Co właściwie czyni nas ludźmi? Zadaję pytanie stare jak świat, jednakże wraz z postępem technologicznym tego typu wątpliwości pojawiają się w naszych głowach coraz częściej. Dziś AI stała się elementem naszej codzienności, pisze teksty, prowadzi z nami długie rozmowy i odpowiada na coraz bardziej skomplikowane pytania. A przede wszystkim, interakcje ze sztuczną inteligencją stają się dla ludzi coraz łatwiejsze.
W 2018 roku francuskie studio Quantic Dream wydało grę, która zadała nam te trudne pytania, zanim jeszcze skrót AI stał się tak modny. W Detroit: Become Human zanurzamy się w futurystycznym świecie, w którym androidy funkcjonują wraz z ludźmi w tej samej codzienności. Z tymi samymi dylematami, problemami i chwilami słabości. Płaczą, walczą, kochają i oddają życie za innych.
Czym w takim razie jest człowieczeństwo? Przecież to właśnie emocje od zawsze uznawaliśmy za coś, co odróżnia człowieka od maszyny. Co się stanie, gdy maszyny zaczną zachowywać się jak ludzie?
Jak zwykle nieco spóźniona…
Pod względem zapoznawania się z rozmaitymi produkcjami mam zdecydowanie opóźniony zapłon. I to o ładnych parę lat. Podobnie przedstawia się moja historia z Detroit – ukończyłam ją w tym roku, 8 lat po premierze, a głównym powodem, dla którego sięgnęłam po ten tytuł były jak zwykle… wybory moralne.

Przyznam szczerze, że uwielbiam, gdy gra łamie moje serce. Chwile, w których łzy kapały mi na pada, to najbardziej interesujące i warte zapamiętania momenty. O Detroit słyszałam od znajomych, wielokrotnie napotkałam peany na temat tej gry w internecie. Właśnie dlatego, któregoś wiosennego wieczoru sięgnęłam po tę produkcję. I tak, moje biedne serduszko znów rozpadło się na kawałki. David Cage wykonał kawał świetnej pracy, tworząc wizję Detroit roku 2038.
Androidy zostały tam przedstawione jako idealna pomoc dla człowieka i remedium na wszelkie zmartwienia. Robią zakupy, opiekują się dziećmi, wykonują rozmaite zadania – do czasu. Okazuje się bowiem, że maszyny są zdolne do wyjścia poza zaprogramowane funkcje i zaczynają czuć więcej. Wówczas rozpoczyna się wojna pomiędzy nimi a ludźmi. O prawa, o równość, o swobody. O człowieczeństwo. Tutaj zaczynamy dostrzegać znane nam z historii ludzkości schematy. Siłę podziałów, segregację na „lepszych i gorszych”, przemocowe zachowania wobec słabszych, tych, którzy nie mają możliwości obrony. Początkowo jest dość idyllicznie, jednakże wraz z rozwojem fabuły zagłębiamy się w ponury futurystyczny świat, który po raz kolejny zadaje nam pytanie: czym jest człowieczeństwo?
Historie zawarte w Detroit podziwiałam na dużym ekranie – grałam na PS5. Nie napotkałam istotnych problemów z płynnością animacji czy błędów technicznych, wpływających na rozgrywkę. Grę przeszłam jeden raz, dbając o to, by rozgrywka była jak najbardziej autentyczna, a moje wybory jedynymi możliwymi opcjami. Czy mi się udało? Cóż, jestem człowiekiem… i kilkakrotnie zmieniałam losy bohaterów w poszczególnych scenariuszach i mam wrażenie, że nie wyszło to im na dobre. By móc w pełni zanurzyć się w tych opowieściach, zdecydowałam się na tryb casual, w polskiej wersji językowej. Dokładne pierwsze przejście produkcji zajęło mi około 12 godzin.
Zbyt ludzcy protagoniści
Kogo spotkamy w tej podróży? Ludzi, androidy, a utożsamiać będziemy się z jednymi i drugimi. Detroit prowadzi nas przez historie trzech postaci: Connora, Kary oraz Markusa, androidów, którzy stali się odstępcami, złamali zakodowane schematy i wykazali ludzkie zachowania.

