REKLAMA

Vaiana (2026) – recenzja filmu. Disney tym razem nie poprawiał klasyka. Czy to wystarczy, by znów zachwycić widzów?

Sonia Moćko

Opublikowano: 10 lipca 2026

Spis treści

Czy aktorska Vaiana ma do zaoferowania coś więcej niż wierne odtworzenie animacji sprzed dekady? Disney tym razem postawił na bezpieczeństwo zamiast rewolucji. Efekt zachwyca wizualnie i muzycznie, choć nie obyło się bez kilku problemów z tempem opowieści.

 

Powrót na wyspę po dziesięciu latach

Nie ukrywam – Vaiana nigdy nie należała do grona moich ulubionych animacji Disneya. Owszem, zawsze doceniałam jej przesłanie, muzykę i piękną oprawę wizualną, ale nie była to historia, do której regularnie wracałam. Paradoksalnie właśnie dzięki aktorskiej wersji spojrzałam na tę opowieść z zupełnie innej perspektywy. Minęło już dziesięć lat od premiery animacji i chyba dopiero teraz w pełni wybrzmiały dla mnie motywy związane z poszukiwaniem własnej tożsamości, odwagą oraz odpowiedzialnością za swój lud.

Disney w ostatnich latach przyzwyczaił nas do tego, że jego aktorskie remake’i próbują na siłę poprawiać oryginały. Czasem kończyło się to ciekawie, częściej jednak nowe pomysły budziły kontrowersje i odbierały historiom ich charakter. W przypadku Vaiany twórcy obrali zupełnie inną drogę. Nie znajdziemy tutaj większych zmian fabularnych, nowych wątków czy prób reinterpretacji bohaterów. To niemal scena po scenie ta sama historia, którą poznaliśmy w animacji.

REKLAMA

I być może właśnie dlatego ten remake działa.

Znana historia, ale wciąż skuteczna

Akcja rozpoczyna się na polinezyjskiej wyspie Motunui, gdzie poznajemy dorastającą Vaianę – córkę wodza, przygotowywaną do przejęcia odpowiedzialności za swoją społeczność. Choć dziewczyna kocha swój lud i szanuje tradycję, od najmłodszych lat czuje nieodpartą więź z oceanem, który zdaje się ją nieustannie przywoływać. Kiedy wyspę zaczyna dotykać tajemnicza klątwa, a natura stopniowo obumiera, Vaiana postanawia sprzeciwić się woli ojca i wypłynąć poza rafę. Jej celem jest odnalezienie legendarnego półboga Mauiego i wspólne przywrócenie serca bogini Te Fiti, od czego zależą losy nie tylko jej rodzinnej wyspy, ale całego oceanu.

Choć doskonale wiedziałam, dokąd zmierza ta historia, ani przez chwilę mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – mogłam skupić się na wykonaniu i emocjach zamiast zastanawiać się nad kolejnymi zwrotami akcji.

Thomas Kail wnosi do filmu teatralny rozmach

Za kamerą stanął Thomas Kail, twórca filmowej adaptacji Hamiltona oraz telewizyjnego widowiska Grease: Live! Jego doświadczenie w realizacji musicali czuć niemal od pierwszych minut.

Już na początku filmu, dostajemy sekwencję z mieszkańcami wyspy, mającą niezwykle sceniczny charakter. Choreografia, ruch kamery i sposób prowadzenia zbiorowych scen sprawiają wrażenie oglądania dopracowanego widowiska. Kail świetnie rozumie, że piosenki nie są jedynie przerywnikami, lecz integralnym elementem opowieści.

Ogromne wrażenie zrobiły na mnie również zdjęcia. Zielone krajobrazy, turkusowy ocean i egzotyczne wyspy wyglądają przepięknie. To jeden z tych obrazów, podczas których naprawdę ma się ochotę teleportować do przedstawionego świata. Dawno żaden blockbuster nie wywołał we mnie tak silnej tęsknoty za tropikalnym rajem.

