Wyciągasz z szuflady zakurzonego, plastikowego klocka. Włączasz suwak z boku obudowy, a głośniczek wydaje z siebie kultowe „ba-ding!”. Dla wielu na tym kończy się sentymentalna podróż w czasie, jednak dla prężnie działającej społeczności twórców i graczy te konsole nigdy nie umarły. Co więcej, przeżywają właśnie swój prawdziwy złoty wiek.
Choć Nintendo zamknęło tamte rozdziały dekady temu, współczesny underground udowadnia, że 8 bitów to nie przestarzałe ograniczenie, a świadomy, niezwykle satysfakcjonujący wybór artystyczny. Rynek gier niemal całkowicie przeniósł się do cyfrowej chmury, ale w tej niszowej galaktyce czas jakby się zatrzymał – premierom wciąż towarzyszą pięknie ilustrowane tekturowe pudełka, drukowane instrukcje i błyszczący plastik fizycznych kartridży.
Co najważniejsze, do stworzenia własnego tytułu na kultowego handhelda nie trzeba już być genialnym inżynierem programującym w czystym asemblerze. Rewolucja nowoczesnych i przystępnych narzędzi deweloperskich otworzyła tamy, pozwalając artystom na realizację wizji, które kiedyś były technicznie nie do pomyślenia.
Scena homebrew Game Boya to fascynujący poligon doświadczalny. W czasach, gdy współczesne, wysokobudżetowe produkcje zajmują setki gigabajtów na dyskach i często zawodzą brakiem duszy, twórcy homebrew toczą katorżniczą walkę o każdy kilobajt pamięci ROM. Efektem są mroczne horrory, skomplikowane RPG i zaawansowane technicznie gry akcji, które pod wieloma względami przewyższają oficjalne tytuły z lat 90. Jak wygląda ten mikroskopijny, cyfrowy rzemieślniczy świat, kto nim steruje i co sprawia, że w XXI wieku wciąż chcemy zatracać się w świecie ograniczonym siatką kilkunastu pikseli?
Koniec epoki asemblera. Jak pisze się gry na GameBoya w XXI wieku
Aby zrozumieć skalę dzisiejszego renesansu przenośnych konsol Nintendo, musimy cofnąć się o krok i spojrzeć na technologiczną barierę, która przez lata powstrzymywała amatorów od tworzenia gier na ten sprzęt. W latach 90. pisanie na Game Boya wymagało nie tylko nieszablonowego myślenia, ale przede wszystkim biegłości w asemblerze lub specyficznych bibliotekach C, a także głębokiej wiedzy o architekturze procesora Sharp LR35902. Jeden błąd w zarządzaniu pamięcią mógł zawiesić całą konsolę. Była to wiedza tajemna, zarezerwowana dla garstki pasjonatów i profesjonalnych studiów deweloperskich.
Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem nowej fali narzędzi, z GB Studio na czele. Ten wizualny, oparty na klockach silnik deweloperski zrobił dla sceny Game Boya to samo, co RPG Maker dla gier pecetowych – zdemokratyzował proces twórczy. Nagle barierą przestał być brak wykształcenia informatycznego, a stała się nią wyłącznie ludzka wyobraźnia. Projektowanie poziomów, skryptowanie prostych interakcji, a nawet implementacja dialogów stały się przystępne dla artystów, scenarzystów i muzyków. Efekt? Tamy pękły, a platformy takie jak itch.io zalała fala świeżych, autorskich projektów, które udowodniły, że mały ekranik skrywa w sobie potencjał do opowiadania niesamowicie dojrzałych historii.

Same chęci i GB Studio to jednak dopiero połowa sukcesu – czysty kod potrzebuje przecież oprawy, która tchnie w niego życie. Aby stworzyć grę marzeń na kultowego handhelda, musisz skompletować swój cyfrowy warsztat. Na pierwszy ogień idzie grafika. Narzędziem absolutnie niezbędnym będzie dobry program do pixel artu. W tej roli sprawdzi się nawet darmowy GIMP, choć jego interfejs potrafi przytłoczyć początkujących. Jeśli szukasz czegoś skrojonego pod rysowanie piksel po pikselu, branżowym standardem jest Aseprite – niezwykle intuicyjny kombajn, który kosztuje niespełna 20 dolarów. Na szczęście fani open-source nie zostali na lodzie. Znakomitą, całkowicie darmową alternatywą jest LibreSprite, który możliwościami praktycznie nie ustępuje swojemu płatnemu starszemu bratu. To właśnie w tych programach spędzisz setki godzin, walcząc z ograniczeniami palety barw i projektując to, co gracz zobaczy na ekranie: od maleńkich sprite’ów postaci, przez animacje potworów, aż po klimatyczne ekrany tytułowe.
