Captain Tsubasa 2: World Fighters nie próbuje udawać prawdziwej piłki. Serwuje superstrzały, widowiskowe pojedynki i fabułę rodem z anime. Czy ten spektakl wystarcza, aby wybaczyć grze wyraźne braki?
Dla wielu polskich widzów Tsubasa Ozora na zawsze pozostanie Kapitanem Jastrzębiem, a jego mecze będą kojarzyć się z boiskiem ciągnącym się aż po horyzont i strzałami, które przeczyły wszystkim prawom fizyki. Captain Tsubasa 2: World Fighters doskonale rozumie tę nostalgię. To nie jest konkurencja dla EA Sports FC ani próba realistycznego odtworzenia futbolu. To pełnoprawne anime akcji, w którym piłka zastępuje pociski energetyczne, a stadion staje się areną niemal nadludzkich pojedynków.
Do gry podchodziłem właśnie z takim nastawieniem. Nie oczekiwałem symulacji, rozbudowanej taktyki ani mozolnego konstruowania akcji. Chciałem szybkości, przesady i widowiska – i pod tym względem nowa produkcja Tamsoftu potrafi trafić idealnie w okienko. Problem w tym, że nie każdy strzał okazuje się równie celny.
Captain Tsubasa 2: World Fighters, czyli pojedynek shonen na murawie
Najważniejszą rzeczą, którą trzeba wiedzieć o Captain Tsubasa 2: World Fighters, jest to, że klasyczne zasady futbolu schodzą tutaj na dalszy plan. Owszem, nadal wymieniamy podania, odbieramy piłkę, wbiegamy w pole karne i próbujemy pokonać bramkarza, ale niemal każda z tych czynności została podporządkowana zręcznościowym pojedynkom.
Zawodnik prowadzący piłkę może odpowiedzieć na próbę odbioru dryblingiem, a obrońca próbuje zatrzymać go odpowiednim wślizgiem. Kluczowe znaczenie mają wyczucie chwili oraz wytrzymałość piłkarza. Jeśli będziemy bezmyślnie pędzić jednym bohaterem przez całe boisko, szybko pozbawimy go energii i wystawimy się na kontratak. Gra wygląda jak kontrolowany chaos, ale pod warstwą efektów specjalnych rzeczywiście skrywa się prosta, satysfakcjonująca taktyka.
Rozgrywkę urozmaicają supertechniki wykorzystywane już nie tylko podczas oddawania strzałów, lecz także przy podaniach, dryblingach, odbiorach i blokach. Szczególnie dobrze wypada system Chain, który nagradza łączenie kolejnych udanych akcji. Im dłużej utrzymujemy piłkę i skuteczniej wykorzystujemy umiejętności zawodników, tym większą siłę może mieć finałowy strzał. Utrata futbolówki potrafi jednak oddać wypracowaną przewagę rywalowi, dlatego efektowne rajdy nie są całkowicie pozbawione ryzyka.
W praktyce dawało mi to sporo frajdy. Udane przejęcie, szybkie podanie i zakończenie akcji strzałem, któremu towarzyszy ognisty tygrys, nadal robią wrażenie – nawet po kilku godzinach zabawy. Najlepsze momenty World Fighters wyglądają jak finał odcinka anime, a nie zwyczajny fragment meczu.
Bramkarz nie jest już tylko paskiem energii

Jedną z ciekawszych zmian jest przebudowany pojedynek napastnika z bramkarzem. Po oddaniu strzału obie strony wybierają kierunek – jeśli golkiper prawidłowo odczyta zamiar rywala, może wykonać perfekcyjną obronę i stracić znacznie mniej energii. Pomyłka oznacza poważniejsze osłabienie, a całkowite wyczerpanie zmniejsza maksymalną wytrzymałość bramkarza do końca spotkania.
Na papierze przypomina to prostą zabawę w przewidywanie, ale podczas meczu działa zaskakująco dobrze. Czasem zamiast od razu szukać gola, opłaca się oddać słabszy strzał, zmusić przeciwnika do reakcji i stopniowo nadkruszać jego defensywę. Dzięki temu zdobycie bramki częściej jest zwieńczeniem całej sekwencji działań, a nie rezultatem jednego przypadkowego superstrzału.
