EA Sports NHL 27 to kolejna podróż na lodowiska najlepszej hokejowej ligi świata. Nowe składy, nowa okładka, poprawiona oprawa, kilka nowych rozwiązań i oczywiście kolejny sezon, w którym mamy walczyć o najważniejsze trofea. Tylko czy to wszystko wystarczy, żeby po raz kolejny wyjąć pieniądze z portfela?
Niepokojący początek
Z serią NHL mam już całkiem długą historię. Początki na PC, kiedy zagrywałem się w NHL 98, potem sprawdzałem przynajmniej jeden hokejowy tytuł na generację. Właśnie dlatego z każdą kolejną częścią coraz trudniej jest mnie przekonać, że mamy do czynienia z czymś naprawdę nowym. Jestem fanem gier sportowych i widzę jakie trendy panują w tego typu tytułach.

Moim zdaniem, to niestety seria NHL ma najmniej zmian z roku na rok, a co gorsza EA nawet już nie kryje się z tym, że najbardziej zależy im na trybie HUT (Hockey Ultimate Team), gdzie gracze mogą wydawać prawdziwe pieniądze, żeby potem kupować sobie hokeistów za wirtualną walutę. W końcu to właśnie ta opcja rozgrywki wylądowała na samym szczycie menu, a agresywne pop-upy atakują nas od pierwszego odpalenia.
Nowy sezon, stare problemy
Oczywiście to nie jest tak, że nie ma żadnych zmian. EA Sports poprawiło zachowanie drużyn na tafli, każdy z 32 zespołów NHL otrzymał własny playbook (zagrywki) oparty na danych NHL EDGE. W praktyce ma to sprawić, że poszczególne ekipy będą zachowywały się bardziej zgodnie ze swoim rzeczywistym stylem. Dochodzi do tego Cohesive Team AI oraz Contextual Strategy Shifts, dzięki którym drużyny mają reagować na wynik, czas pozostały do końca spotkania i sytuację na lodzie.

Da się zauważyć tę różnicę, ale też… niestety prowadzi to do bugów i dziwnych zachowań, kiedy sztuczna inteligencja trochę się pogubi. Uważam też, że nie są to mimo wszystko rewolucje, a bardziej praca nad szczegółami. Z drugiej strony, patrząc na to uczciwie, hokej jest jedną z najlepiej prezentujących się gameplayowo pozycji sportowych, więc twórcy nie mają przed sobą łatwego zadania.
Hokej, który znamy
Rozgrywka została dopracowana, ale nie została wywrócona do góry nogami. Sterowanie nadal wymaga przyzwyczajenia, szczególnie jeśli ktoś nie miał wcześniej większego kontaktu z serią. Po kilku meczach można jednak wejść w rytm i zacząć czerpać przyjemność z budowania akcji. Bardzo podoba mi się rozbudowany system zwodów, dający poczucie dużej kontroli nad krążkiem.

Problem polega na tym, że jako osoba regularnie grająca w kolejne odsłony serii oczekiwałbym czegoś więcej. Po prostu chciałbym kiedyś, po uruchomieniu gry pomyśleć: Tego jeszcze w NHL nie było. NHL 27 takich momentów ma zdecydowanie za mało.
Co by jednak nie napisać, EA Sports NHL 27 na PlayStation 5 prezentuje się bardzo dobrze. Lodowiska są dopracowane, zawodnicy wyglądają naturalnie, a oprawa transmisji została odświeżona. Niestety, część elementów nadal przypomina poprzednie odsłony, a publiczność potrafi wyglądać zdecydowanie gorzej niż w innych sportowych tytułach.

Wspólna ligowa zabawa
Największą nowością tegorocznej odsłony jest tryb Connected Franchise. EA Sports zdecydowało się przywrócić rozwiązanie, na które fani czekali od lat. Możemy stworzyć własną internetową ligę, zarządzać drużynami i rywalizować ze znajomymi, a całość może obejmować nawet 32 zespoły sterowane przez graczy. Tryb obsługuje również cross-play pomiędzy PlayStation 5 i Xbox Series X|S.

Jeżeli macie grupę znajomych, która uwielbia hokeja, ten rodzaj zabawy może dostarczyć mnóstwo frajdy. Sam pomysł stworzenia własnej ligi i prowadzenia jej przez cały sezon ma ogromny potencjał. Miałem okazję bawić się tak w Madden NFL i muszę przyznać, że emocje są nie do opisania.
Szkoda tylko, że nie wszystko zostało tutaj dopracowane. Jednym z większych problemów jest brak możliwości uzupełnienia ligi drużynami sterowanymi przez komputer. Jeżeli więc chcemy stworzyć większą ligę, potrzebujemy odpowiednio dużej grupy znajomych. Dziwi mnie to, ponieważ we wspomnianej wyżej serii o futbolu amerykańskim, nie ma z tym żadnego problemu. Daje to jedynie poczucie kroku w dobrą stronę, a nie rewolucji, na którą czekali gracze.
Be a Pro, HUT i reszta
Niestety, im dalej w las, tym wcale nie jest lepiej. Większość znanych trybów wraca w praktycznie niezmienionej formie. Be a Pro nadal ma potencjał, ale po pewnym czasie trudno uniknąć uczucia powtarzalności. World of CHEL również nie przeszedł rewolucji, a Hockey Ultimate Team po raz kolejny próbuje przyciągnąć nas kolejnymi kartami, wyzwaniami i budowaniem coraz mocniejszego zespołu, oczywiście przy odpowiedniej ilości wydanej wirtualnej waluty.