Catherine Laga’aia jest sercem tej historii

Największym odkryciem okazała się dla mnie Catherine Laga’aia. Aktorka nie tylko wygląda zjawiskowo jako Vaiana, ale przede wszystkim nadaje bohaterce więcej emocjonalnej głębi. Kompletnie kupuję jej bunt wobec narzuconych ograniczeń oraz niezachwianą wiarę, że jest w stanie uratować swój lud. Dzięki temu łatwo kibicować jej od pierwszych minut.

Przed seansem największe obawy miałam wobec Dwayne’a Johnsona. Na zwiastunach jego Maui wydawał mi się wręcz karykaturalny i przesadnie teatralny. W samym tytule wszystko jednak zaczyna działać. Johnson świetnie odnajduje się w tej roli, a megalomania Mauiego została podkręcona do granic możliwości w sposób, który zwyczajnie bawi.

Pua i Hei Hei kradną każdą scenę

Jednym z największych pozytywnych zaskoczeń okazały się zwierzęta stworzone przy pomocy CGI.

Pua, urocza świnka Vaiany, wygląda tak słodko, że momentami trudno uwierzyć, iż nie jest prawdziwa. Podobnie wypada Hei Hei, kogut, którego jedno oko zdaje się patrzeć na Maroko, a drugie na Kaukaz. Ten duet regularnie wywoływał śmiech na sali, a ich komputerowa animacja stoi na naprawdę wysokim poziomie. Tak słodkich bohaterów dawno nie widziałam. Śmiało mogę powiedzieć, że są równie rozczulający jak Grogu z uniwersum Gwiezdnych wojen.

Polski dubbing ponownie nie zawodzi

Od lat uważam, że polskie wersje językowe filmów Disneya należą do najlepszych na świecie i Vaiana tylko mnie w tym utwierdziła.

Weronika Bochat-Piotrowska świetnie odnalazła się jako Vaiana. Jej głos idealnie współgra z ekranową bohaterką, a partie wokalne brzmią bardzo naturalnie. Szczególnie urzekła mnie interpretacja utworu Pół kroku stąd, która wydaje mi się bardziej liryczna, spokojniejsza i dojrzalsza od wersji znanej z animacji.

Duże brawa należą się również Leszkowi Lichocie, który przejął rolę Mauiego. To niełatwe zadanie po Igorze Kwiatkowskim, ale aktor znakomicie poradził sobie z nową interpretacją bohatera. Jego wykonanie Drobnostki utrzymuje bardzo wysoki poziom i ani przez chwilę nie miałam poczucia, że czegoś brakuje.

Nie zawodzą także pozostali aktorzy. Dorota Stalińska jako Babcia Tala po raz kolejny udowadnia swoją klasę, natomiast Maciej Maleńczuk jako Tamatoa jest wręcz castingiem idealnym. Jego rockowo-luzackie wykonanie Błyszczę pozostaje jednym z moich ulubionych utworów Disneya i również tutaj wypada znakomicie. Jego interpretacja jest pełna luzu, charyzmy i wyraźnego puszczenia oka do widza, dzięki czemu każda scena z Tamatoą staje się jeszcze bardziej widowiskowa.

Początek wymaga cierpliwości

Nie oznacza to jednak, że obraz jest pozbawiony wad. Największym problemem pozostaje tempo. Pierwsze czterdzieści kilka minut rozwija się dość ospale. Twórcy poświęcają sporo czasu na przedstawienie życia na wyspie, oraz konfliktowi ojca kurczowo trzymającego się starych porządków i córki, która chce zmian i lepszej przyszłości dla siebie i przyszłych pokoleń. Przez to właściwa przygoda rozpoczyna się stosunkowo późno, dopiero wtedy, gdy Vaiana wypływa na ocean. Osoby znające animację mogą odnieść wrażenie, że pierwsza część odtwarza znane wydarzenia niemal jeden do jednego, przez co momentami brakuje większego napięcia.

