Resident Evil: Wyspa Śmierci – recenzja filmu – Trupia lekcja etyki

UDOSTĘPNIJ

W społeczności fanów serii zrobiło się głośno o nadchodzącym nowym filmie CGI gdzieś w okolicach lutego 2023 roku. Sam z wypiekami na twarzy śledziłem kolejne zwiastuny czy zdjęcia. Wyspa Śmierci miała pokazać spotkanie wszystkich głównych postaci. To jak spełnienie najskrytszych marzeń wielbiciela marki. Z niecierpliwością czekałem na 25 lipca 2023 roku, kiedy to film miał swoją premierę w Polsce.

Czy spełnił moje oczekiwania?

Kanoniczny film z kolejnym wirusem

Akcja najnowszej produkcji osadzona jest po wydarzeniach z Resident Evil: Vendetta, a przed historią z Resident Evil 7. Jest również czwartym filmem (nie licząc mini serialu dostępnego na Netflixie) stworzonym całkowicie w technologii komputerowej. Tego typu produkcje wchodzą do kanonu serii gier i nie mają nic wspólnego z aktorskimi produkcjami z Millą Jovovich (na szczęście).

Piękne, skąpane w słońcu San Francisco boryka się z kolejnymi aktami kanibalizmu. Pojedynczy obywatele zamieniają się w zombie. Oddział BSAA na czele z Chrisem Redfieldem (głos Kevin Dorman) zaczyna badać sprawę. W jego grupie jest również Jill Valentine (głos Nicole Tompkins), która po latach rekonwalescencji po byciu królikiem doświadczalnym w rękach Alberta Weskera, chce znów dołączyć do ekipy.

Sprawdź też: Resident Evil 4 Remake – recenzja gry. Wyszlifowany diament.

W tym czasie Claire Redfield (głos Stephanie Panisello) bada na plaży zwłoki orki, która została zainfekowana zmodyfikowanym wirusem T. Gdzieś w tym wszystkim pojawia się również Leon S. Kennedy (głos Matthew Mercer). Jedyny używający inicjału drugiego imienia, ścigający człowieka odpowiedzialnego za ujawnienie tajnych informacji wrogom Stanów Zjednoczonych. Jest jeszcze Rebecca Chambers (głos Erin Cahill ) – naukowczyni, która analizuje próbki wirusa na zlecenie BSAA.

W ten oto sposób mamy całą gromadkę najważniejszych bohaterów serii, którzy jednoczą siły i wyruszają do Alcatraz, gdzie prawdopodobnie znajduje się źródło wirusa.

Resident Evil: Wyspa Śmierci

Wiecznie młode heroski

Zacznę od sprawy, która wywołała burzę w internecie już w momencie zaprezentowania pierwszych materiałów filmowych. Mianowicie postać Jill Valentine. Akcja toczy się gdzieś w okolicach 2015 roku, a panna Jill wygląda niemal tak, jakby nadal był rok 1998. Co ciekawe, ma na sobie niemal identyczny strój, co podczas wydarzeń z remaku Resident Evil 3. To nie jedyna kobieca postać, która zatrzymała swoją młodość. Claire również nie postarzała się jakoś szczególnie. Mógłbym jej dać dwadzieścia parę lat, a w rzeczywistości ma 36. Udało się jej odmłodnieć od czasów Revelation 2, gdzie finał gry jest w 2012 roku. Rebecca również zna przepis na eliksir młodości i śmiem twierdzić, że wygląda prawie jak nastolatka.

Sprawdź też: Nie tak strasznie w tych ciemnościach. „Resident Evil: Wieczny Mrok” – recenzja miniserialu

W ten sposób dochodzę do wniosku, że studio Capcom po prostu boi się postarzeć kobiece bohaterki, gdyż zapewne boi się odbioru ze strony męskiej części graczy. Tłumaczenia, że Jill starzeje się wolniej z uwagi na eksperymenty, nie przemawiają do mnie. Twórcy po prostu mieli gotowe modele postaci i nawet nie pofatygowali się zmienić im strojów. Dlatego Jill wygląda jak z nowej wersji trzeciej części gry, a Claire jak z serialu Wieczny Mrok. W ten sposób panna Redfield nadal wyglądem jest spójna z oryginałem. Jedynie Chris odważył się ubrać w hawajską koszulę.

