Pamiętacie ten dreszcz emocji, gdy w „jedynce” po raz pierwszy aktywowaliśmy Blood Codes i ruszaliśmy w mrok przy genialnej muzyce Shiiny? Ja pamiętam to doskonale. Kiedy więc Bandai Namco w końcu wypuściło Code Vein 2, rzuciłam wszystko, by sprawdzić, czy druga odsłona wciągnie mnie tak samo jak pierwsza. Niestety, po ponad czterdziestu godzinach spędzonych w świecie gry, moje serce fanki jest mocno rozdarte.
Recenzja Code Vein 2 powstała w oparciu o wersję na PlayStation 5.
Kiedy ambicja zabija klimat
Największym grzechem Code Vein 2 jest próba bycia tym, czym ta gra być nie powinna. Twórcy zachłysnęli się sukcesem Elden Ringa i upchnęli nas w otwartym świecie, który jest… po prostu nudny. Zamiast klimatycznych, ciasnych lokacji, dostaliśmy ogromne połacie terenu z teksturami kopiuj-wklej. Jazda motocyklem, która miała być hitem, jest tak drewniana, że częściej irytuje niż cieszy. Zwłaszcza, że nie brakuje niewidzialnych ścian, a cały model poruszania się jest tak toporny, jakbyśmy poruszali się kłodą drewna. Widać, że deweloperzy mieli ambicję i chcieli dodać coś nowego, ale z tego wszystkiego przekombinowali.

Co prawda otwarty świat jest nieco wykorzystywany przy budowaniu narracji przy użyciu podróży w czasie – backtracking jest tutaj mocny, ale pozwala on na spojrzenie na krainy, które radykalnie zmieniły się przez różne wydarzenia, o których mowa w trakcie fabuły. Świetnie prezentuje się szary, zniszczony las, który jeszcze nie tak dawno był pełen życia, a to tylko przykład potencjału, jaki drzemie w mechanice zabawy czasem. Niestety w wielu momentach odczuwałam, że nie wykorzystano w pełni tego potencjału. Zwłaszcza że eksploracja nie daje nam niczego wyjątkowego – owszem, znajdziemy dodatkowe zasoby, ale nie spodziewajcie się tutaj ukrytych bossów czy wyjątkowych skarbów.

Otwarte przestrzenie nie do końca do mnie przemówiły i szczerze – zatęskniłam za liniowością pierwszej części, która miała swój unikalny charakter.
Jeden krok w przód, dwa w tył
W kwestii gameplayu mam prawdziwy rollercoaster uczuć, zwłaszcza na początku zabawy. Walka początkowo wydaje się bardziej ociężała i mniej dynamiczna niż w pierwowzorze, ale wraz z kolejnymi aktualizacjami nabrała większej lekkości. Największą zaletą na pewno jest nowy system formae, który okazał się strzałem w dziesiątkę – daje ogromną swobodę w budowaniu postaci, bo nie ogranicza nas już sztywno do konkretnego kodu krwi. To pozwala na lepsze dopasowanie się do różnych sytuacji, a przede wszystkim – o wiele większą satysfakcję z kreowania protagonisty.

Niestety ten pozytywny efekt na początku skutecznie psują przeciwnicy – tutaj czuję czyste lenistwo deweloperów. Strzelałabym, że nawet 80% wrogów to te same modele, które już znamy, tylko z „doklejonym” teleportem albo inną umiejętnością. Naprawdę aż tak nie chciało się nikomu pomyśleć nad czymś nowym i świeżym? Dobra, jeszcze zwykłe maszkary do bicia bym wybaczyła, ale bossowie… To, co z nimi zrobiono, woła o pomstę do nieba. Nie tylko nie są zbyt wymagający (aczkolwiek nie zawsze!), ale czasami poziom trudności rośnie z powodów drobnych, aczkolwiek irytujących błędów pokroju szalejącej kamery.

Żeby jeszcze bardziej „dokopać szefom”, deweloperzy wymyślili, że niektórzy z nich stają się zwykłymi mobami w kolejnej lokacji. Wybitnie tracą oni na swojej wyjątkowości i przestajemy ich szanować tak, jak chociażby ich odpowiedników z Elden Ringa.