Game Boy opiera się jednak na architekturze kafelków (tzw. tiles), co oznacza, że narysowane tła trzeba odpowiednio pociąć i ułożyć w spójny świat. Tutaj do akcji wkracza kolejny element układanki – Tiled. To darmowy, potężny program do edycji map, który pozwala składać gotowe elementy graficzne niczym cyfrowe klocki Lego. To w nim zdefiniujesz, gdzie kończy się ścieżka, a gdzie zaczyna ściana budynku, której bohater nie będzie mógł przekroczyć.

Mając w ręku ten tercet – GB Studio, program do pixel artu oraz edytor map, otrzymujesz pełną niezależność twórczą. Wszystkie te narzędzia są darmowe lub kosztują grosze, co pokazuje, jak niesamowitą drogę przeszła ta scena: od drogich dev-kitów dostępnych tylko dla wybranych, po kompletne studio deweloperskie, które każdy z nas może odpalić na domowym laptopie.
Muzyka z czterech kanałów, czyli jak okiełznać kultowy chip
Ostatnim, ale niezwykle ważnym elementem układanki jest oprawa dźwiękowa. Kto z nas nie potrafi zanucić motywu przewodniego z Tetrisa czy Super Mario Land? Charakterystyczne, surowe brzmienie Game Boya to zasługa jego specyficznego, wbudowanego chipu audio, który oferuje deweloperom zaledwie cztery niezależne kanały: dwa generujące fale prostokątne (odpowiedzialne za melodie i efekty), jeden dla fali niestandardowej (często imitujący bas) oraz jeden generujący szum (niezastąpiony przy tworzeniu perkusji czy odgłosów eksplozji).
Choć brzmi to, jak potężne ograniczenie, dla współczesnych muzyków jest to genialny plac zabaw. Dawniej, aby zmusić konsolę do wydobycia z siebie dźwięku, trzeba było wpisywać wartości numeryczne bezpośrednio do rejestrów audio. Dziś twórcy homebrew mają do dyspozycji potężne oprogramowanie typu tracker, na czele z hUGETrackerem (stworzonym specjalnie z myślą o GB Studio) czy uniwersalnym MilkyTrackerem. Programy te pozwalają komponować muzykę na zasadzie tworzenia pionowych list nutowych i precyzyjnego kontrolowania każdego z czterech kanałów w czasie rzeczywistym. Dzięki nim dzisiejsze ścieżki dźwiękowe do domowych produkcji potrafią brzmieć niezwykle głęboko, dynamicznie i nierzadko przewyższają czystością brzmienia to, co słyszeliśmy na oficjalnych kartridżach trzy dekady temu.
Nowości z fabryki retro. Gdzie szukać fizycznych wydań?
Świadomość, że gra na Game Boya powstaje na współczesnym laptopie, potrafi zafascynować. Prawdziwy opad szczęki następuje jednak wtedy, gdy uświadomimy sobie, że te produkcje nie lądują wyłącznie w cyfrowej otchłani internetu, a materializują się jako fizyczne przedmioty. Dla kolekcjonerów i pasjonatów oryginalnego sprzętu kluczowym elementem tego zjawiska jest możliwość postawienia na półce nowego, pachnącego drukiem pudełka i wsunięcia świeżego kartridża do gniazda konsoli.
Gdzie szukać tych fizycznych skarbów? Rynek wydawniczy homebrew jest zaskakująco bogaty.
Wielcy gracze zza oceanu (USA)
Eksplorację warto zacząć od amerykańskich wydawców, którzy dysponują dużym budżetem, choć dla europejskiego kolekcjonera oznaczają konieczność pogodzenia się z droższą wysyłką i opłatami importowymi.
