Superman kontra Lobo brzmi jak gotowy przepis na komiksowy hit. Zderzenie ikony klasycznego heroizmu z ucieleśnieniem anarchii, przemocy i czarnego humoru to zestaw, który aż prosi się o gorące iskrzenie. Tim Seeley i Sarah Beattie dostają do ręki bohaterów o skrajnie różnych temperamentach, a do tego oprawę graficzną Mirki Andolfo – nazwisko, które od jakiegoś czasu samo w sobie budzi konkretne oczekiwania. Niestety, już po pierwszych rozdziałach staje się jasne, że potencjał tej konfrontacji zostaje w dużej mierze zmarnowany, a całość grzęźnie gdzieś pomiędzy lekką parodią a niewykorzystaną satyrą.
Fabuła na autopilocie
Bez wchodzenia w spoilery: historia opiera się na klasycznym nieporozumieniu i konflikcie interesów, który zmusza Supermana i Lobo do konfrontacji. Problem w tym, że scenariusz idzie po linii najmniejszego oporu. Kolejne wydarzenia są przewidywalne, a fabularne zwroty – zamiast zaskakiwać – sprawiają wrażenie odhaczania obowiązkowych punktów. Brakuje tu prawdziwego napięcia, bo stawka konfliktu nigdy nie zostaje wyraźnie podbita. To komiks, który bardziej „leci”, niż faktycznie prowadzi czytelnika przez angażującą opowieść.

Superman bez charakteru
Rozczarowaniem jest sposób, w jaki potraktowano Supermana. Clark Kent sprowadzony zostaje do roli moralnego drogowskazu, który reaguje dokładnie tak, jak można się tego spodziewać. Nie ma tu miejsca na ciekawszą refleksję nad jego kodeksem moralnym ani nad tym, jak obecność Lobo mogłaby realnie wystawić go na próbę. Superman jest poprawny, grzeczny i… nijaki. W komiksie, który teoretycznie ma opierać się na kontrastach, taka zachowawczość działa na jego niekorzyść.
Lobo w wersji light
Z kolei Lobo – postać, która od dekad funkcjonuje jako prowokacja wobec superbohaterskich schematów – zostaje tu wyraźnie ugrzeczniony. Owszem, są przekleństwa, brutalność i cyniczne żarty, ale wszystko to podane jest w wersji bezpiecznej. Brakuje tej anarchicznej energii, która czyniła Lobo kimś więcej niż tylko głośnym osiłkiem z ciętym językiem. Jeśli ktoś liczył na bezkompromisową jazdę bez trzymanki, może poczuć się zawiedziony.

Humor, który nie zawsze trafia
Scenarzyści wyraźnie stawiają na humor jako główny motor narracji, jednak dowcipy rzadko wykraczają poza oczywiste kontrasty między bohaterami. Część gagów działa, zwłaszcza tam, gdzie komiks pozwala sobie na autoironię, ale wiele z nich szybko ulatuje z pamięci. To humor lekki, momentami sympatyczny, ale zbyt rzadko naprawdę celny. W efekcie komiks częściej wywołuje uśmiech niż śmiech – a to trochę za mało jak na historię z Lobo w roli głównej.
Rysunki Mirki Andolfo – ozdoba czy zasłona dymna?
Strona wizualna jest bez wątpienia najmocniejszym elementem albumu. Mirka Andolfo oferuje dynamiczne kadry, ekspresyjne postacie i charakterystyczną kreskę, która świetnie pasuje do lżejszego tonu opowieści. Problem w tym, że rysunki często nadrabiają braki scenariusza, zamiast go uzupełniać. To ładnie narysowany komiks, który momentami sprawia wrażenie, jakby forma próbowała przykryć treściową pustkę. Estetyka przyciąga wzrok, ale nie jest w stanie utrzymać zainteresowania na dłużej.
Sprawdź też: Batman: Łowy – recenzja komiksu – Psychiatrów dwóch

Egmont i wydanie bez zarzutu
Od strony edytorskiej trudno mieć większe zastrzeżenia. Egmont tradycyjnie dostarcza solidne wydanie: dobry papier, czytelny druk i staranne tłumaczenie. To album, który dobrze prezentuje się na półce i spełnia wszystkie standardy, jakich można oczekiwać od polskiego wydawcy i serii Black Label. Szkoda tylko, że zawartość nie dorównuje jakości wydania.
Dla kogo właściwie jest ten komiks?
Superman kontra Lobo to tytuł, który może przypaść do gustu bardzo konkretnej grupie odbiorców – fanom Lobo, którzy są gotowi sięgnąć po każdą jego inkarnację, nawet tę złagodzoną i pozbawioną pazura. Dla reszty czytelników będzie to raczej ciekawostka niż pozycja obowiązkowa. Zamiast elektryzującego starcia dostajemy bezpieczny, momentami letni komiks, który szybko wypada z głowy. Rozczarowanie nie wynika z fatalnego wykonania, lecz z niewykorzystanych możliwości.
Sprawdź też: Batman. Przygody rodziny Wayne’ów. Tom 1 – recenzja komiksu – W kupie siła

