Istnieją tytuły, o których słyszy się latami, zanim w końcu trafią w nasze ręce. A nawet jeśli trafią, to długo zbierają kurz na półkach, nim nadejdzie ich czas. The Elder Scrolls IV: Oblivion jest właśnie jedną z nich – tytułem niemal mitycznym, wspominanym z nostalgią przez całe pokolenie graczy.
Dla mnie jednak nie był powrotem do przeszłości, lecz randką w ciemno. I właśnie dlatego pytanie brzmi inaczej: czy Oblivion potrafi zachwycić kogoś, kto nie pamięta go z 2006 roku?
Pierwsze spotkanie z legendą
Informację o premierze remastera Obliviona oraz możliwości ogrania tego tytułu po raz pierwszy przyjęłam z dużym entuzjazmem. Muszę być tutaj uczciwa i przyznać, że nigdy, przenigdy nie grałam w żadnego TES-a – zapewne wychowywałam się pod kamieniem albo zbyt namiętnie wracałam do znanych mi wcześniej ukochanych gier. Wszelkie informacje o oryginale posiadam ze źródeł internetowych, nagrań czy memów, dzięki temu mogłam wczuć się w klimat tego świata.
Czego spodziewałam się po Oblivionie? Przede wszystkim solidnego kawałka przygody. Pod tym względem się nie zawiodłam – mam wręcz wrażenie, że gra zaskoczyła mnie wielkością i pięknem świata. Studio Bethesda Game Studios słynie z serii The Elder Scrolls, więc poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko.
Jak wspomniałam wcześniej, nie grałam w żadnego TES-a, wobec czego zastanawiałam się raczej, czy w 2026 roku – 20 lat po premierze – Oblivion dźwignie oczekiwania współczesnego gracza, którego nie zachwyci już skaczący po ekranie piksel. Czy chciałam zrozumieć ten fenomen? Oczywiście. Czy mi się udało? Częściowo, lecz o tym opowiem wam niżej.

Czy to dobry tytuł dla nowych graczy?
Krótka, żołnierska odpowiedź brzmi: to zależy, z jakim graczem mamy do czynienia. Zaprawieni w bojach weterani rozmaitych RPG-ów z pewnością bez problemu odnajdą się w świecie Cyrodiil. Jedyną trudnością jest fakt, że Oblivion nie prowadzi gracza za rączkę.
Już na początku nie jest zbyt miło – zostajemy wtrąceni do więzienia i, mówiąc zwięźle… musimy sobie jakoś poradzić. Schemat od zera do bohatera działa tutaj wyśmienicie. Jakiś kmiotek z celi więziennej ma rozpocząć poszukiwania następcy tronu. To dość zabawne i gra również daje nam do zrozumienia, że na początku przygody jesteśmy raczej marnym pyłem.
Zasad panujących w tym uniwersum uczymy się w trakcie gry. Odczułam to boleśnie, gdy próbowałam zbierać rozmaite przedmioty i ponownie trafiałam do więzienia. To konsekwencja spędzania godzin w nowszych tytułach, w których nawet kradzież diamentu uchodzi bohaterowi na sucho.
Nowy gracz może odbić się od tego tytułu już na początku, gdyż tempo nie jest zawrotne. Natomiast wyjście z podziemi na powierzchnię, by ujrzeć przepiękne krajobrazy Cyrodiil i rozpocząć w pełni samodzielną przygodę, jest zdecydowanie warte przetrwania tych pierwszych etapów gry.

Fabuła – tło czy siła gry?
Niestety tutaj nie będę oryginalna – główny wątek Obliviona opiera się na dość klasycznym schemacie ratowania świata przed obezwładniającymi siłami zła. Trafiamy w sam środek wydarzeń związanych z zamachem na cesarza Uriel Septim VII, a naszym zadaniem staje się odnalezienie jego następcy,Martina Septima, i powstrzymanie chaosu związanego z otwierającymi się w całym świecie bramami Oblivionu. Najważniejsze pytanie brzmi: czy ta fabuła faktycznie angażuje? Z mojej perspektywy spełnia swoją rolę, ale rzadko wychodzi poza nią. To solidne tło dla wydarzeń, które nadaje kierunek naszej podróży, jednak nie jest tym elementem, który najmocniej przyciąga do gry.
Oblivion błyszczy gdzie indziej.
To nie główny wątek sprawia, że chce się zostać w tym świecie na dłużej – robią to momenty pomiędzy, nieplanowane przygody, zadania poboczne i decyzje, które podejmujemy poza wielką historią o ratowaniu świata.