Można jednak przymknąć oko na modele postaci, a zwrócić uwagę na oprawę graficzną, która jest na wysokim poziomie. Mimika twarzy, szczegóły otoczenia czy sceny walki są bogate w detale.

Resident Evil: Wyspa Śmierci

Uczta dla fana

Fabuła jest prosta jak budowa cepa i niczym nie zaskakuje. Mamy kolejnego złoczyńcę imieniem Dylan Walker – tym razem o nieco innej motywacji niż zazwyczaj. Jego historia mnie nie porwała i powody, którymi się kieruje, by zniszczyć świat, wydają się za płytkie. Ale, przecież, to nie jedyny antagonista w serii, który po prostu chce być zły. Niestety, nie jest też wyjaśnione, w jaki sposób zdobył wirusa, dostał się na wyspę i stworzył laboratorium.

Wirus T wraca w zmodyfikowanej formule. Można by rzec, że ten film to jeden wielki Reunion. Jest sporo odnośników do wydarzeń z gier, dlatego też ta produkcja jest skierowana tylko do zaznajomionych z serią. Bohaterów po prostu trzeba znać, bo nie ma tu czasu na większe nakreślenie ich przeszłości. Jednakże twórcy starają się zarysować charaktery postaci i to, jakie piętno odcisnęły wydarzenia z gier. Przede wszystkim mam na myśli Jill, która nie może pogodzić się z tym, jak została wykorzystana przez Weskera.

Interesujące jest też ukazanie relacji postaci, które nie miały okazji spotkać się w grze. Widać, że bohaterowie poznali się w którymś momencie pomiędzy grami i utrzymują ze sobą kontakt.

Sprawdź też: Oczami fana(tyka). Resident Evil: Welcome to Raccoon City – recenzja filmu

Fabuła pędzi na złamanie karku, z resztą nie ma co się dziwić, gdy chce się upchnąć pięć minut dla każdej postaci w zaledwie dziewięćdziesięciominutowym filmie. Nawet się to udało. 

Oczywiście nie uświadczymy tu większej głębi. Przemowy bohaterów o ich etycznych celach i potrzebie pomagania społeczeństwu nie są wzniosłe. To proste wytłumaczenie, dlaczego nie idą na wakacje, tylko stale ryzykują własne życie. Choć Leon w pewnym momencie wypowie się również i na ten temat, gdy będzie już na fali swoich żartobliwych kwestii.

Prawa fizyki nie raz i nie dwa będą tutaj naginane jak w Szybkich i Wściekłych, a bohaterowie niemal nieśmiertelni. Upadek z pędzącego motocyklu? Solidny kopniak w twarz i kilkumetrowy przelot? Eee, tam. Wstanę, otrzepię się i będzie ok. Sceny walki wręcz jednoznacznie mogą skojarzyć się z serią gier Street Fighter, ale może to przez uniform Marii? Nieważne – jest na co popatrzeć!

Resident Evil: Wyspa Śmierci

To Resident Evil, jakie fani kochają, ale nie wnoszące niczego do głównej osi fabuły. Ulubieni bohaterowie, zombie, lickery, a nawet rekin! To przyjemny półtoragodzinny seans nie zmuszający do myślenia, lecz dający sporo frajdy przy zajadaniu popcornu. Wbrew pozorom to nie jest horror. Nie ma tu przerażających scen, a żarty Leona psują powagę sytuacji. Zresztą walka z finałowym bossem (to nie spoiler, w każdej grze przecież jest zmutowany boss) również jest okraszona zabawnymi tekstami. W dodatku bohaterowie zaczynają używać broni niemal z każdej poprzedniej części gry. Dylan, po co żeś to wszystko zwiózł na wyspę?! Czyżbyś też był fanem?

Pomimo tego, że to wszystko już gdzieś widzieliśmy, to uważam też, że jest to jeden z najlepszych dotychczas wyprodukowanych filmów tego typu. Fani RE, to jest film dla was!

Zalety

– Fanserwis odnoszący się do wydarzeń z gier
– Wszystkie główne postaci w jednym miejscu
– Grafika bogata w szczegóły
– Sceny akcji

Wady

– Te same modele bohaterek, w tych samych strojach i wieku, co w poprzednich grach/filmach
– Prosta historia bez fabularnych twistów pędząca na złamanie karku
– Powielanie tych samych schematów