- Incube8 Games: To absolutna czołówka amerykańskiej sceny. Działają z ogromnym rozmachem, dostarczając na rynek projekty najwyższej próby. To oni stoją za wydaniem mrocznego, gęstego horroru Deadeus czy genialnego shmupa Wing Warriors. Ich ambicje sięgają jednak dalej – wydali, chociażby Dracula: Dark Reign, czyli oficjalną grę na pełnej licencji StokerVerse.
- ModRetro: Drugi potężny gracz z USA, którego misją jest nie tylko wydawanie nowości, ale też ratowanie historii. To im zawdzięczamy wznowienie i usprawnienie Chikyū Kaihō Gun ZAS – legendarnego świętego graala na GB, którego oryginalne ceny na rynku wtórnym potrafią przyprawić o zawrót głowy. Poza tym przywracają blask klasykom pokroju Raymana, Croca czy Toki Tori, a z nowych rzeczy oferują m.in. zakręconego, pełnego specyficznego humoru platformera Buck and the Cursed Cartridge czy Hermano. Co ciekawe, ModRetro poszło o krok dalej i stworzyło Chromatic – nowoczesny, oparty na układzie FPGA odpowiednik Game Boya Color, będący idealnym domem dla ich wydań.
Europejskie zagłębie perełek
Jeśli chcemy uniknąć problemów z cłem, Europa ma do zaoferowania niesamowite, rzemieślnicze manufaktury, które pod wieloma względami przewyższają amerykańskich konkurentów unikalnym podejściem do społeczności.
- Broke Studio / Homebrew Factory: Prawdziwa kopalnia cyfrowych i namacalnych cudów prosto z Francji. Ich portfolio rozciąga się od barwnych platformówek w stylu Kero Kero Cowboy (gdzie sterujemy żabim kowbojem), przez oficjalne re-edycje gier od Jaleco, które nigdy wcześniej nie opuściły Japonii (jak Fortified Zone 2), aż po absolutne arcydzieło pixel artu – mroczny dungeon crawler Traumatarium. Broke Studio ma też genialny system mikro-kickstartera: zapowiadają niszowy tytuł i jeśli zbierze się określona liczba chętnych, gra jest produkowana i rozsyłana do tej elitarnej grupy.
- Ferrante Craft: Holenderski wydawca, który udowadnia, że na małym ekranie jest miejsce na totalną różnorodność. Mają na koncie zarówno ambitne All Humans Must Die! czy Black Castle, jak i genialną w swojej prostocie minigierkę Dino’s Offline Adventure – tak, to dokładnie ten sławetny, pikselowy dinozaur, który ratuje nas przed nudą, gdy w przeglądarce Chrome padnie Internet.
- Retro Games Shop: Niewielka, hiszpańska manufaktura z wielkim sercem, prowadzona przez niesamowicie zaangażowanego pasjonata. To nie jest bezduszny sklep nastawiony na masowy zysk, ale jednoosobowa misja wspierania sceny, gdzie z samym wydawcą można uciąć sobie świetną pogawędkę. To właśnie on umożliwił szersze dotarcie do świetnego Pocket Penguin (początkowo zamkniętego za barierą Kickstartera), a na wirtualnych półkach jego sklepu znajdziemy też GZERO, czyli bezczelny, ale technicznie imponujący klon kultowego F-Zero na klasycznego, czarno-białego Game Boya. Katalog wydawcy stale jednak rośnie i skrywa masę innych perełek. Jeśli szukacie czegoś lżejszego, warto rzucić okiem na Cherry Rescue – uroczy, choć krótki, bo starczający na kilkanaście minut platformer. Fani retro-klimatów znajdą tu także zręcznościowe Bubble Frog oraz idealne na szybkie, hazardowe sesje Goblin Gambling. Każde wydanie od tego gościa to czysta, rzemieślnicza miłość do pikseli.
- Piko Interactive: Ten wydawca zasługuje na osobną kategorię w dziedzinie growej archeologii. Ich flagowym osiągnięciem jest dokończenie i wydanie w 2018 roku gry Tyrannosaurus Tex. Tytuł ten miał pierwotnie wyjść w marcu 2000 roku, ale projekt upadł. Piko przejęło do niego prawa, dopracowało kod i dało światu… pełnoprawnego FPS-a na Game Boya Color, będącego klonem Wolfensteina z dinozaurami w rolach głównych. Nowe sztuki tego technicznego cudu (oraz innych gier, jak Cosmo Knight Zion czy Blender Bros na GBA) można kupić u nich bez problemu do dziś. Dorzucają do tego również oryginalne, zafoliowane zapasy starych gier dystrybuowanych niegdyś przez Telegames – choć poza Hardcore Pinball większość z nich to raczej ciekawostki niż wybitne hity.
