The Chant – recenzja gry – Gdy sekta zaprasza cię na odludną wyspę, wiedz, że coś się dzieje

UDOSTĘPNIJ

Październik to idealny miesiąc na zagranie w psychodeliczny survival horror – serio! Za oknem szybko robi się ciemno, zimno, deszczowo… Czy jednak The Chant od ekipy Brass Token to dobra propozycja na wieczorne granko i czy zainteresuje ona fanów wspomnianego wyżej gatunku? Odpowiedź znajdziecie poniżej.

W grze poznajemy historię grupy Prismic Science będącej połączeniem ruchu hipisowskiego oraz filozofii New Age, która narodziła się na przełomie XX i XXI wieku. Mamy tutaj więc typowe hasła o „uwolnieniu duszy”, „zjednoczeniu się z wszechświatem” oraz inne, górnolotne hasła mające wciągać nieświadomych ludzi do sekty, trzymającej swoich członków w żelaznym uścisku na odizolowanej wyspie. Główna bohaterka Jess dołącza do Prismic Science z chęcią pokonania własnych demonów przeszłości, ale przede wszystkim z powodu namowy ze strony swojej najbliższej przyjaciółki Kim. Okazuje się jednak, że przerwanie rytuału z użyciem tajemniczych kryształów doprowadza do otwarcia portalu do innego wymiaru, z którego zaczynają wypełzać mało przyjemne potwory…

The Chant to gra akcji posiadająca pewne elementy horroru psychologicznego oraz survivalu. Fabuła jest mocno nierówna (podobnie jak cała gra) – z jednej strony mamy bardzo płaskie, typowe postacie jak lider kultu za ukrytą maską „dobrego wujka” czy cichą członkinię sekty, która kryje mroczne sekrety. Szczerze to nawet nie byłam w stanie zapamiętać kogokolwiek innego niż główną protagonistkę oraz jej przyjaciółkę. Z kolei sama narracja oraz budowa świata jest intrygująca – odnajdujemy liczne notatki czy materiały filmowe, które odkrywają kolejne sekrety zarówno sekty, jak i tajemniczych kryształów. Eksploracja jest ważnym albo wręcz kluczowym elementem rozgrywki, bo nie tylko odnajdujemy znajdźki, ale także zasoby niezbędne do kreowania broni. Lokacje budują klimat, a trwająca około 9-10 godzin historia nie nudzi, a nawet sprawiała, że chciałam grać dalej. Nie jest to żadne arcydzieło narracyjne, ale jest na tyle dobre, że warto dotrwać do napisów końcowych.

The Chant materiał prasowy

Zwykła kobieta, a nie komandoska

Pozytywnie zaskakuje The Chant w kwestii walki. Zamiast karabinów, siekier bądź innych typowych broni mamy… kadzidła, olejki eteryczne czy zwykłą sól kuchenną. Jest to ukłon w stronę klasycznych wierzeń naszych przodków o magicznych zdolnościach poszczególnych roślin czy minerałów. Palące się kadzidło na kiju jest zabójcze dla wszelkich maszkar, a sypiąc sól w oczy przeciwnikowi, jesteśmy w stanie zatrzymać go na chwilę, aby zadać mu kilka celnych ciosów. Taka improwizowana broń nie starcza jednak na długo, dlatego ciągle musimy się rozglądać za materiałami do jej tworzenia. Sama walka polega na prostej zasadzie – atak i odskok. Nie ma tu żadnych większych kombinacji bądź dodatkowych elementów. Potyczki są z reguły krótkie, ale bardzo dynamiczne. Szczególny szacunek chciałabym oddać animatorom – Jess porusza się dosyć niepewnie, jej uniki polegają na tym, że kobieta po prostu rzuca się plackiem, bądź ląduje na plecach, próbując uniknąć szczęk, macek bądź pazurów. To oryginalny sposób budowania postaci, bo gra wprost sugeruje, że protagonistka nie jest żadnym Rambo i po prostu walczy o przetrwanie. 

Sprawdź też: Lords of the Fallen (PS5) – recenzja gry – Ależ się tu się przyjemnie umiera

W trakcie walki musimy kontrolować aż 3 różne paski – zdrowia, wytrzymałości psychicznej oraz duszy. Ten pierwszy to klasyka — jeśli licznik pokaże zero, to Jess umiera. Z kolei wyczerpanie paska umysłu nie zabije co prawda bohaterki, ale sprawi, że zacznie uciekać i nie będziemy w stanie bronić się przed potworami. Trzeci pasek odnoszący się do duszy zapewnia potężne ciosy specjalne, ale możemy go załadować wyłącznie za pośrednictwem specjalnego grzyba. Ich liczba jest ograniczona, więc trzeba odpalać tę zdolność w odpowiednich momentach. Niestety walka bywa nużąca i toporna, a przez to w połowie gry jest irytującym obowiązkiem. Zwłaszcza gdy trafiamy na silniejszego przeciwnika, którego trzeba „wymęczyć” ciągłymi doskokami, przy jednoczesnym unikaniu jego ciosów. 

