Często mówi się o tym, że ojcem fantasy jako gatunku był J. R. R. Tolkien, jednak sam dobrze wiem, że nie jest to prawdą. Zanim świat poznał Śródziemie w pełnej krasie, czytelnicy zanurzali się między innymi w twórczości H. P. Lovecrafta, która wpłynęła na wielu autorów, w tym także Fritza Leibera. To właśnie on uznawany jest za pioniera klimatów, które dzisiaj znamy jako „magię i miecz” (od angielskiego „sword and sorcery”).

Teraz wszystko zaczyna się układać
Kilka lat po dość intensywnej wymianie korespondencji z Lovecraftem na łamach magazynu Unknown ukazało się pierwsze opowiadanie Leibera o przygodach Fafhrda i Szarego Myszołapa. Był to rok 1939, czyli czas, gdy Hobbit pomału, lecz nieustannie zyskiwał popularność. Znane obecnie jako Klejnoty w Lesie odnalazło się ono w zbiorze wydanym w czerwcu bieżącego roku przez wydawnictwo Zysk i S-ka, które jak dość często wspominam w recenzjach, słynie z publikowania dzieł wielu kultowych pisarzy. Do Tolkiena, Martina, Moorcocka czy Howarda dołączył więc Leiber.
Jak się okazuje, ma on z nimi całkiem dużo wspólnego. Fritz Leiber stworzył bowiem nazwę gatunku „magii i miecza”, o którym wspominałem we wstępie. Było to odpowiedzią na list samego Moorcocka do jednego z czasopism, w którym prosił o wyodrębnienie podgatunku, do którego można by zakwalifikować przygody Conana, które wyszły spod pióra Howarda. Zabawny jest fakt, że obecnie w tej kategorii znajdziemy zarówno Fafhrda i Szarego Myszołapa, Elryka z Melniboné , jak i Conana Barbarzyńcę.

Dwóch awanturników i ich liczne przygody
Niefart w Lankhmarze. Opowieści o Fafhrdzie i Szarym Myszołapie jest omnibusem, w którego skład wchodzi 13 historii o przygodach charakterystycznej dwójki bohaterów. Wcześniej ukazały się one na rynku w zbiorach przygód Miecze i ciemne siły oraz Zobaczyć Lankhmar i umrzeć. Pierwsze dwa rozdziały opowiadają o początkach ich indywidualnych losów, podczas gdy trzeci skupia się na ich pierwszym wspólnym przedsięwzięciu, które znacząco wpłynęło na ich decyzję o podróżach przez wszelkie odkryte i nieodkryte krainy świata.
Co ciekawe, prawie każda z nich zahacza o nieco inne klimaty. Posępny Brzeg, jak nietrudno się domyślić, prowadzi bohaterów do krainy, w której przygoda bardzo szybko przeradza się w horror, a w fantastycznej symfonii przebijają znacznie mroczniejsze nuty. Natomiast Siedmiu Czarnych Kapłanów to poniekąd streszczenie całego gatunku. Awanturnicza wyprawa bardzo szybko napotyka na swojej drodze magię, bogów oraz ich wyznawców, a jedyne wyjście wydaje się opierać na szermierce i wrodzonym sprycie słynnego duetu.

Podróże różne, dalekie i bliskie
Na początku mojej przygody z Niefartem w Lankhmarze miałem wrażenie, że cała opowieść bardzo się ciągnęła, zwłaszcza w przypadku pierwszego rozdziału, opowiadającego o perypetiach Fafhrda, które poskutkowały spotkaniem miłości życia. Drugi za to dostarczał już więcej emocji, z chęcią zemsty na czele, jednak nadal momentami wydawał się monotonny. Dopiero przy trzeciej, tytułowej opowieści zrozumiałem, że jej poprzedniczki musiały takie być, były bowiem ekspozycją nie tylko dla dwójki charakterystycznych postaci, ale także dla świata, który Leiber tworzył od lat.
Podczas przygotowań do recenzji dowiedziałem się bowiem, że te trzy opowieści zajmujące prawie pół tomu i porządkujące uniwersum powstały wiele lat po pozostałych, skupiających się na krótkich, samodzielnych fabularnie przygodach. Jestem jednak w stanie zrozumieć, jeśli kogoś tak długie wprowadzenie odstraszy, zwłaszcza że potem tempo wydarzeń rusza z kopyta.

