje, niegdyś był furgonetką pocztową – obiektem wypatrywanym przez wielu mieszkańców Stanów Zjednoczonych, zanim spadła na nich katastrofa. 

Porzucony na śmierć bez ubrania przywdziewa więc charakterystyczną kurtkę oraz czapkę, nie będąc świadom symboliki z nimi związanej. Szybko przekonuje się jednak, że mimo upływu lat ludzie nadal wiążą je z przedwojenną administracją, a co za tym idzie – ładem. Podczas odwiedzin w kolejnych osadach zaczyna więc kreować obraz odradzających się Stanów Zjednoczonych.

Muszę przyznać, że po początkowych scenach nie byłem pewien, w którą stronę podąży historia, jak powiąże się ona z tytułem, jednak bardzo szybko przekonałem się, że autor dobrze wiedział, co robi. Z początku podsycał ciekawość dynamicznymi sekwencjami, aby utrzymać uwagę czytelników w znacznie wolniejszej ekspozycji wykreowanego świata, którą zaserwował chwilę później.

Czy bez technologii da się przeżyć atomową katastrofę?

Jest to pytanie przewijające się przez większą część książki. Zmaga się z nim nie tylko Kranz, ale też mieszkańcy osad, które odwiedza, budując od podstaw sieć pocztową. Zapętla się tym samym w kłamstwie, które powstało w związku z ubiorem, który pożyczył od zwłok leżących we wspomnianym nieco wcześniej samochodzie.

Gordon podczas swojej podróży, z początku nieświadomie, staje się symbolem nadziei, a jego wizyta i opowieści wlewają w serca ludzi wiarę w odrodzenie świata, a niesione przez niego listy pozwalają na wytworzenie więzi między małymi społecznościami, które dotąd były zdane tylko na siebie. Co ciekawe, większość z nich nauczyła się funkcjonować przy minimalnym wsparciu technologii, którą trudno jest odnaleźć, ale równie trudno jest też ją naprawić – ze względu na doprawienie atomowej katastrofy impulsami EMP. Nie stoi to jednak na przeszkodzie istnieniu małej cywilizacji hołubiącej elektronice, która z czasem przyjmuje Kranza w swoje szeregi, a ten dość szybko odkrywa stojący za nią sekret. 

Zdecydowanie polubiłem sposób, w jaki autor kreuje głównego bohatera. Z jednej strony tytułowy Listonosz pragnie zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Błędne koło wynikające z kłamstwa, które wykreował z potrzeby chwili, zaczyna irytować go za każdym razem, gdy musi je podtrzymywać swoimi czynami. Gdy jednak uświadamia sobie, że jego niepozorna osoba stała się symbolem i nieformalnym przywódcą zawiązującej się cywilizacji, robi wszystko, by ochronić jej zaczątki przed nacierającą armią neofeudalistów

Wydawnictwo doskonale wiedziało, co robi.

Spoglądając na okładkę książki, skojarzenia zaczynają nasuwać się same. Samotna postać wędrująca przez zniszczone pustkowie, broń przewieszona przez plecy i bardzo charakterystyczny font żółtego tytułu mogą odwoływać się tylko do jednej, legendarnej serii gier w klimacie postapo. Za projekt okładki odpowiada Milena Młynarska i muszę przyznać, że stworzona przez nią identyfikacja wizualna doskonale spełnia swoje zadanie – łączy książkę ze słynną serią, z którą dzieli znacznie więcej niż tylko ogólne założenia.

Nie będę was utrzymywał już dłużej w niepewności – mam tu na myśli uniwersum Fallouta. Nic w tym dziwnego, książka ukazała się ponad dekadę przed premierą pierwszej gry, a podobieństwa między oboma światami są tak duże, że Listonosz pojawia się w praktycznie każdym zestawieniu dzieł, które miały wpływ na klimat i fabułę gier (a zwłaszcza Fallout: New Vegas).

 Małe, samodzielne enklawy, pojedynczy wędrowiec przemieszczający się między nimi i tworzący kolejne sojusze – to główny aspekt stanowiący wspólny punkt tych światów. Zerkając dalej, natkniemy się także na grupy zorganizowane wokół reliktów minionej epoki, które toczą ze sobą wyniszczające bitwy o zasoby, a także wspominaną już wcześniej próbę odbudowy zorganizowanej cywilizacji wiele lat po atomowej katastrofie.

