Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia – Recenzja filmu. Jak ja się cieszę, że Cię widzę…

UDOSTĘPNIJ

Pierwsze takty epickiego marszu skomponowanego przez samego Johna Williamsa jestem w stanie rozpoznać chyba wszędzie, bez względu na ich wykonanie. Jako dziecko niezliczoną ilość razy oglądałem filmy przedstawiające przygody odważnego archeologa wyposażonego w bicz i jakże charakterystyczną fedorę. Po pewnym niesmaku związanym z czwartą odsłoną z niecierpliwością śledziłem wszystkie informacje związane z finałową częścią. Na seans udałem się w przedpremierowy wieczór, a pojawienie się piątej odsłony na fizycznych nośnikach było idealną okazją, by jeszcze raz spędzić nieco ponad dwie godziny w pogoni za Indianą Jonesem.

Profesor archeologii jeszcze raz wyciągnięty z emerytury

Po raz piąty w rolę ekscentrycznego archeologa wciela się Harrison Ford (Gwiezdne Wojny, Łowca Androidów, Air Force One). Jest to jego ostatni występ w tej roli, ze względu na to, że Artefakt Przeznaczenia jest ostatnią produkcją filmową z tego uniwersum. Rolę córki chrzestnej głównego bohatera – Heleny Shaw odgrywa Phoebe Waller-Bridge (Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie, Żegnaj Christopher Robin, Ucieczka). Postać jej ojca Basila Shawa kreuje natomiast Toby Jones (Tetris, serie Igrzyska Śmierci oraz Kapitan Ameryka). Ich drogi przecinają się z nazistowskim naukowcem Jürgenem Vollerem, za którego odpowiada sam Mads Mikkelsen (Hannibal, Doktor Strange, Casino Royale).

Na ekranie pojawia się  jeszcze kilka znajomych twarzy, jak chociażby Antonio Banderas (seria Zorro, Niezniszczalni 3, Uncharted), czy Shaunette Renée Wilson (Rezydenci, Czarna Pantera, Nasz Jake). Obok Indiany wystąpiła ponownie jego towarzyszka życia Marion grana przez Karen Allen (Szklana Menażeria, Gwiezdny Przybysz, Co widać i słychać). Nie można zapomnieć również o powrocie najsympatyczniejszej postaci tej franszyzy, czyli krasnoluda Gimliego, znaczy się Sallaha, w którego wciela się oczywiście John Rhys-Davies (trylogia Władcy Pierścieni, Szogun, Jedna noc z królem).

Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia – Recenzja filmu. Jak ja się cieszę, że Cię widzę…

Spuść im lanie Indiana Jones!

Francuskie Alpy, rok 1944. Podczas poszukiwań włóczni Longinusa Indiana Jones zostaje pojmany przez nazistów wywożących zrabowane skarby w głąb Trzeciej Rzeszy. W trakcie ucieczki w pociągu wyładowanym artefaktami napotyka niemieckiego naukowca Vollera, będącego w posiadaniu połowy Tarczy Archimedesa. Za radą swego towarzysza Basila Shawa, przetrzymywanego w tymże pociągu Jones decyduje się na przejęcie mechanizmu przed wyskoczeniem z transportu pędzącego w stronę zniszczonego mostu. Około 25 lat później po dziesięcioleciach walki z nazistami, komunistami i bandytami, poszukiwań ukrytych artefaktów i użerania się ze studentami profesor Henry Jones Jr. decyduje się przejść na bardzo zasłużoną emeryturę. Nie jest mu jednak dane się nią cieszyć, gdyż śledzi go jego własna córka chrzestna, pragnąca wyciągnąć z niego informacje na temat Antykithiry. Gdy przedmiot trafia w jej ręce, decyduje się ona na ucieczkę, a w ślad za nią wyrusza nie tylko jej ojciec chrzestny, ale również Voller wspierany przez CIA. W tym momencie rozpoczyna się szalony wyścig o odnalezienie drugiej części mechanizmu, który ma dać właścicielowi możliwość odnalezienia szczelin czasoprzestrzennych. Może się to okazać szczególnie przydatne, jeśli posiadacz Tarczy ma w planach choćby zlikwidowanie pewnego akwarelisty z Austrii.

Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia – Recenzja filmu. Jak ja się cieszę, że Cię widzę…

Nie wyglądasz najlepiej Indiana…

W pierwszych scenach filmu rzuca się w oczy jeden z jego najgorszych aspektów, czyli cyfrowo odmłodzony aktor. W przypadku ujęć pokazujących go z profilu nie jest to aż tak widoczne. Efekt rozjeżdża się natomiast podczas niektórych scen, w których widoczna jest jego twarz. Mimo młodej twarzy łatwo jednak zauważyć sekwencje, w których grał aktor, a w których zastępował go dubler. Jak wiemy, dość trudno jest sprawić, by 80-letni aktor poruszał się z gracją mężczyzny w sile wieku. Na szczęście po przeskoku czasowym Indiana mocno zbliżył się już wiekiem do grającego go Harrisona Forda, a dzięki dopasowaniu kaskaderskich popisów liczba przeżytych wiosen stała się powodem do komizmu słownego i sytuacyjnego.

Na uwagę zasługuje również wkład Johna Williamsa, który ponownie dostarczył audiowizualną ucztę. Kompozytor mimo bardzo podeszłego wieku (ponad 91 lat) stanął na wysokości zadania i skomponował około 90 minut przepięknej muzyki, zarówno korzystając z melodii skomponowanych dla poprzednich odsłon (na czele z Marszem Poszukiwaczy Zaginionej Arki, będącym motywem przewodnim wszystkich filmów), modyfikując je, jak i tworząc zupełnie nowe melodie od podstaw, by towarzyszyły na przykład Helenie w momentach, gdy akcja skupia się wokół niej. Zaznaczę też, że jeszcze przed premierą Artefaktu Przeznaczenia kompozytor miał odejść na zasłużoną emeryturę, jednakże niczym Indiana Jones bardzo szybko z niej powrócił, gdyż na przełomie 2023 i 2024 roku ogłosił, że nadal będzie tworzył muzykę do filmów. Jako osoba uwielbiająca muzykę klasyczną i filmową cieszę się niezmiernie z tej wiadomości, gdyż John Williams obok Howarda Shore’a i Hansa Zimmera jest jednym z najwybitniejszych kompozytorów naszych czasów.

Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia – Recenzja filmu. Jak ja się cieszę, że Cię widzę…

W Artefakcie Przeznaczenia jako kolejnej odsłonie serii oraz jej finale nie mogło zabraknąć również odwołań i nawiązań do poprzednich przygód. Podczas długich podróży  zobaczymy więc ponownie jakże charakterystyczne mapy ze strzałkami i półprzeźroczystymi przebitkami  przedstawiającymi środek lokomocji bohaterów. Przez kilka minut na ekranie będziemy mieli okazję na spotkanie z Sallahem, a nawet Marion, którzy towarzyszyli Indy’emu w niejednej przygodzie. Emerytowany profesor archeologii ponownie przywdzieje skórzaną kurtkę, na głowę założy fedorę, a do paska przywiąże bicz. W pewnym momencie Indiana wspomni także o piciu krwi pewnej azjatyckiej bogini, a nawet wzdrygnie się na wieść o tym, że węgorze są niczym morskie węże.

Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia – Recenzja filmu. Jak ja się cieszę, że Cię widzę…

Żegnaj Indiana

Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia zdecydowanie spełnił swoją funkcję jako domknięcie epickiej serii. Co prawda nie obyło się bez scenariuszowych głupotek. Należała do nich przede wszystkim scena z nazistami przełamującymi filmowe cliche i wspinającymi się po boku wagonów. Dzieje się to tylko po to, by klika minut później zostali oni ścięci ogniem zaciętego działa w pociągu. Film starał się oddać ducha oryginalnych trzech filmów. Na Królestwo Kryształowej Czaszki spuśćmy zasłonę milczenia. Co prawda trudno znaleźć w piątej części tę ukrytą nutę przygody, która porywa widza, jednakże jako pożegnanie bohatera jest ona filmem kompletnym. Natomiast ręka sięgająca w ostatnich sekundach filmu po suszącą się fedorę rozbudza w nas nadzieję, że sztafetę naczelnego archeologa w popkulturze przejmie kiedyś Helena albo uwielbiany przez widzów Short Round (Ke Huy Quan).

Zalety

+ Godne pożegnanie postaci
+ Dawka zagadek i łamigłówek
+ Sallah i Marion
+ Muzyka Johna Williamsa

Wady

– Odmłodzony Indiana Jones

Za dostarczenie egzemplarza do recenzji dziękujemy GALAPAGOS !