A co z kwestiami strachu? Cóż, jeśli wcześniej graliście w gry horrorowe, to nie licząc jump scare’ów niewiele rzeczy może tutaj przerazić. Owszem, The Chant sprawia, że momentami czujemy ciarki na plecach, a przy walce z kilkoma przeciwnikami parę razy panikowałam, ale był to strach przed powtarzaniem potyczki niż przed samymi maszkarami. Osoby, które nigdy nie miały kontaktu z gamingowym straszakiem, mogą dać się nastraszyć w kilku momentach. Poza tym za dużo przerażenia tutaj nie znajdziemy. 

The Chant materiał prasowy

The Chant – raz brzydko, raz ładnie

Od strony wizualnej The Chant zapewnia nam wszelkie doznania – od totalnego rozczarowania, po malutkie zachwyty. Początek zabawy, tak kluczowy do wciągnięcia nas w całą historię, prezentuje nam bardzo przestarzałą graficznie produkcję, która ma to nadrobić klimatem. Kanciaste tekstury powierzchni, dziwna gra świateł czy wybitnie niska jakość wody, przypominająca o wiele starsze produkcje. Po chwili orientujemy się, że animacje stoją na bardzo wysokim poziomie i są bardzo płynne oraz dobrze wykonane. Podobnie cut-scenki, gdzie nawet gra aktorska potrafi pozytywnie zaskoczyć. 

Sprawdź też: PayDay 3 — recenzja gry. Skok na kasę. Dosłownie

Gdy jednak w końcu nastaje mrok, The Chant zaczyna wyglądać, jak gra najnowszej generacji konsol (wciąż pamiętając jednak, że mówimy o produkcji AA). Mroczne lokacje są świetnie wykonane, podobnie z resztą jak modele przeciwników, chociaż tutaj twórcy postawili na klasyczne powykręcane humanoidalne maszkary czy paskudnie zmutowane zwierzęta (nie wiem czemu skojarzyły mi się z Silent Hill). Finalnie więc dzieło Brass Token od strony graficznej jest bardzo nierówne i potrafi zarówno cieszyć oko, jak i budzić uśmiech politowania. Sama ścieżka dźwiękowa nie jest jakaś wybitna – ot klasyczne dziwne dźwięki powodujące okazjonalną gęsią skórkę bądź miłe dla ucha kawałki przygrywające gdzieś w tle w trakcie walki o życie z użyciem kadzidła. 

Sekta bez mocy przyciągania

Finalnie The Chant to całkiem przeciętna produkcja, którą można ograć z nudów. Nie jest to żadna wybitna gra akcji ani sam horror. Owszem wykreowany klimat oraz świat ma swoje momenty, ale niewiele tutaj strachu. Twórcy wyciągnęli ręce po utarte schematy, bojąc się najwyraźniej jakiś szerszych eksperymentów gamingowych. The Chant to prawidłowo wykonany średniak, który można ograć akurat, gdy macie ochotę na historię o innych wymiarach, sektach czy walki z własnymi demonami. Poza tym nie znajdziemy tutaj niczego, co mogłoby wyróżnić ten tytuł na tle konkurencji. Szkoda.

Zalety

Ciekawy świat zachęcający do eksploracji
Całkiem zjadliwa fabuła
Dobra gra aktorska

Wady

Nierówny poziom graficzny
Banalna i po dłuższym czasie nużąca walka
Płytkie postacie
Mało przerażających momentów

Za przekazanie gry do recenzji dziękujemy PLAION Polska

Najnowsze artykuły w kategorii gry

W Jądrze Ciemności-Recenzja A Plague Tale: Innocence
10cze

W Jądrze Ciemności-Recenzja A Plague Tale: Innocence

 Kataklizmy na świecie stanowią nieodzowny element ziemskiego ekosystemu, jednocześnie zmieniając…

Indika – recenzja gry – Meta horror, który chyba chce za bardzo
29maj

Indika – recenzja gry – Meta horror, który chyba chce…

Zapowiedzi Indiki obiecywały nam grę kontrowersyjną, jawnie krytykującą kościół oraz…

Helldivers 2 – Recenzja- Zachłyśnij się Demokracją!
27maj

Helldivers 2 – Recenzja- Zachłyśnij się Demokracją!

Przywdziej swoją zbroję, doczep pelerynę i ruszaj jako mieszkaniec Super…

Rise of the Ronin – recenzja gry – Męczące, nudne i mało angażujące doświadczenie
20maj

Rise of the Ronin – recenzja gry – Męczące, nudne…

Rise of the Ronin to kolejna gra, która udowodniła mi…