Muszę zwrócić jednak uwagę na pewną fundamentalną różnicę między Listonoszem a uniwersum Fallouta. W dziele Brina przedstawiony świat jest naturalną kontynuacją wydarzeń z czasów zimnej wojny, podczas gdy Interplay już w pierwszej odsłonie poszło w stronę historii alternatywnej. Sprawia to jednak, że każdy z tych tytułów nabiera indywidualizmu, dzięki czemu możemy poznawać je z równą ciekawością, bez znudzenia tymi samymi rozwiązaniami.

Każdy fan Fallota musi to przeczytać!

Szczerze? Uważam, że każdy z fanów tej serii powinien dać szansę tej książce. Na przykład przed kolejnym powrotem do serii lub nadchodzącym trzecim sezonem serialu, który jak dobrze wiemy, także jest bardzo związany z klimatem New Vegas. W grach nie zobaczymy żmudnego procesu budowania zaufania, wykuwania współpracy między osadami czy tego, jak rodzi się lojalność wobec autorytetu (co w Falloucie jest podstawą praktycznie każdej frakcji). 

Odważę się nazwać Listonosza zakulisową opowieścią o podstawach postapokaliptycznej cywilizacji. Historią, której czasem brakuje nam w grach, by jeszcze lepiej wczuć się w przedstawiony świat. Oczywiście nie ratuje to książki przed drobnymi wadami – dużymi przeskokami czasowymi, zostawiającymi po sobie niedopowiedzenia czy nadmiernym rozproszeniem wątków w dalszych częściach książki. Nie zmienia to jednak faktu, że ze względu na głęboką psychiczną i socjologiczną analizę mechanizmów funkcjonowania społeczeństw i tworzących je ludzi jest to tytuł zdecydowanie wart uwagi.

 

książkę możecie zakupić tutaj! :  Kliknij Tu ! 

ZALETY +

WADY -

Jakub Trojanowski

Student medycyny, prywatnie wielki fan papierowego wydania Gwinta. Od dziecka pochłaniam książki i filmy o różnorodnej tematyce. W wolnych chwilach, przy pracy lub nauce zawsze w tle wybrzmiewa klasyczną i filmową. Zarówno w grach, jak i w życiu lubię nieszablonowo podchodzić do problemów. Nie mam ścisłej czołówki ulubionych uniwersów, ale podium zajmują Władca Pierścieni, Wiedźmin i Mass Effect. Co nie znaczy, że z chęcią nie podyskutuję, chociażby o Asasynach goniących po dachach Szturmowców Imperium Galaktycznego.

REKLAMA

Rekomendowane artykuły

Supergirl. Kobieta jutra — recenzja komiksu — Superbohaterka też człowiek

Supergirl. Kobieta jutra — recenzja komiksu — Superbohaterka też człowiek

Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 3 – recenzja komiksu – Beast vs Wolverine

Przeznaczenie X. Wolverine. Tom 3 – recenzja komiksu – Beast vs Wolverine

Roadhouse Simulator: Prologue – recenzja gry. Co to za speluna, co dobrze buja tak?!

Roadhouse Simulator: Prologue – recenzja gry. Co to za speluna, co dobrze buja tak?!

PRZESZŁOŚĆ WE MGLE – RECENZJA PIERWSZEGO SEZONU SERIALU WDOWIA ZATOKA 

PRZESZŁOŚĆ WE MGLE – RECENZJA PIERWSZEGO SEZONU SERIALU WDOWIA ZATOKA 

Helen z Wyndhorn — recenzja komiksu — Gotycka opowieść o sile fantazji

Helen z Wyndhorn — recenzja komiksu — Gotycka opowieść o sile fantazji

ZA FASADĄ UŚMIECHÓW – RECENZJA PIERWSZEGO SEZONU SERIALU ZNAJOMI I SĄSIEDZI 

ZA FASADĄ UŚMIECHÓW – RECENZJA PIERWSZEGO SEZONU SERIALU ZNAJOMI I SĄSIEDZI