Pięknie jest w tym Oblivionie…
Największym sukcesem otwartego świata jest to, że zachęca do błądzenia po mapie. W Oblivionie właśnie tak jest. Ze zdumieniem odkryłam, że gra wydana 20 lat temu posiadała tak gigantyczną mapę.
Zamiast wykonywać poszczególne misje, biegałam po łąkach i zbierałam sobie kwiatki. Zrobiłam mnóstwo zdjęć, ponieważ co chwilę coś mnie zachwycało. Szczególnie noce miały swój urok – rozgwieżdżone niebo, lasy, woda i gracz pędzący przed siebie. Dla samego biegania chętnie będę wracać do tej gry.
Lokacje nie są stale powtarzającymi się, bliźniaczymi projektami. Bywało tak, że chciałam wykonać jakieś zadanie, ale przecież po drodze były jaskinie do eksploracji czy miasto do zwiedzenia.
Zachwyciło mnie to, że świat przedstawiony w Oblivionie jest niemal baśniowy. Zielone lasy, przepiękne słońce. Idylla przerywana pojawiającymi się w poszczególnych lokacjach wrotami Oblivionu. Ten kontrast to kolejny atut gry – sprawia, że jest ona bardziej angażująca. Chcemy zajrzeć do tych bram piekieł, by sprawdzić, co się tam dzieje.
Po drugiej stronie czeka na nas posępny, płonący czerwienią i wiecznym ogniem świat. Jest ponuro – ja pragnęłam jak najszybciej zamknąć każdą bramę i powrócić do tej bajki. Klimat grozy delikatnie dotyka naszych pleców. I bardzo dobrze. I chyba właśnie o to chodzi, żeby zgubić się na chwilę w świecie, w którym nawet bieganie bez celu ma sens.
Świat gier to nie tylko obrazy, ale także muzyka, i tutaj Oblivion spisał się bardzo dobrze. Ścieżka dźwiękowa pozostaje wizytówką tej gry, wsłuchiwanie się w poszczególne dźwięki podczas przemierzania Cyrodiil to prawdziwa przyjemność. Mogę uspokoić melomanów – warto zanurzyć się w tych melodiach, nadają klimat grze, a wy nie pożałujecie tego wyboru.

Każdemu przyda się dobra kompania
W Oblivionie nie rekrutujemy towarzyszy w sposób znany z innych RPG-ów, jednak gra oferuje w zamian inne opcje. Jeśli chcemy prowadzić życie poza głównym wątkiem i wsławić się w jakiejś grupie społecznej, możemy dołączyć do jednej z frakcji.
Najbardziej znane graczom są Gildia Złodziei oraz Mroczne Bractwo. Szczególnie interesujące jest to drugie – zarówno pod względem metody dołączenia, osobowości Luciena, który nas do niego wprowadza, jak i wykonywanych tam zadań.
By nie zdradzić zbyt wiele, uchylę rąbka tajemnicy i powiem tylko, że wykonujemy tam najczęściej… kontrakty egzekucyjne. I co ważne – nie są to zwykłe „idź i zabij”. Często dostajemy zadania, które można rozegrać na kilka sposobów, czasem bardziej subtelnie, czasem bardziej… kreatywnie. I właśnie to sprawia, że te misje zostają w głowie na dłużej.
W Gildii Złodziei jesteśmy bardziej subtelni – działamy z ukrycia, wykorzystując spryt zamiast bezpośredniej siły. Zdarzają się też momenty, w których zamiast walczyć, trzeba po prostu być cierpliwym – obserwować, planować i działać tak, by nikt nawet nie zauważył naszej obecności. I to daje zupełnie inne poczucie satysfakcji niż bezpośrednia konfrontacja.
Poza tym możemy dołączyć choćby do Gildii Magów czy Wojowników. Te formacje są bardziej zbliżone do znanych schematów, ale nadal dają poczucie przynależności. Forma wykonania zadań bywa różna, co sprawia, że są one ciekawsze. Nie mamy jednego, oczywistego rozwiązania, a niektóre zwroty akcji potrafią naprawdę zaskoczyć. To sprawia, że chce się grać więcej i więcej.
Warto dodać, że uniwersum Obliviona żyje postaciami NPC. Na każdym kroku spotykamy kogoś przemierzającego świat w swoich codziennych obowiązkach. Miasta są wypełnione ludźmi, w sklepach i karczmach słyszymy dialogi. Nie są to puste twory z trzema zdaniami na krzyż, lecz bardziej rozbudowana, żyjąca tkanka.
Ubolewałam jedynie nad brakiem możliwości nawiązywania bliższych więzi – przyjaźni czy romansów. To jedyna wyraźna wada, jaka przychodzi mi do głowy pod względem postaci pobocznych.