Nie wszystko jest jednak równie czytelne. Gdy kilka efektownych technik uruchamia się niemal jednocześnie, łatwo stracić orientację. Kamera również nie zawsze pokazuje dokładnie to, co powinna, a automatycznie wybrane podanie potrafi polecieć do innego zawodnika, niż zakładałem. Zdarzały mi się też sytuacje, w których komputer podejmował niezrozumiałe decyzje, jakby bardziej zależało mu na odegraniu zaplanowanej sceny niż rozegraniu sensownej akcji.
Efektowne mecze wpadają w powtarzalny rytm
Pierwsze spotkania są bardzo ekscytujące. Co chwilę poznajemy nową technikę, obserwujemy kolejną absurdalną animację i sprawdzamy, jak poradzą sobie ze sobą znani zawodnicy. Z czasem zaczyna być jednak widoczny schemat: przejmujemy piłkę, budujemy poziom Chain, osłabiamy bramkarza, a następnie wykańczamy akcję najmocniejszym dostępnym strzałem.
Różne umiejętności i style gry poszczególnych zawodników częściowo maskują tę powtarzalność, ale jej nie eliminują. Mechanicznie World Fighters jest głębsze, niż sugerowałby jego szalony charakter, lecz wciąż nie na tyle rozbudowane, aby każde spotkanie wymagało zupełnie nowego podejścia. Po pewnym czasie największą atrakcją przestaje być samo zwycięstwo, a staje się nią oglądanie kolejnych widowiskowych animacji.
Nie pomaga również to, że sterowanie bywa sztywne. Podania często zachowują się tak, jakby piłkę przyciągał magnes, a przejścia pomiędzy zwykłym poruszaniem się po boisku i specjalnymi akcjami nie zawsze są płynne. Jeżeli ktoś spróbuje grać w World Fighters dokładnie tak samo jak w tradycyjną grę piłkarską, prawdopodobnie szybko się od niej odbije. Tutaj trzeba zaakceptować własne reguły produkcji i nauczyć się rytmu bardziej zbliżonego do zręcznościowej bijatyki.
Własny zawodnik rusza na podbój świata

Głównym daniem dla pojedynczego gracza jest tryb fabularny inspirowany wątkiem World Youth. Tworzymy własnego zawodnika, zaczynamy drogę w Brazylii, a następnie dołączamy do młodzieżowej reprezentacji Japonii i razem z Tsubasą ruszamy po międzynarodowy sukces. Sam pomysł sprawdza się bardzo dobrze, bo pozwala nie tylko obserwować znanych bohaterów, lecz także symbolicznie wejść do ich świata.
Kreator postaci daje sporo możliwości dopasowania wyglądu, pozycji oraz zestawu technik. Rozwijanie bohatera i wyposażanie go w efektowne ruchy kolejnych gwiazd potrafi wciągnąć, choć szybko zauważyłem, że moja postać częściej stoi obok najważniejszych wydarzeń, niż faktycznie je kształtuje. To nadal przede wszystkim opowieść o Tsubasie i jego rywalach, a stworzony przez nas zawodnik pełni rolę gościa dopisanego do znanego scenariusza.
Sama historia bardzo wiernie oddaje ducha sportowego shonena. Są wielkie marzenia, przyjaźń, rywalizacja, pokonywanie własnych ograniczeń i mecze urastające do rangi starć o przyszłość całego świata. Fani marki znajdą tu mnóstwo znajomych twarzy, nawiązań i alternatywnych scenariuszy, a wydarzenia nadzorowane przez autora mangi, Yōichiego Takahashiego, dobrze wpisują się w charakter całej serii.
Za dużo rozmów, za mało grania
Niestety tryb fabularny ma poważny problem z tempem. Gra zdecydowanie zbyt często odbiera nam kontroler, aby pokazać kolejną rozmowę, retrospekcję albo przerywnik. Dialogi potrafią pojawić się również w trakcie meczu, skutecznie rozbijając napięcie właśnie wtedy, gdy akcja zaczyna nabierać tempa.
Lubię fabularne gry sportowe i nie przeszkadza mi duża ilość tekstu, o ile rozmowy rozwijają bohaterów albo pozwalają podejmować znaczące decyzje. Tutaj wiele scen można byłoby jednak wyraźnie skrócić. Dostępne odpowiedzi rzadko prowadzą do istotnych konsekwencji, a nasz zawodnik przeważnie ogranicza się do entuzjastycznego komentowania wydarzeń. Chwilami miałem wrażenie, że mecze są jedynie przerwami pomiędzy kolejnymi fragmentami powieści wizualnej.
