Kolejny raz wybrałem się do kina na adaptację gry i kolejny raz miałem nadzieję na udany seans. Niestety życie bardzo szybko to zweryfikowało… Powrót do Silent Hill to jak powrót do tanich horrorów z lat 90. Zapraszam na mój krótki rant o tym filmie!
A mogło być tak pięknie
Na wstępie muszę wam się do czegoś przyznać – nigdy nie grałem w Silent Hilla, ale znam niektóre motywy, które się w nim pojawiają. Wybrałem się jednak do kina na film Powrót do Silent Hill i może niektórych zaskoczę, ale po seansie mam jeszcze większą ochotę zagrać w grę!

Za produkcję tego dzieła odpowiada ten sam człowiek, który w 2006 roku dał nam pierwszego filmowego Silent Hilla – Christophe Gans. Chłop ewidentnie zatrzymał się w czasie… To jest film, który spokojnie mógłby powstać w 2006 roku, a nie w 2026…
Muszę jednak przyznać, że sama fabuła tego filmu nie jest najgorsza. James (Jeremy Irvine) podczas jazdy samochodem prawie wpada pod ciężarówkę z drewnem żywcem wyjętą z Oszukać przeznaczenie 2. Splotem różnych wydarzeń wpada na Mary (Hannah Emily Anderson), w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Jednak chwilę później budzi się pijany w barze. Następnie otrzymuje tajemniczy list, który wzywa Jamesa do powrotu do miasteczka Silent Hill, gdzie wśród potworów i koszmarów szuka zarówno ukochanej, jak i prawdy o sobie. Jakie sekrety skrywała jego partnerka? Czy jego miłość była prawdziwa? Czy cokolwiek było prawdziwe?
No i… na tym by się kończyły plusy.

Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą
Od samego początku seansu coś mi nie grało. Sposób, w jaki dwójka naszych bohaterów rozmawiała, przypominał mi grę aktorską z tanich horrorów z lat 90. albo paradokument.
Dodatkowo film bardzo próbuje udowodnić, że jest straszny – James spaceruje przez cmentarz, spotyka dziwną kobietę, która nosi worki, trafia do miasta spowitego mgłą, trafia na bezdomnego z robakami na twarzy… Tylko nie potrafi w żaden sposób zbudować napięcia! Wydaje mi się jednak, że syreny rozbrzmiewające w miasteczku, pierwsze pojawienie się powykręcanych kreatur czy nawet samego kultowego Piramidogłowego powinno wywoływać ciarki na całym ciele. W przypadku tej produkcji moja reakcją jednak było raczej – aha, okej, fajnie.
W budowaniu klimatu czy napięcia nie pomagają efekty specjalne, które wypadają fatalnie. Odnoszę wrażenie, że nie ma tu żadnych efektów praktycznych. Nawet na tle mgły, która jest kluczowa, protagonista bardzo się odcina. Nie wspominając już o potworach, których ciężko się bać, gdy wyglądają jak kiepskie modele z gier. Jednak finał, rozgrywający się w płonącym, rozpadającym się budynku, będzie mi się śnił po nocach, ale raczej tych żenujących, a nie w strasznych koszmarach.

Mrugnięcia oczkiem do fanów
Z racji tego, że jest to przecież adaptacja gry wideo, to warunkiem koniecznym jest masa mrugnięć do fanów – zaparkowany samochód przy przystanku, trzeszczące radyjko, zablokowana droga, mordercze pielęgniarki. Problem w tym, że te elementy rzucone są tak o, żeby odhaczyć z listy rzeczy, z których fani będą zadowoleni. Tylko nie będą! Trzeszczące radyjko miało ogromny potencjał na budowanie napięcia, co w sumie odbywało się w grze, jednak w tym przypadku pojawia się może w dwóch scenach. Podobnie pielęgniarki w szpitalu… przecież to jest abominacja!
Do tego dochodzą ciągłe retrospekcje – James wchodzi do baru, PYK, kolorowa, radosna scena z przeszłości. Wchodzi do mieszkania, PYK, kolejna wizja. I tak w kółko. Ja rozumiem, co próbowano tym osiągnąć, bo wszystko prowadzi do wielkiego zwrotu akcji w finale, który osobiście uważam za ciekawy (i tym bardziej jestem ciekawy, jak to wypada w grze), ale bardzo wybijały mnie one z klimatu. Rozumiem, że mają one podkreślać kontrast, ale nie działają, bo nie jest to ani interesujące, ani wprowadzone w ciekawych momentach.
W międzyczasie pojawiają się inne postacie, jak dziewczynka (Evie Templeton) z laleczką, która od początku nie wygląda jak zwykła laleczka, ale nasz bohater jest idiotą. Nie wiem też jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na swojej drodze spotyka blondwłosą kobietę (Hannah Emily Anderson), która ubrana jest, jakby urwała się z innego filmu, ale z twarzy wygląda zupełnie jak jego partnerka, której przyjechał szukać. Dodatkowo ukrywając się w szafie przed jednym z potworów postanawia nie wyłączać latarki i świeci przez szparki…
Sprawdź też: Exit 8 – recenzja filmu – Piekło w pętli czasu

Daj pan spokój…
Powrót do Silent Hill to film, który bardziej przypomina tani horror sprzed trzech dekad niż współczesną adaptację kultowej gry. Mimo solidnego materiału źródłowego i potencjalnie ciekawego finału, całość tonie w słabym aktorstwie, kiepskich efektach i braku napięcia. Zamiast strachu dostajemy konsternację, a zamiast klimatu – serię odhaczonych motywów.
Czas chyba zagrać w remake Silent Hill 2 i przekonać się na własnej skórze, jak bardzo zarżnięto ten pomysł.
Sprawdź też: Pięć koszmarnych nocy 2 – recenzja filmu – Jednak dało się to zrobić gorzej…
