Toy Story 5 to kolejna odsłona jednej z najbardziej kultowych serii animowanych w historii kina. Czy warto było czekać na nią siedem lat? Czy może sceptycy mają rację, i seria powinna się skończyć na trzeciej odsłonie? Zapraszam do lektury!
Toy Story na nowo zdefiniowało bajki
Toy Story było pierwszym, pełnometrażowym filmem studia Pixar, który na nowo zdefiniował gatunek bajek. Pamiętam, jak moja mama zabrała mnie na niego do kina Capitol w 1996 roku. Zakochana w animacjach Disneya, nie wiedziałam, na co patrzę, obraz wydawał się niepokojąco realistyczny, ale sam film był miłością od pierwszego wejrzenia. Bardzo łatwo przyszło mi utożsamić się z Andym i jego zabawkowymi dylematami. Gdy dostałam Toy Story na kasecie VHS oglądałam go przynajmniej raz w tygodniu.
Przed pokazem prasowym piątej części postanowiłam zrobić sobie maraton poprzednich czterech. Uderzyło mnie jedno spostrzeżenie. Chociaż po wyjściu z Toy Story 4 byłam zachwycona seansem i ponownym spotkaniem z dawnymi ulubieńcami, tak w 2026 roku doszłam do wniosku, że ta część była zwykłym skokiem na kasę. Miałam nadzieję, że najnowsza premiera nie podzieli jej losu. Dopiero mój redakcyjny kolega Jakub zauważył, że ta część może nie rezonować z dorosłymi widzami, którzy nie mają dzieci. Przyznam mu rację.

Toy Story to seria, która dorasta wraz ze swoimi widzami
Millenialsi w wieku Andy’ego sami już są rodzicami. Piątka nadal o tym pamięta i porusza temat bliski każdemu rodzicowi w obecnych czasach: ekrany.
Obecne dzieci żyją w dwóch światach jednocześnie: tym realnym oraz wirtualnym. Rezygnacja z niego może wiązać się z konsekwencjami w postaci rówieśniczego ostracyzmu. Z kolei funkcjonowanie w przestrzeni internetowej niesie za sobą wiele wyzwań, a także niebezpieczeństw.
Nasza Bonnie nadal ma bujną wyobraźnię, będąc animatorem swoich plastikowych podopiecznych. Pomimo dużej kreatywności dziewczynka cierpi na problemy z umiejętnościami społecznymi. Marzy o tym, żeby pobawić się z rodzeństwem nowych sąsiadów, ale każda próba kończy się fiaskiem. Kowbojka Jessie postanawia wziąć sprawę w swoje ręce. Myślę, że wiele neuroróżnorodnych (i nie tylko) dziewczynek (a także chłopców) będzie mogła się zidentyfikować z dylematami naszej bohaterki.
Misja, żeby znaleźć przyjaciół dla ukochanej właścicielki, kończy się odkryciem przerażającej prawdy o postępującej ekranozie wśród lokalnych dzieci. Nikt już nie bawi się zabawkami, a nawet ze sobą. Każde dziecko siedzi przed tabletem i spędza czas z rówieśnikami online. Najbardziej tracą na tym oczywiście zabawki, które, porzucone, nie pamiętają nawet, jak to jest być zauważonym przez młodego człowieka. Jessie postanawia za wszelką cenę bronić Bonnie przed cyfryzacją. Jej wysiłki spełzają jednak na niczym, gdy rodzice prezentują córce uroczy zielony tablet w kształcie żaby – Lilypad. Zabawki wypowiadają wojnę elektronicznej nowince, w której każda ze stron nie będzie grała czysto.

Ty druha we mnie masz!!!!
Widz może mieć uczucie deja vu. Lilypad jest tutaj zagrożeniem dla zabawek Bonnie, tak jak kiedyś Buzz Astral dla zabawek Andy’ego. Batalia ta jest sposobnością do ponownego połączenia sił przez Chudego i Buzza. Panowie wracają do ustawień fabrycznych, gdyż w trakcie wyprawy obaj roszczą sobie prawo do bycia liderem. Zupełnie jak za starych, dobrych lat. Różni ich jedynie miejsce, w którym się znajdują. Chudy złapał piwny brzuszek, a z tyłu swoich niegdyś bujnych włosów wyciera się plastik (nowy wygląd wygeneruje kilka żartów i gagów). Buzz z kolei coraz śmielej myśli o ustatkowaniu się.
Nie zabrakło też starej gwardii – Państwa Bulwa, sarkastycznego Hama, Sztućka z żoną czy paranoicznego Dinozaura Rexa. Ciekawym zabiegiem jest przeplatanie się fabuły z przygodą całej partii najnowszych Buzzów wysłanych morskim kontenerem. Sytuacje z nimi przypominają klasyczne zachowania zabawek astronautów przed poznaniem prawdy o swoim zabawkowym życiu (a także i o tym, że są synami tego złego Zurga). W tej części to kowbojka Jessie gra pierwsze skrzypce. Cieszy mnie taki obrót spraw, bo od zawsze była ona żywiołową postacią, która orbitowała gdzieś wokół kowboja i kosmicznego komandosa. Tym razem możemy obserwować wydarzenia z jej perspektywy. Pojawi się jeszcze wątek Emily, dobrze znany widzom z drugiej części. Nasza kowbojka otrzyma szansę na rozliczenie się z przeszłością i pójście do przodu. W sentymentalnej podróży będzie towarzyszył jej wierny rumak Mustang.
Polski dubbing w reżyserii Grzegorza Pawlaka jest, jak zawsze wybitny, a dialogi potrafią rozśmieszyć do łez. Ciekawym zabiegiem jest zmiana animacji na rysunkową z dziecięcą kredką podczas odgrywania zabaw. Wolę komputerową animację, tym bardziej, że w najnowszej odsłonie wygląda ona lepiej niż kiedykolwiek. Tempo filmu na początku jest dość wolne, ale od czasu pojawienia się Lilypad, akcja się zagęszcza. Poznajemy też nowe zabawki ładowane na USB oraz przeuroczą świnię Jimmi Dean. Fani Taylor Swift będą wniebowzięci, bo ich ikona wykonuje utwór przewodni I knew it, I know you, który jest powrotem do muzyki country, z której się wywodzi.
Sprawdź też: Między nami żywiołami – recenzja filmu – Jesteśmy jak ogień i woda – niezła z nas para!

Podsumowanie
Bardzo bałam się, że seans mnie rozczaruje, jednak moje obawy okazały się bezzasadne. Toy Story 5 to kino familijne, które mówi o ważnych rzeczach w sposób przystępny, bez demonizowania technologii, pokazuje dwie strony medalu. Wspólny seans będzie świetnym punktem wyjścia do rozmowy ze swoim dzieckiem na ten temat. Dla niektórych zapewne będzie też okazją do refleksji nad własną relacją z telefonem czy social mediami.
Bez zbędnego przedłużania, bierzcie dzieciaki, drugie połówki czy znajomych do kina i cieszcie się filmem. Ja mam nadzieję, że za kolejne kilka lat doczekamy się szóstej części. Ciekawe, czym zaskoczą nas wtedy twórcy.
Sprawdź też: W głowie się nie mieści 2 – recenzja filmu. „Nowe” emocje w natarciu.