Od zera do bohatera, czyli o rozwoju postaci słów kilka
Pierwszym plusem Obliviona jest to, że możemy stworzyć własną postać – wybierając jej wygląd, płeć, klasę i pochodzenie. Rozdajemy punkty na poszczególne zdolności i rozpoczynamy naszą przygodę. A później jest tylko lepiej… ponieważ gra pozwala nam rozwijać umiejętności, które faktycznie wykorzystujemy. I choć brzmi to jak słynne „masło maślane”, jest w tym ogromna mądrość.
Biegasz? Rośnie atletyka. Walczysz mieczem? Wzrasta biegłość w broni.
Nadaje to rozgrywce sens i pewien realizm – niećwiczony mięsień zanika, a to, co powtarzamy regularnie, rośnie w siłę. Oprócz tego regularnie awansujemy na wyższe poziomy, co pozwala rozwijać atrybuty takie jak inteligencja, osobowość czy siła.
Faktem, który może zaboleć, jest to, że wraz z rozwojem naszej postaci gra nie staje się prostsza. Osobiście gram zawsze na najniższych poziomach trudności, by skupić się na fabule – może dlatego nie odczułam tego aż tak mocno. Jednak system ten sprawia, że nie zawsze czujemy, iż jesteśmy coraz silniejsi. Obecnie w remasterze jest to mniej namacalne, jednak nadal nie jesteśmy lepsi od wszystkich otaczających nas stworzeń.
System rozwoju w Oblivionie daje ogromną swobodę, ale nie zawsze daje poczucie progresji – i właśnie w tej sprzeczności kryje się jego największa siła i największa wada jednocześnie.
Sprawdź też: Nieślubny syn Skyrima, Dark Souls i Vanaheim. Enshrouded – pierwsze wrażenia

Nie wszystko zestarzało się jak wino
Co z samą rozgrywką? Recenzję przygotowałam na wersji PC, na średnich ustawieniach jakości grafiki – gra działała płynnie i bez większych problemów technicznych.
Tu zaczynają się schody, ponieważ, podobnie jak w poprzednich sekcjach, wiele elementów zostało poprawionych i wygładzonych, natomiast inne pozostały niemal nietknięte. Mamy do dyspozycji szeroki arsenał broni i zbroi, mimo to walka wydaje się dość drewniana, a nasza postać – ociężała. Na moje szczęście lub nieszczęście moja bohaterka dość szybko została dotknięta klątwą wampiryzmu, co sprawiało, że poruszała się nieco sprawniej.
Przeciwnicy czasem zachowują się chaotycznie, nie zawsze przewidywalnie (co akurat momentami działa na plus). Zdarzają się również błędy – odczułam to zwłaszcza w misji związanej ze zdobyciem zbroi Tibera Septima. Pomimo uwolnienia wszystkich duchów w finałowej lokacji pojawiły się tylko trzy, a czwartego szukałam przez dobrych kilkanaście minut, by odkryć, że zglitchował się gdzieś po drodze.
Czasem postaciom brakowało elementów garderoby, czasem… kończyn. Słynne, memiczne „buźki” zostały wyraźnie poprawione – mimika jest lepsza i nie wywołuje już salw śmiechu co kilka minut. Nagrano również więcej kwestii dialogowych, choć nadal są one mocno funkcjonalne i skupione głównie na zadaniach. Czy gameplay bywa toporny? Owszem. Czy przeszkadza na tyle, by przestać grać? Niekoniecznie.
Bo w pewnym momencie przestajesz zwracać uwagę na to, jak gra działa i zaczynasz skupiać się na tym, co daje.
Pod względem czysto technicznym The Elder Scrolls IV: Oblivion Remastered wypada jednak znacznie lepiej, niż można by się spodziewać. Oprawa wizualna została wyraźnie odświeżona – oświetlenie, detale świata i ogólna czytelność scen robią bardzo dobre wrażenie, szczególnie podczas eksploracji. Nie jest to rewolucja, ale zdecydowanie krok w stronę współczesnych standardów. Gra działa płynnie, loadingi nie są uciążliwe, a całość pozostaje stabilna, nawet jeśli od czasu do czasu przypomina o swoim wieku drobnymi błędami. Oblivion Remastered wygląda lepiej i działa sprawniej, ale nie próbuje ukrywać tego, czym był u podstaw. I może właśnie w tym tkwi jego urok.
Sprawdź też: Dying Light: The Beast – recenzja gry – Który mamy rok!?