Dochodzimy w mojej opinii do momentu, gdzie gry sportowe mogą powoli myśleć o modelu, na który EA zdecydowało się przy serii F1. Jeżeli zmiany są tak mikroskopijne, to może warto wydawać pełną, nową grę co 2, może 3 lata, a w tym czasie rzucać tańsze aktualizacje w formie DLC? Tak tylko gdybam, bo w kapitalistycznym świecie liczą się jedynie odpowiednio duże cyferki w Excelu.
Atmosfera robi różnicę
Jeżeli jest jeden element, w którym NHL 27 naprawdę zrobiło krok do przodu, to jest nim prezentacja. EA zrobiło nowy design wszystkich 32 aren klubów NHL, dodając charakterystyczne elementy poszczególnych obiektów, reakcje publiczności, oświetlenie, ekrany, przyśpiewki i charakterystyczną muzykę. Jakby tego było mało, dodano też nowy duet komentatorski – John Buccigross oraz Darren Pang.

Mecze są opakowane w znacznie lepszy sposób. Poszczególne hale bardziej przypominają miejsca, w których naprawdę odbywają się spotkania NHL. Ja jestem fanem takich małych, prezentacyjnych smaczków. Nowy komentarz również jest przyjemnym urozmaiceniem, znanym z innych gier sportowych. Komentatorzy częściej odnoszą się do konkretnych wydarzeń na lodzie, wyników czy statystyk zawodników. Czy jest, więc jakieś „ale”? Przykro mi, ale tak. Po kilkunastu godzinach część kwestii zaczyna się powtarzać, a prezentacja nie daje już takiego efektu „wow”.
Czy warto znowu wejść na lodowisko?
Tutaj dochodzimy do największego problemu NHL 27. Jeżeli ostatnią odsłoną, w którą graliście, było NHL 23, czy NHL 24, to oczywiście, jak najbardziej, jeszcze jak! Dostajecie poprawioną prezentację, nowe rozwiązania taktyczne, Connected Franchise, nowych komentatorów i kilka zmian w rozgrywce. Przeskok będzie czuć od razu.
Co w sytuacji, gdy jesteście weteranami serii? Tutaj odpowiedź jest znacznie trudniejsza. Jako osoba, która praktycznie co roku sprawdza kolejne części NHL, za każdym razem mam wrażenie, że EA Sports próbuje sprzedać nam tę samą bazę w lekko zmienionym opakowaniu. Oczywiście, każda kolejna część coś poprawia. Raz jest to system poruszania się hokeisty, innym razem sztuczna inteligencja, prezentacja, zachowanie bramkarzy, czy dodanie nowego trybu. To ostatnie dzieje się jednak za rzadko. Problem polega na tym, że te zmiany bardzo często są zbyt małe, aby uzasadnić zakup kolejnej części za pełną cenę, a EA SPORTS NHL 27 nie jest wyjątkiem.

Ten tytuł jest kolejnym przykładem tego, jak głupie jest tworzenie corocznych gier sportowych. Z jednej strony dostajemy lepszą oprawę, nowe rozwiązania taktyczne, odświeżony komentarz i długo wyczekiwany tryb Connected Franchise. Z drugiej strony większość gry nadal opiera się na rozwiązaniach, które znamy z poprzednich odsłon, kariera jest niedopracowana, a zmiany wizualne szybko się nudzą.
Właśnie dlatego mam problem z tą grą. Nie dlatego, że jest słaba. Wręcz przeciwnie, to przyjemny, dopracowany hokej, który potrafi dostarczyć mnóstwo emocji w trakcie zabawy. Problem pojawia się wtedy, gdy spojrzymy na niego jak na pełnoprawną, nową odsłonę serii. Tutaj pojawia się pytanie, czy zmian jest na tyle dużo, żeby znowu płacić za nie pełną cenę.
Podsumowując, jeżeli jesteście fanami NHL i ominęliście kilka ostatnich odsłon, to spokojnie możecie pomyśleć nad kupieniem EA SPORTS NHL 27. Gdy sytuacja jest inna, a hokej nie jest ważną częścią waszego życia, to poważnie zastanowiłbym się, czy ma to w ogóle sens.