Takiej dwójki to ze świecą szukać
Myślę, że sercem zarówno całej książki, jak i całego cyklu jest dwójka tytułowych bohaterów, a także łącząca ich więź. Co więcej, po tylu latach możemy podczas jednego posiedzenia z tomem być świadkami narodzin ich przyjaźni, wspólnych doświadczeń, które ich ukształtowały oraz kolejnych przygód, dzięki którym zasłynęli na całym świecie. Odważę się stwierdzić, że najprawdopodobniej stanowią oni archetypiczny duet wojowników połączonych przyjaźnią. Jeden z nich (Fafhrd) jest wysoki, impulsywny i często działa pod wpływem emocji, podczas gdy drugi (Szary Myszołap) nadrabia swój niższy wzrost przebiegłością, inteligencją i skłonnością do kombinowania. Za przykładem ze współczesnej literatury nie muszę się nawet szczególnie mocno rozglądać. Przytoczę tutaj szczególnie popularnych w Polsce Zwiadowców – serię książek, która wyszła spod pióra niedawno zmarłego Johna Flanagana. Czyż Will i Horace nie czerpią garściami z tego wzoru?
Pewnym mankamentem, który szczególnie odczułem przy czytaniu kilku opowiadań jedno po drugim, jest powtarzalność opisów głównych bohaterów. Leiber ma tendencję do ponownego przypominania czytelnikowi, kim są Fafhrd i Szary Myszołap, jak wyglądają, czym się wyróżniają i jaki jest ich charakter. W pojedynczym opowiadaniu nie stanowi to większego problemu, ale w ramach całego tomu, gdzie historie następują bezpośrednio po sobie, takie charakterystyki z czasem lekko mnie irytowały, co zauważalnie wytrącało mnie z rytmu lektury.

Niełatwe zadanie dla tłumacza
Język Niefartu w Lankhmarze jest jednym z tych elementów, które mogą jednocześnie zachwycać i wymagać od czytelnika odrobiny cierpliwości. Leiber pisze barwnie, z dużą swobodą, ironią i wyczuciem humoru, dzięki czemu dialogi Fafhrda i Szarego Myszołapa mają charakter, a opisy Lankhmaru budują gęsty, nieco rubaszny klimat.
Na osobną uwagę zasługuje przekład Michała Jakuszewskiego, który miał przed sobą zadanie niełatwe, gdyż proza Leibera jest mocno osadzona w stylistyce klasycznej opowieści z gatunku „sword and sorcery”, pełna barwnych opisów, archaizujących zwrotów, ironii i językowych żartów. Jakuszewski nie próbuje jej nadmiernie uwspółcześniać, dzięki czemu tekst zachowuje charakterystyczny klimat starej szkoły fantasy, a dialogi Fafhrda i Szarego Myszołapa potrafią brzmieć lekko i naturalnie. To zdecydowanie mocna strona wydania, choć momentami stylizacja może wydawać się cięższa, a niektóre konstrukcje mniej płynne dla czytelnika przyzwyczajonego do współczesnej fantasy.
Z drugiej strony właśnie ta stylizacja może momentami działać na niekorzyść lektury – zdania bywają rozbudowane, opisy nie zawsze są tak dynamiczne, jak oczekiwałby współczesny czytelnik, a część żartów i sformułowań ma wyraźnie „stary” posmak. Nie jest to więc język tak przystępny i płynny jak we współczesnej fantasy, ale w dużej mierze właśnie dzięki niemu książka zachowuje swój charakter i poczucie obcowania z klasyką gatunku.
Piękna ozdoba półki
Pod względem estetycznym Niefart w Lankhmarze prezentuje się bardzo solidnie i zdecydowanie wygląda na tom, który chce się postawić na półce. Mamy do czynienia z twardą oprawą i charakterystycznym dla wydawnictwa formatem, przez co książka idealnie komponuje się z innymi tytułami – choćby z sagą Pieśni Lodu i Ognia, za której przekład w dużej mierze także odpowiadał Michał Jakuszewski. Natomiast klimatyczna, lekko mroczna ilustracja, przedstawiająca tytułowych bohaterów na tle miasta, dobrze współgra z „brudnym” charakterem fantasy Leibera.

Klasyka, do której warto wrócić
Niefart w Lankhmarze okazał się dla mnie książką nieco trudniejszą w odbiorze niż początkowo zakładałem, ale ostatecznie zdecydowanie wartą poświęconego jej czasu. Pierwsze opowieści wymagają cierpliwości, a niektóre elementy narracji wyraźnie noszą ślady swoich czasów. Kiedy jednak Leiber pozwala Fafhrdowi i Szaremu Myszołapowi ruszyć w świat, całość nabiera tempa i pokazuje, dlaczego ten duet na stałe zapisał się w historii fantasy. To przede wszystkim świetna literatura przygodowa, pełna humoru, magii, szermierki i charakterystycznego, momentami bardzo mrocznego klimatu. Nie jest to książka idealna, ale trudno odmówić jej znaczenia dla całego gatunku. Jeśli więc chcecie zobaczyć, jak wyglądała fantasy, zanim na dobre zdominowały ją wielkie sagi i rozbudowane światy, warto wybrać się do Lankhmaru. Tylko uważajcie, bo tam nawet pozornie niewinna przygoda może skończyć się naprawdę źle.