Na szczęście od chwili, gdy bohaterka opuszcza Motunui, tempo wyraźnie przyspiesza. Kolejne spotkania, humor sytuacyjny, efektowne sceny akcji i znakomite numery muzyczne sprawiają, że druga połowa seansu mija błyskawicznie i dostarcza zdecydowanie więcej emocji.

Pokaz prasowy z wyjątkową niespodzianką

Miłym dodatkiem do seansu była obecność części polskiej ekipy dubbingowej na pokazie prasowym. Siedziałam tuż za dublerką Vaiany, której charakterystyczne, kręcone włosy naprawdę przypominały fryzurę bohaterki z animacji z 2016 roku. Takie drobne szczegóły zawsze budują wyjątkową atmosferę i pozwalają jeszcze bardziej docenić pracę ludzi stojących za polską wersją językową.

Czy Disney powinien robić takie remake’i?

Po seansie mam dość mieszane odczucia. Z jednej strony Vaiana jest świetnie zrealizowanym filmem familijnym, pełnym pięknych zdjęć, udanych efektów specjalnych, znakomitej muzyki i bardzo dobrych kreacji aktorskich. Z drugiej jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że Disney zagrał wyjątkowo bezpiecznie.

To remake, który praktycznie nie próbuje opowiedzieć tej historii na nowo. Nie rozwija bohaterów, nie dodaje nowych wątków ani nie proponuje świeżego spojrzenia. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych dowód twórczej ostrożności.

Mimo wszystko bawiłam się bardzo dobrze. Choć Vaiana nigdy nie była moją ulubioną animacją Disneya, po dziesięciu latach potrafiłam docenić ją znacznie bardziej niż wcześniej. To przede wszystkim zasługa świetnej obsady, pięknych zdjęć, dopracowanej oprawy muzycznej i doskonałego polskiego dubbingu. Czy ten remake był potrzebny? Niekoniecznie. Czy warto go zobaczyć? Zdecydowanie tak, zwłaszcza jeśli chcecie ponownie zanurzyć się w tej pełnej ciepła, humoru i emocji historii, tym razem opowiedzianej z aktorami z krwi i kości.

 

ZALETY +

WADY -

Za zaproszenie na pokaz prasowy dziękujemy Disney Polska!
Sonia Moćko

Dziennikarka z wykształcenia, kinomanka z zamiłowania odkąd mając kilka lat, trafiłam na niedzielny cykl "Kocham kino" na kanale drugim Telewizji Polskiej. Oceniłam na filmwebie ponad 4 tysiące filmów, 600 seriali i prawie 200 gier. Paragracz. Byłam normalna 3 koty temu. Ubóstwiam Baby Yodę i Sailor Moon. Ulubione platformy to Nintendo Switch i Xbox. Kolekcjonuje retro Barbie. Na Instagramie jako @matkapraskaodkotow.

REKLAMA

Rekomendowane artykuły

Trzecia kamera — recenzja komiksu — Ciekawy temat, na który zabrakło pomysłu

Trzecia kamera — recenzja komiksu — Ciekawy temat, na który zabrakło pomysłu

Assassin’s Creed Black Flag Resynced – recenzja gry – To ten sam dobry pirat, ale w nowych szatach

Assassin’s Creed Black Flag Resynced – recenzja gry – To ten sam dobry pirat, ale w nowych szatach

The Blood of Dawnwalker – pierwsze wrażenia. Wiedźmin na sterydach?

The Blood of Dawnwalker – pierwsze wrażenia. Wiedźmin na sterydach?

Czarodziejki W.I.T.C.H. Księga 20 – recenzja komiksu – Magiczna energia zamknięta w kolorowym komiksie

Czarodziejki W.I.T.C.H. Księga 20 – recenzja komiksu – Magiczna energia zamknięta w kolorowym komiksie

Legendarna muzyka z Heroesów zabrzmi na żywo. Heroes Orchestra wystąpi w Warszawie!

Legendarna muzyka z Heroesów zabrzmi na żywo. Heroes Orchestra wystąpi w Warszawie!