Najważniejszy jest jednak inny aspekt – gdzie jest multiplayer?! To jest dla mnie niepojęte. Code Vein stało kooperacją, a wycięcie jej z sequela zabija połowę frajdy z samej rozgrywki. Z reguły growej jest tak, że pierwsza odsłona oferuje typowo solowe doświadczenie, a kolejna wprowadza wspólne ubijanie potworów, aby poszerzyć format rozgrywki. A tutaj zastosowano totalnego i niezrozumiałego fikołka. Szkoda…

Postacie, które ratują honor (i ta nieszczęsna cenzura)
Gdyby nie bohaterowie, pewnie rzuciłabym padem w kąt. Lou to absolutne złoto – scena, w której oddaje nam połowę serca, wyciska łzy. Zenon z kolei jest tym typem uroczego dziwaka, którego nie da się nie lubić. Niestety, twórcy postanowili na siłę uszczęśliwić nas wątkiem małżeńskim z Josee, którego nie da się odrzucić. Czułam się, jakbym zdradzała biedną Lou bez mojej zgody! Narracja ma swoje solidne momenty i nie żałuję, że poznałam tę historię. Niestety okazjonalnie trafiają się bardzo źle napisane dialogi, a wątek główny… nie zapadł mi w pamięć. O wiele lepiej poprowadzone są zadania poboczne, które potrafią naprawdę wciągnąć i to one – obok postaci – przyciągały mnie najbardziej. I dlatego także finalnie skończyłam całą grę.

A jeśli już rozmawiamy o bohaterach, to warto wspomnieć, że kreator postaci przeszedł lifting. Tyle że w złą stronę. Styl stał się dziwnie plastikowy, a stroje z poprzedniej części zostały ocenzurowane czarnymi szortami. Serio? Gra ma rating dla dorosłych, mamy sceny w gorących źródłach, a nagle boimy się odrobiny fan-serwisu, który był znakiem rozpoznawczym serii? Niestety to nie jedyny problem z estetyką. O ile postacie wyglądają jeszcze „jako tako”, o tyle całe otoczenie jest zdecydowanie brzydkie. Choć odległe kadry potrafią prezentować się naprawdę świetnie, to przy bliższym poznaniu tekstury okazują się paskudne. Brakuje także wielu detali, np. lepszego cieniowania trawy czy zaawansowanego oświetlenia. Zwłaszcza że nie mówimy o żadnej małej grze, a o produkcji, która na premierę kosztowała blisko 300 złotych…

A co z wersją na PS5?
Jeśli planujecie grać na konsoli, mam dla was ostrzeżenie: premierowe wydanie działało równie dobrze, jak wspomiany motocykl. Nawet w trybie wydajności klatki potrafiły spaść do poziomu pokazu slajdów, gdy tylko wyjechaliśmy motocyklem w teren. Na szczęście kolejne patche w końcu przyniosły ulgę – optymalizacja efektów bossów i spawnowania potworów sprawiła, że gra stała się stabilniejsza. Nadal nie jest to idealne 60 FPS (obraz bywa momentami dość ziarnisty przez agresywne skalowanie rozdzielczości), ale w końcu można walczyć bez poczucia, że konsola zaraz odleci w kosmos.

Ostatnie aktualizacje sprzed paru dni nieco poprawiły stan rzeczy, ale wciąż… jak gra wyglądająca co najwyżej średnio może działać aż tak źle? Przeszperałam także opinie na Steam i wersja PC ma podobny problem i wiele osób narzeka na optymalizację. Po moich doświadczeniach z konsoli wcale mnie to nie dziwi.

Werdykt? Tylko dla cierpliwych
Code Vein 2 mogło być solidną produkcją pokroju „jedynki”, ale twórcy postanwili na ogromną odtwórczość oraz nie w pełni wykorzystany otwarty świat. Ostatecznie traktuje go jako „średniaka” z ambicjami. Optymalizacja to pięta achillesowa produkcji, zwłaszcza gdy pod uwagę weźmiemy oprawę wizualną. Jeśli jednak przymkniecie oko na pustawy świat i brak co-opa, wciąż znajdziecie tu ten specyficzny klimat, który tak przyciągał do pierwowzoru.

Jaka rekomendacja zakupowa? Poczekajcie na wyprzedaże i kolejne aktualizacje. Muzyka Shiiny i historia o podróżach w czasie sprawiają, że wciąż chce się w tym uniwersum zostać… choćby tylko dla kolejnego uścisku od Lou.