Polski akcent: Twisted Twice Games
Pisząc o scenie homebrew, grzechem byłoby pominąć rodzime podwórko. Twisted Twice Games to niezależne polskie studio, które pokazuje, że nasi deweloperzy doskonale rozumieją przenośny retro-krzem. Na swojej stronie oferują fizyczne wydania trzech gier. Obok zręcznościowych minigierek Timberman oraz Fly O’Clock (stworzonych na licencjach od Digital Melody Games), ich opus magnum stanowi Legion of Evil (wydane pierwotnie we współpracy z Limited Run Games). To absolutnie bezbłędny, pełnoprawny klon megahitu Vampire Survivors, skurczony do skali ekranu Game Boya. Jeśli chcecie wesprzeć lokalnych programistów i nakarmić swoją konsolę genialnym kodem – to najlepszy adres.
Alternatywne szlaki: Etsy oraz Kickstarter
Co w wypadku, gdy oficjalne sklepy wydawców świecą pustkami? Wtedy trzeba zejść do internetowego podziemia.
- Etsy: Ta kojarzona głównie z rękodziełem i biżuterią platforma to prawdziwe eldorado dla niezależnych rzemieślników i twórców. Można tam upolować unikalne sztuki takich gier jak Cat Catch, Unknown Space, Year 2031 czy Catraté Fighters: Meow Alpha. Co ciekawe, kreatywność artystów na Etsy potrafi całkowicie zaskoczyć. Bez problemu znajdziemy tam, chociażby całe albumy muzyczne wydane w formie kartridża z własnym, wbudowanym odtwarzaczem softowym. Jeśli jednak myślicie, że albumy muzyczne to najdziwniejsze, co zobaczycie, to co powiecie na całe książki przeniesione na ekran Game Boya? Jeden z twórców dosłownie koduje setki stron tekstu po angielsku w formacie ROM, zmieniając konsolę w oldschoolowy czytnik e-booków – idealna ciekawostka dla każdego, kto myślał, że na tym sprzęcie widział już wszystko.
- Kickstarter: To tutaj bije serce i rodzi się większość projektów na scenie homebrew. Wspieranie projektów na tej platformie zawsze wiąże się z ryzykiem – projekt może utknąć w piekle deweloperskim, a pieniądze przepadną. Z drugiej strony, praktycznie co miesiąc pojawiają się tam niesamowite nowości. Warto podjąć to ryzyko z jednego powodu: wersje kickstarterowe bardzo często oferują ekskluzywne, unikalne fizyczne dodatki oraz edycje, które nigdy później nie trafiają do regularnej dystrybucji.
Gdzie szukać informacji na bieżąco?
Oczywiście wymienione wyżej miejsca to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Współczesna scena Game Boya jest tak ogromna, dynamiczna i rozproszona, że nie sposób opisać wszystkich wydawców w jednym artykule. Śledzenie premier na tak niszowym rynku bywa trudne, ale społeczność ma na to swój internetowy sekretariat. Jeśli chcecie trzymać rękę na pulsie i wiedzieć o każdym nowym kartridżu, jaki pojawia się na horyzoncie, Waszą stroną startową powinna zostać zakładka Homebrew Releases na dmgpage.com. To genialny, prowadzony z pasją agregator, który na bieżąco kataloguje fizyczne wydania homebrew, podaje daty premier i udostępnia bezpośrednie linki do sklepów czy zbiórek. To absolutne vademecum dla każdego, kto chce zacząć budować swoją współczesną kolekcję gier na Game Boya i samodzielnie odkrywać kolejne, mniejsze manufaktury.
Współczesny ekran, stary krzem. Na czym dzisiaj grać?
Kiedy masz już w rękach wymarzony kartridż lub plik ROM, stajesz przed ostatecznym wyborem: na jakim ekranie przeżyć tę przygodę? Scena hardware’owa poszła do przodu równie mocno jak software, oferując dziś retro-graczom trzy zupełnie różne ścieżki – od nostalgicznego rzemiosła po luksusową nowoczesność.