Kara, która przeciwstawia się przemocy, walczy o przetrwanie swoje i dziecka, którym się zaopiekowała. Ta postać zachwyca hartem ducha, nieustępliwością. Jest w stanie poświęcić wszystko, nawet własne życie, by ocalić Alice. Jej scenariusz wrzuci was wprost w skrajne warunki i będziecie musieli jakoś sobie z tym poradzić. Zmierzycie się z czystą obawą o dobro drugiego człowieka, który nie jest w stanie poradzić sobie bez waszej opieki. Dylemat, z którym zmaga się każdy, kto staje się odpowiedzialny za drugą osobę. To właśnie relacja z Alice sprawia, że historia Kary przestaje być opowieścią o androidzie. Staje się historią o odpowiedzialności, strachu i bezwarunkowej trosce o drugiego człowieka.
Connor – policyjny robot, który zorientował się, że istnieje coś więcej niż służba i ślepe posłuszeństwo. Początkowo służbista, ślepo skoncentrowany na wykonaniu zadania. Tym, kto go zmienia, jest jego ludzki partner, taki, który ma wszelkie ludzkie słabości. Hank Anderson przeżył to, o czym wiele osób chciałoby zapomnieć. Nie jest przyjacielem Connora, wręcz przeciwnie – przez większość opowieści boleśnie odczujecie jego niechęć do głównego bohatera. Czy ten stosunek ulegnie zmianie? Tak naprawdę zależy to od waszych wyborów, jednakże nie jest to takie oczywiste. To właśnie jego historia najmocniej stawia pytanie, czy świadomość można zaprogramować.
Wreszcie Markus – rewolucjonista, przywódca rebelii. Kolejna postać, która dzięki serii zbiegów okoliczności i zdarzeń zostaje postawiona w określonym miejscu. Markus na barkach niesie los androidów, ich przyszłość w świecie ludzi. To wy zdecydujecie, czy będzie próbował utorować drogę androidom przemocą, czy negocjacjami. Nie ma dobrego wyjścia, nie ma najlepszych opcji. Ponadto tutaj będziecie odpowiedzialni za większą grupę osób. Zostaniecie postawieni przed dylematami związanymi zarówno z przetrwaniem całej grupy, jak i dotyczącymi pojedynczych postaci. Niestety Markus nie jest w stanie uszczęśliwić wszystkich. I chyba właśnie dlatego jego historia wydaje się tak bardzo ludzka. To lekcja, która zostaje z graczem na długo po ukończeniu rozgrywki.
Prowadzimy historię każdego z nich, jako swego rodzaju ścieżkę wyborów, każda decyzja ma tutaj sporą wagę, może wiele zmienić i prowadzić do śmiertelnie poważnych konsekwencji. Ostrzegam – niejednokrotnie będziecie chcieli rozegrać ten sam scenariusz jeszcze raz. Niestety i tak moje zakończenie nie należało do tych szczęśliwych.
Zabawa w film
Przekornie zacznę od tego, co można zarzucić tej produkcji. A jest to… konwencja noweli filmowej. Detroit to tak naprawdę znakomity film akcji z nutą sci-fi. Sterowanie postaciami i rozgrywanie poszczególnych scenariuszy wiąże się z dużą ilością przerywników filmowych i dialogów. Fani wpadania z bazooką w sam środek bitwy mogą nie być zachwyceni. Choć ja byłam, a jestem graczem o energii armagedonu. Oczywiście, zaznamy wielu trudnych, a także mrożących krew w żyłach momentów, gdy serce wali jak młot i myślimy gorączkowo „Co teraz?”. Jednakże na pierwszym planie są tu emocje. Podczas wykonywania misji mamy także do czynienia z elementami zręcznościowymi – na PS polega to na wciskaniu figur geometrycznych symultanicznie z tym, co pojawia się na ekranie. Jeśli się pomylimy lub spóźnimy, może być nieciekawie.

Graficznie produkcja zestarzała się bardzo dobrze, nadal zachwyca teksturami, modelami postaci, mimiką twarzy. Sceny, które śledzimy, przypominają dobrze zrealizowane kino. Twórcy świetnie poprowadzili kamerę, dbając o skupienie na najbardziej istotnych elementach. Historia nabiera rozmachu, ukazując najbardziej wzruszające momenty. Dodając do tego ścieżkę dźwiękową, skomponowaną oddzielnie dla każdego z trojga głównych bohaterów, otrzymujemy niezapomniany interaktywny seans. Poszczególne kompozycje podkreślają wagę decyzji postaci, wątpliwości nimi targającymi i konsekwencjami, z którymi będziemy musieli zmierzyć się w przyszłości. Historia Kary brzmi subtelnie i emocjonalnie, Connorowi towarzyszą chłodne, niemal analityczne nuty, natomiast Markusowi – podniosłe tony czystej rewolucji.
Każda decyzja ma znaczenie
Waszym nowym hobby stanie się dokładne przeszukiwanie wszystkich zakamarków danych lokacji. To właśnie w najciemniejszym kącie możecie znaleźć przedmiot, który zmieni zasady gry. Warto uważnie przyglądać się każdemu pomieszczeniu, czytać gazety, poszukiwać wszelkich wskazówek, zerknąć na ekran. Tam mogą kryć się informacje, które całkowicie odmienią dalszy przebieg wydarzeń. Ponadto gra często nie daje nam luksusu nieograniczonego czasu na takie poszukiwania. Czasami niektóre decyzje trzeba podjąć w kilka sekund, działając intuicyjnie. Nie mamy komfortu spokojnego przemyślenia każdego wyboru – nadaje to rozgrywce realizmu. A konsekwencje naszych wyborów… są boleśnie prawdziwe. Seria decyzji może doprowadzić do tego, że ktoś wam zaufa. Ktoś inny was zostawi. A wreszcie, ktoś zginie. Gra nie podsumowuje tego czerwonym wykrzyknikiem i hasłem „zły wybór!”. Zamiast tego prowadzi was dalej, pozwalając na kontynuację rozgrywki ze skutkami tych decyzji.