Dla kogo jest ta gra?
Na pewno dla miłośników klasycznych RPG. Oblivion nie prowadzi gracza za rękę i wymaga cierpliwości. Jeśli ci to odpowiada, drogi graczu, to poczujesz się jak w domu. Kolejną grupą są wędrowcy, którzy uwielbiają godzinami błądzić po mapie świata. Możesz ukończyć główny wątek w kilkanaście godzin, lecz misje poboczne podbiją ten wynik do setek. Niestety fani szybkiej akcji czy bardzo rozbudowanych wątków fabularnych, głębokich relacji między postaciami mogą się rozczarować lub uznać ten tytuł za mało satysfakcjonujący. To nie jest gra dla każdego.
Czy zrozumiałam fenomen Obliviona?
Najbardziej uczciwą odpowiedzią jest: i tak, i nie.
Zdaję sobie sprawę z ogromu tego świata i naturalnej potrzeby jego eksploracji. Sama złapałam się na tym, że chcę spędzić w Oblivionie więcej czasu – spróbować innych ścieżek, poprowadzić moją postać inaczej, wrócić do pominiętych wątków.
Questy poboczne są na tyle interesujące, że aż proszą się o drugie podejście.
Gra zaangażowała mnie, choć nie była najbardziej relaksującym wyborem na krótkie wieczory po ciężkiej pracy. Momentami wymaga cierpliwości, momentami wybaczenia jej wieku, ale jednocześnie potrafi się za to odwdzięczyć.
Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, jak wielki jest ten świat i jak wiele możemy w nim odkryć. I będę to powtarzać niczym mantrę – Oblivion jest ogromny. Mamy w nim co robić. I to przez setki godzin.
Czy warto dziś w niego zagrać? Zdecydowanie tak – choć nie po to, by szukać perfekcji, ale po to, by dać się zaskoczyć. Oblivion nie próbuje być grą idealną – on po prostu daje ci powód, żeby w nim zostać.
Sprawdź też: „Avowed” – recenzja gry. Miecz, magia i moralne dylematy, czyli dzień jak co dzień

Wyznanie
Na sam koniec muszę się do czegoś przyznać.
Oblivion trafił do mnie… rok temu.
Tak, dokładnie. Rok temu.
Z różnych powodów odkładałam tę recenzję – trochę życia, trochę pracy, trochę „jeszcze tylko jeden tytuł i wracam do Obliviona”. Jak się okazało, ten „jeden tytuł” trwał nieco dłużej, niż planowałam.
Dlatego tym bardziej należą się przeprosiny mojemu naczelnemu oraz tym, którzy podzielili się kodem do gry – obiecuję, że to nie była kwestia braku chęci, a raczej… zbyt wielu światów do uratowania po drodze.
Może więc to najlepszy dowód na to, czym jest Oblivion.
Bo nawet jeśli trafia do nas późno… i tak potrafi nas zatrzymać na dłużej.