Można pomijać wydarzenia, ale nie jest to dobre rozwiązanie. W ten sposób tracimy bowiem sceny stanowiące dużą część atrakcyjności kampanii. Gra zmusza więc do wyboru pomiędzy poznawaniem historii a zachowaniem płynnego tempa rozgrywki, zamiast umiejętnie połączyć oba elementy.
Ponad 100 zawodników, ale zaskakująco mało trybów

Na papierze zawartość robi wrażenie: ponad 110 grywalnych postaci, 22 reprezentacje narodowe oraz przeszło 150 scen prezentujących specjalne akcje. Początkowo gra wydaje się jednak znacznie skromniejsza, ponieważ sporą część drużyn i atrakcji trzeba dopiero odblokować poprzez postępy w kampanii.
Nie mam nic przeciwko nagradzaniu gracza za przechodzenie historii, ale tutaj ograniczony wybór na starcie dodatkowo uwypukla ubogą strukturę całej produkcji. Poza kampanią pozostają przede wszystkim pojedyncze mecze, trening oraz rywalizacja lokalna i sieciowa. Brakuje klasycznego turnieju, ligi lub bardziej rozbudowanego trybu wyzwań, który dałby powód do regularnego korzystania z tak licznej obsady.
Najbardziej odczują to osoby nastawione na samotną zabawę. Po ukończeniu głównej historii można odkrywać dodatkowe spotkania i alternatywne warianty wydarzeń, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że potencjał całego zestawu drużyn nie został w pełni wykorzystany. Multiplayer może znacząco przedłużyć żywotność gry, lecz nie powinien być jedyną odpowiedzią na pytanie: „co dalej?”.
Anime ożywa, chociaż technicznie nie zawsze zachwyca

Pod względem artystycznym Captain Tsubasa 2: World Fighters wie dokładnie, czym chce być. Charakterystyczne projekty bohaterów, dynamiczne kadry, japońskie głosy i przesadzone efekty sprawiają, że najważniejsze akcje wyglądają jak fragmenty nowej serii anime. Superstrzały, bloki i wspólne techniki są prawdziwą nagrodą za dobrze rozegraną akcję.
Gdy kamera wraca do zwykłego ujęcia meczu, czar nieco pryska. Modele postaci i elementy stadionów prezentują się przyzwoicie, ale zdecydowanie nie przypominają oprawy gry wykorzystującej pełnię możliwości współczesnych konsol. Twarze bywają mało ekspresyjne, tekstury są nierówne, a część animacji wyraźnie pamięta poprzednią odsłonę.
Same mecze przeważnie zachowują odpowiednią płynność, jednak tempo kampanii dodatkowo obniżają częste ekrany wczytywania pomiędzy dialogami, przerywnikami i właściwą rozgrywką. Przy tak dużej liczbie scen każda kolejna chwila oczekiwania staje się coraz bardziej odczuwalna. Na plus zaliczam natomiast polskie napisy, dzięki którym śledzenie rozbudowanej historii jest znacznie wygodniejsze.
Czy warto zagrać w Captain Tsubasa 2: World Fighters?
Captain Tsubasa 2: World Fighters najlepiej działa wtedy, gdy pozwala po prostu grać. Mecze są szybkie, efektowne i wystarczająco taktyczne, aby kolejne starcia nie sprowadzały się wyłącznie do bezmyślnego uruchamiania supertechnik. Nowy system pojedynków z bramkarzem, mechanika Chain oraz większe znaczenie ruchów specjalnych wyraźnie wzbogacają rozgrywkę.
Jednocześnie trudno zignorować problemy otaczające udany fundament. Kampania jest rozwlekła, wybory mają niewielkie znaczenie, sztuczna inteligencja i kamera potrafią irytować, a liczba dostępnych trybów nie dorównuje imponującej obsadzie. Zawiedzeni mogą być również fani poprzedniej części, którzy liczyli na bardziej swobodny rozwój własnych zawodników i większą regrywalność.
Mimo tych wad bawiłem się dobrze, bo gra ma coś, czego brakuje wielu bezpiecznym produkcjom sportowym – wyrazisty charakter. Kiedy Tsubasa rusza do ataku, ekran wypełniają płomienie, a piłka po potężnym uderzeniu niemal rozrywa siatkę, wszystkie niedociągnięcia na moment przestają mieć znaczenie. Szkoda jedynie, że pomiędzy tymi chwilami trzeba tak często czekać, czytać i przedzierać się przez niewykorzystany potencjał.