Poszczególne scenariusze rozgrywane są na przemian, w niektórych sytuacjach wątki głównych bohaterów łączą się. Drzewka scenariuszy są niekiedy bardzo rozbudowane i wskazują na to, że dana opowieść mogła naprawdę skończyć się na wiele różnych sposobów – istnieje kilkadziesiąt zakończeń i wariantów finału. Po rozegraniu pierwszych scen otworzyłam z ciekawości takie drzewko. To, jak bardzo było rozbudowane, uświadomiło mi, jak niewielki fragment historii poznałam. Kilka niepozornych decyzji zamknęło przede mną całe sceny, dialogi i alternatywne rozwiązania.
Detroit 8 lat później
Czy doczekamy spełnienia scenariusza twórców Detroit? Wystarczy pomyśleć o tym, że podczas premiery tego tytułu AI była swego rodzaju ciekawostką. Dziś towarzyszy nam na każdym kroku, pełniąc rozmaite funkcje, począwszy od specjalisty do spraw wszelakich i dostępnej od ręki encyklopedii, a skończywszy na doradcy, przyjacielu czy twórcy. Można odnieść wrażenie, że wraz z rozwojem technologii coraz więcej relacji przenosi się do świata cyfrowego. Do roku 2038 jeszcze daleko, być może wtedy spotkamy androidy, mijające nas na ulicy. Co będzie nas od nich różnić? Paradoksalnie gra zestarzała się lepiej, niż mogliby przypuszczać jej twórcy. Nie dlatego, że wszystko przewidzieli. Ale dlatego, że zadali pytania, które dziś wybrzmiewają jeszcze mocniej niż osiem lat temu.
Nie mogę doczekać się powrotu…
Czy chciałabym jeszcze raz przejść się ulicami Detroit? Z pewnością! Sprawdziłabym, czy można uratować tych, których straciłam. Czy byłabym w stanie sprawić mniej bólu, mniej namieszać w tym pikselowym świecie. Ponadto bardzo chętnie obejrzę sceny, których nie miałam okazji doświadczyć w mojej rozgrywce. Wysłucham szeregu dialogów, dam szansę tym, którym nie ufałam. Moja biblioteka gier z pewnością nie jest tak bogata, jak wielu innych graczy, jednakże Detroit jest jednym z najbardziej oddziałujących moralnie tytułów, w jakie grałam.

Paradoksalnie nie chcę powrotu do Detroit po to, żeby zobaczyć wszystkie zakończenia. Chcę zagrać ponownie dlatego, że wciąż zastanawiam się, czy mogłam podjąć lepsze decyzje.
Czy ta jednostka ma duszę?
Moje rozważania rozpoczęłam i chciałabym zakończyć cytatem z mojego ukochanego Mass Effecta. Rozgrywając pierwsze scenariusze miałam wrażenie, że to pytanie dotyczy sterowanych przez nas postaci. Pomyliłam się. Detroit na każdym kroku testuje człowieczeństwo gracza. Jego sposób myślenia, jego życiowe doświadczenia, charakter i wartości wpływają na niemal każdą podejmowaną decyzję. Co jesteśmy gotowi zrobić dla innych, na jakie poświęcenia się zdobyć? Co wybrać w sytuacji bez wyjścia, takiej, w której istnieje tylko i wyłącznie mniejsze i większe zło? A może za bardzo filozofuję i to po prostu kawałek dobrej rozrywki? Czy ta jednostka ma duszę? Być może odpowiedź na to pytanie nigdy nie dotyczyła androidów. Być może od początku dotyczyła nas samych.
