Myślałem, że po dwóch poprzednich tomach Jed MacKay nie będzie już w stanie mocniej wejść w głowę Marca Spectora. Tymczasem trzeci tom Moon Knighta pokazuje, że z tym bohaterem można jeszcze sporo zrobić. Jest brutalnie, jest psychologicznie, jest też trochę egipskiej mitologii. Zapraszam do recenzji.
Przeszłość wraca
Trzeci tom kontynuuje historię Marca Spectora i tym razem mocno skupia się na jego przeszłości. I właśnie ten element spodobał mi się najbardziej. MacKay nie traktuje przeszłości Marca jako zwykłego dodatku do kolejnej historii superbohaterskiej. To coś, co cały czas siedzi w jego głowie i wpływa na jego decyzje. Marc musi zmierzyć się nie tylko z przeciwnikiem, ale również z tym, co zrobił wcześniej. Moon Knight po prostu nie potrafi zostawić przeszłości za sobą. I chyba właśnie dlatego tak dobrze pasuje do tego typu historii. To bohater, który cały czas próbuje być lepszy, ale jednocześnie doskonale wie, ile ma na sumieniu.

Moon Knight nie jest bohaterem jak każdy inny
Jedną z największych zalet tej serii jest sposób, w jaki pokazany został sam Marc Spector. Nie jest to typowy bohater Marvela, który po pokonaniu złoczyńcy wraca do domu i może spokojnie odpocząć. Marc jest znacznie bardziej skomplikowany. Ma kilka osobowości, trudną przeszłość i bardzo specyficzne podejście do przemocy.
W tym tomie ponownie możemy zobaczyć, jak różne strony jego charakteru wpływają na jego zachowanie. Czasami trudno przewidzieć, co zrobi. Innym razem można odnieść wrażenie, że sam nie do końca wie, dokąd zmierza. To właśnie sprawia, że czytanie o nim jest tak ciekawe.
Złoczyńcy też dają radę
W trzecim tomie nie brakuje przeciwników. Powraca Czarne Widmo, pojawia się również Zodiac, a autor dorzuca do tego jeszcze kilka innych znajomych twarzy. I tutaj duży plus.Złoczyńcy nie są tylko przeszkodami, które Moon Knight musi pokonać, żeby historia mogła iść dalej. Mają własne motywacje i relacje z Marcem. Szczególnie interesująco wypada Zodiac, którego obsesja na punkcie Moon Knighta cały czas rośnie.
To nie są po prostu kolejni przeciwnicy do pobicia. MacKay pokazuje, że między bohaterem a złoczyńcą może istnieć coś więcej niż zwykła walka dobra ze złem. Czasami jest w tym fascynacja, czasami nienawiść, a czasami coś przypominającego nawet dziwny rodzaj szacunku.

Witamy w Mieście Umarłych
Druga część tomu przenosi nas do Duatu, czyli egipskiego Miasta Umarłych. I tutaj komiks zaczyna robić się naprawdę ciekawy. Zmiana miejsca dobrze wpływa na historię. Nagle nie jesteśmy już tylko w uliczkach miasta, gdzie Moon Knight poluje na kolejnych przestępców. Dostajemy zupełnie inne otoczenie, więcej mistyki i oczywiście egipskie motywy.
To dokładnie ten klimat, którego oczekuję od Moon Knighta. Nie jest to jednak tylko fajna dekoracja. Pobyt w Mieście Umarłych ma również znaczenie dla samego Marca. Bohater zostaje zmuszony do zmierzenia się z własnymi decyzjami i przeszłością. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że przechodzi przez coś w rodzaju własnego piekła.
Rysunki robią robotę
Pod względem graficznym jest naprawdę dobrze. Marcelo Ferreira i Federico Sabbatini świetnie radzą sobie zarówno ze scenami akcji, jak i bardziej spokojnymi momentami. Szczególnie dobrze wypadają fragmenty rozgrywające się w Mieście Umarłych.
Tutaj komiks naprawdę ma swój klimat. Cienie, mrok, egipskie motywy i różne dziwne stworzenia dobrze pasują do Moon Knighta. Nie jest to typowy kolorowy superbohaterski komiks, w którym wszystko musi wyglądać ładnie. Niektóre kadry potrafią naprawdę zatrzymać na chwilę. Szczególnie wtedy, kiedy artyści mogą pobawić się mistyczną stroną historii.

Czy trzeci tom jest lepszy od poprzednich?
Dla mnie jest przede wszystkim inny. Pierwsze tomy skupiały się na budowaniu nowego status quo Moon Knighta i jego relacji z ludźmi, których zebrał wokół siebie. Tutaj autor coraz mocniej zagląda do głowy Marca. Po dwóch tomach można było się zastanawiać, dokąd dalej można poprowadzić tę serię. Trzeci pokazuje, że MacKay nadal ma pomysły.
Nie wszystko jest idealne. Momentami historia robi się trochę zbyt zagmatwana, a liczba wydarzeń i postaci może przytłoczyć. Niektóre elementy mogłyby dostać trochę więcej miejsca. Ostatecznie nie zmienia to faktu, że jest to bardzo dobry Moon Knight.
To kolejny tom, który pokazuje, dlaczego seria Jed MacKaya tak dobrze pasuje do tej postaci. Jest brutalnie, momentami dziwnie, mamy sporo psychologii i oczywiście nie brakuje egipskiej mitologii.
Sprawdź też poprzednie tomy:
– Moon Knight. Tom 1 – recenzja komiksu – Walka o siebie i miasto
– Moon Knight. Tom 2 – recenzja komiksu – Konsekwentnie w mrok