- Droga purysty: modyfikacje oryginalnego sprzętu
Dla wielu nic nie zastąpi ergonomii oryginalnego Game Boya, ale umówmy się – granie na klasycznym GBC pod lampką biurkową w poszukiwaniu idealnego kąta światła to dziś czysty masochizm. Rozwiązaniem jest modding, który stał się obecnie najtańszą i najbardziej spersonalizowaną wejściówką do tego świata. Rynek części zamiennych pozwala na totalną metamorfozę wizualną i techniczną konsoli. Możesz wymienić zniszczony plastik na obudowę w praktycznie dowolnym kolorze – od wiernych replik retro, przez fikuśne warianty z nadrukami UV z ulubionych gier, aż po ekskluzywne, ciężkie skorupy z aluminium.

Absolutnym standardem stał się montaż nowoczesnych ekranów IPS lub AMOLED z podświetleniem, które oferują idealny kontrast i tryby imitujące retro-siatkę pikseli. Nowa obudowa w zestawie z takim ekranem to wydatek rzędu 300 zł. Jeśli chcesz pójść dalej, możesz dokupić akumulator ładowany przez USB (około 100 zł), który sprytnie wykorzystuje oryginalne gniazdo zasilania konsoli. Warto jednak pamiętać o jednym: o ile wymiana obudowy czy ekranu bywa prosta, o tyle głębsze modyfikacje – jak montaż dodatkowego wzmacniacza audio (koszt zaledwie 15 – 20 zł), który wyciśnie czyste dźwięki z głośniczka – wymagają już zdolności manualnych i zabawy z lutownicą. Mimo to, za ułamek ceny nowoczesnych konsol premium możemy stworzyć unikalny sprzęt z duszą z lat 90., ale komfortem dostosowanym do dzisiejszych standardów.
2. Święty Graal retro-technologii: Analogue Pocket
Jeśli szukasz absolutnie bezkompromisowej jakości bez konieczności samodzielnego lutowania, na tron wysuwa się Analogue Pocket. To luksusowy, kosztowny handheld, który nie korzysta z tradycyjnej, programowej emulacji. Sercem konsoli jest układ FPGA, który na poziomie fizycznych mikrosekund naśladuje zachowanie oryginalnych obwodów scalonych Game Boya. Pocket posiada zapierający dech w piersiach ekran o potężnej rozdzielczości (1600×1440), który potrafi perfekcyjnie, rzemieślniczo odwzorować podświetlenie i strukturę pikseli każdej przenośnej konsoli Nintendo. Co najważniejsze: posiada fizyczny slot, więc bez problemu przeczyta każdy oryginalny oraz współczesny kartridż homebrew.

- Rewolucja cenowa w świecie FPGA: FPGBC Console-RETRO PIXEL (FunnyPlaying)
Jeśli marzy Ci się bezkompromisowa jakość sprzętowej emulacji FPGA, ale budżet na Analogue Pocket czy Chromatica wydaje się zaporowy, rynek ma na to genialną odpowiedź. Jest nią FPGBC od uwielbianej przez modderów firmy FunnyPlaying. To sprzęt, który całkowicie zmienił reguły gry. Oferuje pełną architekturę FPGA, fizyczny slot na kartridże oraz piękny, podświetlany ekran IPS, a wszystko to w cenie nieprzekraczającej 100 dolarów! > Co najlepsze, FPGBC idealnie wpisuje się w rzemieślniczego ducha całej sceny homebrew. Możesz kupić gotową, złożoną już konsolę bezpośrednio od producenta, albo… zamówić na ich stronie poszczególne części (płytę główną FPGA, wybrany ekran, akumulator oraz obudowę z przyciskami) i złożyć ją samodzielnie w domu. Co ważne dla osób bez doświadczenia technicznego – całość składa się bez użycia ani jednej kropli cyny, na zasadzie prostych taśm i zatrzasków. W ten sposób za około 350-400 zł otrzymujemy nowoczesnego, niezależnego handhelda opartego na chipie FPGA, który bez zająknięcia połyka zarówno oryginalne gry, jak i najnowsze produkcje homebrew na GBC.
