Czy przygotowanie idealnego burgera, walka z karaluchami i głaskanie rudego kota mogą stworzyć przepis na udany symulator? DRAGO entertainment po raz kolejny udowadnia, że nawet najbardziej prozaiczne obowiązki potrafi zamienić w angażującą rozgrywkę. Sprawdziłam, jak wypada pierwszy dzień pracy w Road Diner Simulator: Prologue.
Powrót na Route 66
DRAGO entertainment od lat pokazuje, że potrafi zamieniać codzienne obowiązki w wyjątkowo wciągającą rozgrywkę. Po sukcesie Gas Station Simulator przyszła pora na kolejną przygodę na legendarnej Route 66. Tym razem zamiast prowadzić stację benzynową trafiamy do niewielkiego amerykańskiego dineru, który najlepsze lata ma już za sobą. Road Diner Simulator: Prologue jest darmowym wprowadzeniem do pełnej wersji gry. Nie jest długą produkcją, ale doskonale pokazuje najważniejsze mechaniki i daje przedsmak tego, czego możemy spodziewać się po premierze. Już po kilkunastu minutach zrozumiałam, że będzie to kolejna gra z gatunku „jeszcze tylko jedna zmiana”.

Becky rzuca nas na głęboką wodę
Po przybyciu do restauracji poznajemy Becky – kobietę, która zdaje się być człowiekiem od wszystkiego. Prowadzi lokal praktycznie sama i po krótkim szkoleniu… znika w swoim biurze, pozostawiając cały interes w naszych rękach. Pierwsze zadanie nie ma jednak nic wspólnego z gotowaniem. Musimy pozbyć się karaluchów. Brzmi obrzydliwie? Twórcy pomyśleli również o bardziej wrażliwych graczach. W ustawieniach można włączyć specjalny tryb, dzięki któremu zamiast insektów po podłodze przemieszczają się urocze kwiaty. To niewielki detal, ale bardzo sympatyczny ukłon w stronę osób, które zwyczajnie nie lubią robactwa.
Niestety, niezależnie od wyglądu, szkodniki pozostają naszym największym przeciwnikiem. Wystarczy upuścić jedzenie podczas serwowania. Jeżeli nie podniesiemy go w ciągu kilku sekund, karaluchy błyskawicznie skonsumują posiłek i pozostaje przygotować wszystko od nowa. Jestem ciekawa, czy twórcy zainspirowali się legendarnymi karaluchami z pierwszych The Sims. Poziom frustracji na ich widok miałam podobny, haha.

Dzień próbny? To tylko cisza przed burzą
Na początku nic nie zapowiada późniejszego chaosu. W trakcie dnia próbnego naszym jedynym obowiązkiem jest… odgrzanie burgera w kuchence mikrofalowej w towarzystwie marudzenia niezadowolonej Becky. Pomyślałam wtedy: „To będzie naprawdę spokojna gra”. Nikt jednak nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji. Dopiero pierwsza prawdziwa zmiana pokazuje, gdzie tkwi serce rozgrywki. Restauracja zaczyna się zapełniać, miejsc siedzących jest niewiele, więc sami witamy klientów, wskazujemy im stoliki, a tym, dla których zabrakło miejsca, musimy grzecznie odmówić. Później zbieramy zamówienia. I wtedy zaczyna się prawdziwe rodeo.
Gotowanie pod presją
Goście nie należą do cierpliwych. Każdy chce zostać obsłużony jak najszybciej, a przygotowywanie burgerów okazuje się znacznie bardziej wymagające, niż mogłoby się wydawać. Gdy już przyjmiemy zamówienie, warto nalać gościom darmowej kawy, żeby swoim miłym „thank you” obniżyli poziom kortyzolu kelnerki.

Proces gotowania przedstawiono jako dynamiczną minigrę. Po prawej stronie pilnujemy bułek i mięsa na grillu za pomocą strzałek, natomiast po lewej kontrolujemy warzywa oraz sosy przy użyciu klawiszy WASD. Każdy składnik wymaga odpowiedniego momentu kliknięcia. Nie można niczego przypalić ani pominąć.
Im lepiej wykonamy wszystkie czynności, tym wyższą ocenę otrzyma przygotowane danie, a klienci będą bardziej zadowoleni. Na końcu pozostaje jeszcze usmażyć frytki lub cebulowe krążki i skompletować zamówienie. Mechanika jest prosta do zrozumienia, ale w praktyce wymaga naprawdę dobrej podzielności uwagi. Dla gracza, który jest wprawiony i ma świetną koncentrację, będzie to przysłowiowa bułka z masłem. Dla człowieka chaosu jak ja – prawdziwa krucjata.
Najgorsza kelnerka świata
Bardzo szybko okazało się, że jestem prawdopodobnie najgorszą kelnerką w historii tej restauracji. Moje oceny za przygotowane dania i zmianę najczęściej oscylowały pomiędzy C++ a B. Mieszałam zamówienia, przypalałam mięso, serwowałam jedzenie z muchami i podawałam burgery wyglądające tak, jakby właśnie wyjechały z kopalni Wujek. Czarne niczym smoła.
Kiedy próbowałam przyspieszyć pracę, wszystko wymykało się spod kontroli. Karaluchy tylko czekały na moją chwilę nieuwagi, a gdy wreszcie udało mi się przygotować idealny posiłek, potrafił dobrać się do niego… kot. Szybko przekonałam się, że prowadzenie restauracji jest znacznie trudniejsze, niż wygląda z perspektywy klienta. Ale pomimo opóźnień i błędów satysfakcja z dostarczonego zamówienia dla ostatniego, czekającego klienta była ogromna.

Mr. Binx skradł moje serce
Jako wielka kociara nie mogłam przejść obojętnie obok jednego z najbardziej uroczych elementów gry. Nasza amerykańska jadłodajnia ma rudego mieszkańca – Mr. Binxa. To nie tylko sympatyczna ozdoba lokalu, ale również nasz futrzasty towarzysz. Możemy go głaskać, kiedy poziom stresu zaczyna niebezpiecznie rosnąć, a dodatkowo musimy pilnować, by jego miska nigdy nie była pusta. Mr. Binx doskonale wie, jak osiągać swoje cele. Potrafi spojrzeć na gracza dokładnie jak Kot w Butach ze Shreka. No i jak odmówić takiemu spojrzeniu?
Zamiast biec po kolejne zamówienie, niejednokrotnie najpierw sprawdzałam, czy mój rudy współpracownik przypadkiem nie zgłodniał i czy w magazynie jest wystarczająca ilość suchej karmy.
Nawet zmywanie naczyń sprawia frajdę
Ku mojemu zaskoczeniu ogromnie spodobał mi się również system zmywania naczyń. Twórcy zamienili tę czynność w krótką minigrę polegającą na wciskaniu spacji w odpowiednim tempie. Każde zmywanie to nowe bicie starego rekordu. Dzięki temu nie wybijałam się z rytmu rozgrywki i mogłam błyskawicznie wrócić do gotowania.
Od razu pomyślałam o Overcooked. Szkoda, że tam nie zastosowano podobnego rozwiązania. Jestem przekonana, że zaoszczędziłoby ono wielu kłótni podczas wspólnej gry (śmiech).
Pierwszy kontrakt
Po zakończeniu pierwszej zmiany Becky uznaje, że poradziliśmy sobie całkiem nieźle. W nagrodę proponuje podpisanie prawdziwego kontraktu. Od tego momentu kończy się okres próbny, a zaczyna właściwa przygoda z prowadzeniem restauracji. Oficjalnie pracujemy już na własny, ale jeszcze niezbyt rozgarnięty rachunek.

Warto czekać na pełną wersję?
Road Diner Simulator: Prologue nie próbuje rewolucjonizować gatunku. Zamiast tego bierze dobrze znaną formułę prostych obowiązków i sprawia, że trudno się od niej oderwać. Każda kolejna zmiana motywuje do poprawiania wyników, zdobywania lepszych ocen za potrawy i usprawniania własnej organizacji pracy. Warto również dodać, że gra naszego rodzimego studia działa w języku polskim!
Na szczególną pochwałę zasługuje klimat amerykańskiego dineru, humor oraz liczne detale, które budują charakter gry. Graficznie jest podobnie do recenzowanego przeze mnie niedawno Roadhouse Simulator – Prologue. Choć prolog jest stosunkowo krótki, skutecznie rozbudza apetyt na pełną wersję. I co warto pochwalić, działa bezbłędnie, płynnie, nie mam się do czego przyczepić.
Jeżeli polubiliście Gas Station Simulator albo inne produkcje, które potrafią zamienić zwyczajne czynności w zaskakująco angażującą zabawę, obowiązkowo musicie dać tej grze szansę. Tym bardziej jeżeli kochacie symulatory tak, jak ja. W tym tytule poczujecie smak rywalizacji sami ze sobą oraz progresji w pracy. A jak wsiąkniecie to polecam kupić pełną wersję.