- Nowy gracz na dzielnicy: ModRetro Chromatic
Bezpośrednią odpowiedzią na potrzeby współczesnej sceny homebrew jest wspomniany już wcześniej Chromatic od firmy ModRetro. Podobnie jak konkurencja, Chromatic wykorzystuje technologię FPGA do idealnego, sprzętowego odtwarzania gier z GB i GBC. To, co go wyróżnia, to niesamowite zorientowanie na detale: obudowa z lotniczego aluminium, idealnie odwzorowane proporcje i unikalny, customowy ekran LCD o skali 1:1, który precyzyjnie imituje kontrast, brak rozmycia i zachowanie kolorów oryginalnego Game Boya Color w pełnym słońcu. ModRetro mocno kultywuje historię – dowodem na to jest fakt, że do zestawu z każdą konsolą dorzucana jest nowa, odświeżona i w pełni licencjonowana wersja kultowego Tetrisa. To genialny pomost łączący narodziny legendy z jej współczesnym, luksusowym wcieleniem.

- Opcja stacjonarna: Hyperkin Retron SQ
Co, jeśli chcesz ogrywać nowości ze sceny homebrew na dużym ekranie telewizora, siedząc wygodnie na kanapie? Tutaj ciekawą, stacjonarną alternatywą staje się Retron SQ od firmy Hyperkin. To niewielka kostka podłączana pod HDMI, która w teorii pozwala na uruchamianie fizycznych kartridży z GB, GBC i GBA. Urządzenie działa na zasadzie programowej emulacji – po włożeniu kartridża konsola najpierw zrzuca (dumpuje) plik ROM do swojej pamięci, a potem go odpala.

Sprzęt ten ma jednak burzliwą historię. Jego ogromną wadą na start było oficjalne oprogramowanie od producenta, które działało fatalnie, potwornie wolno zgrywało gry i miało problemy z kompatybilnością. Na szczęście, jak to na tej scenie bywa, sprawy w swoje ręce wzięli fani. Społeczność stworzyła Custom Firmware (CFW) – nieoficjalny, zmodyfikowany system, który całkowicie naprawia fabryczne błędy, drastycznie przyspiesza dumpowanie i sprawia, że Retron SQ staje się naprawdę sensownym i tanim sposobem na „telewizyjnego” Game Boya.
Przyszłość zaklęta w przeszłości
Scena tytułów homebrew oraz nowoczesnego hardware’u dla Game Boya, Color i Advance to coś znacznie większego niż zwykły, podsycany nostalgią trend. To żywy dowód na to, że w świecie gier wideo autentyczna pasja, kreatywność i rzemieślnicza dyscyplina potrafią wygrać z gigantycznymi budżetami korporacji i pogonią za fotorealistyczną grafiką. Paradoksalnie, drastyczne ograniczenia sprzętowe sprzed kilku dekad stały się dla współczesnych twórców bezpieczną przystanią, w której liczy się przede wszystkim czysty, bezkompromisowy gameplay, genialny projekt poziomów i pomysłowość.
Niezależnie od tego, czy zdecydujesz się na zakup fizycznego kartridża od jednego z niezależnych wydawców, postanowisz tchnąć nowe życie w stary sprzęt za pomocą ekranu IPS, czy zainwestujesz w nowoczesne inżynieryjne cuda oparte na FPGA – jedno jest pewne: ta scena bije dziś mocniejszym rytmem niż kiedykolwiek.
Jeśli fizyczne wydania to dla Ciebie za duży wydatek, Twoim pierwszym krokiem powinno być itch.io – cyfrowe eldorado, gdzie deweloperzy masowo udostępniają swoje pliki ROM, często całkowicie za darmo. Jak przenieść je na prawdziwy sprzęt? Tutaj z pomocą przychodzą flashcarty, czyli kartridże wielokrotnego zapisu z kartą microSD (na czele z seriami EverDrive od Krikzza czy EZ-Flash). To genialny pomost, który pozwala wrzucić całą współczesną scenę homebrew do jednej obudowy.
Wyciągnij więc tego starego, plastikowego klocka z szuflady, zamów upragnione części, przejrzyj itch.io i włącz suwak obudowy. Pozwól, by po kultowym „ba-ding!” zaskoczyło Cię coś zupełnie nowego. Ten mikroskopijny, cyfrowy świat wciąż ma nam nieskończenie wiele historii do opowiedzenia.
