MIEJSCE DLA KAŻDEGO GRACZA

Previous
Next

Pułkownik Weird - zagubiony w kosmosie – recenzja komiksu. Interstellar na kwasie.

Jestem prosty człowiek – widzę na okładce “Jeff Lemire”, czytam. A wraz ze mną, tysiące innych komiksomaniaków, wszak trudno o bardziej poczytnego współcześnie scenarzystę, niż zaskakująco wydajny Kanadyjczyk. Oczywiście, można wymieniać i wymieniać bardziej, lub mniej płodnych i zasłużonych artystów, ale Lemire’owi z pewnością nie można odmówić warsztatu na wysokim poziomie, a co za tym idzie – popularności.

Spod jego ręki wyszły m.in. marvelowe Old Man Logan, Hawkeye, czy Moon Knight (wydawane u nas w ramach Marvel Now 2.0), ale też niezwykłe popularne serie jak Łasuch, Descender i Gideon Falls. Jeśli jednak ktoś mnie by spytał o zdanie, to Lemire nie stworzył do tej pory nic lepszego od uniwersum Czarnego Młota – ostatecznego destylatu jego miłości do komiksowej superbohaterczyzny, którą rozwija nieskrępowany łańcuchami wielkich wydawnictw. A omawiany poniżej komiks to kolejna cegiełka dorzucona do tego zwariowanego pejzażu.

Pułkownik Weird – zagubiony w kosmosie – recenzja komiksu. Interstellar na kwasie

Nic na siłę, wszystko Młotem

Zacznijmy od tego, czym Czarny Młot w ogóle jest. To rozpisane na kilkanaście tomów (w Polsce, wraz z premierą Pułkownika, na ten moment dziesięć) uniwersum, który dla autora jest metatekstualną zabawą z tropami wszechobecnymi w trykociarskich historiach. Taka zabawa z klasyką nie byłaby możliwa w piaskownicach Marvela, czy DC (chyba, że w formie jakiegoś elseworlda), więc scenarzysta powołał do życia własny zespół herosów, dość czytelne kopie znanych z innych wydawnictw postaci, to wszystko doprawił charakterystyczną dla siebie dawką komentarza społecznego, a absurd scenariuszowy doprowadził do granic czytelniczej tolerancji. Poza główną serią, która trzyma się narracyjnie wspominanej wcześniej drużyny, uniwersum zostało wzbogacone o pojedyncze tomy traktujące o wątkach ledwo wspominanych w fabule właściwej.  Mamy więc opowieść o jednym ze złoczyńców tego świata (Sherlock Frankenstein i Legion Zła), podróże w odległą przeszłość (Czarny Młot ’45), jak i przyszłość (Era kwantowa), a nawet crossover z Ligą Sprawiedliwości, o jakże oryginalnym kryptonimie Młot Sprawiedliwości.

Idąc tropem samych tylko tytułów, można stwierdzić, że Lemire swojego trykociarskiego wszechświata nie traktuje zbyt poważnie. Owszem, jest to prawda, ale tylko połowiczna. Bowiem pod tą zasłoną ironii i serwowanego wprost pastiszu, autor ukrywa mocno zniuansowane postacie, których dramaty potrafią zjeżyć włosy na karku. Nie zmieniając sprawdzonej wielokrotnie receptury, podobny słodko-gorzki koktajl serwuje nam autor w Zagubionym w kosmosie.

Weird nazwisko zobowiązuje

Lektura poprzednich tomów Młota niewiele nam o samym Randallu Weirdzie powie. Wiadomo, że to wysoce niestabilny osobnik, uwięziony między czasem i przestrzenią. Wszystko już widział, wszystko wie, zarówno to, co było, jak i to, co dopiero nadejdzie. Czyni to z niego niebywale irytującego członka zespołu, wszak trudno wdawać się w przyziemne dyskusje z niemal wszechwiedzącą istotą. Nigdy też nie wiadomo, kiedy zniknie bez słowa wyjaśnienia, ani w jakim niespodziewanym momencie pojawi się ponownie. Ot, multiwersalny ekscentryk, jakich niewielu.

W swojej solowej serii, rozpisanej na cztery zeszyty, Weird wpada w pętlę czasową, którą przerwać może odnalezienie kluczowego dla pamięciowego Wzorca wspomnienia. Tylko jak przypomnieć sobie o czym, co przekracza granice nie tylko czasu, ale i zdrowych zmysłów? Właśnie przed tak kosmicznie trudnym zadaniem został postawiony nasz podstarzały poszukiwacz przygód, a my wraz z nim będziemy przeskakiwać między różnymi etapami jego życia, by odnaleźć klucz do zagadki i wyrwać się z międzywymiarowego więzienia.

Pułkownik Weird na orbicie

W przypadku tak krótkiej historii, każdy szczegół wydaje się być kluczowy dla fabuły, dlatego też nie będę się dłużej zagłębiał w narrację, pozostawiając wszystkie tajemnice do odkrycia w trakcie lektury. Mimo chaosu, który wymusza przyjęta koncepcja żonglerki równymi epokami, trudno się pogubić w prowadzonej opowieści, szczególnie, że jej zakończenie nie należy do najmocniejszych stron tego tytułu. Czytelnik, który z uniwersum Młota nie miał wcześniej styczności, nie doceni zastosowanej wolty, z kolei dla fanów cyklu nie będzie to nic szczególnego – ciekawsze koncepty Lemire serwował wcześniej. Ale to nie rozwiązanie zagadki stanowi siłę Zagubionego w kosmosie, tylko sama wycieczka przez czas i przestrzeń.

Scenarzysta postarał się, by chaos, jaki przytłacza Pułkownika, był jak najbardziej odczuwalny także dla czytelnika, więc bez żadnego ostrzeżenia w postaci bloczków narracyjnych, czy słowa komentarza, skaczemy przez czas. A wraz ze zmianą epok, zmienia się też nasz protagonista. Raz jest w swojej starczej formie, raz w sile wieku, a niejednokrotnie wracamy też do czasów jego dzieciństwa. Odwiedzimy też przestrzeń kosmiczną, gdzie zamieszkały wrogo nastawione gałki oczne (!!!), ale też i czasy bardziej współczesne, gdzie drużyna superbohaterów, z Czarnym Młotem na czele, będzie musiała zmierzyć się ponownie z Antybogiem. A i to nie wyczerpuje wszystkich atrakcji, które przygotowano.

Tym, co sprawia, że tę szaloną wycieczkę chłonie się na jednym wdechu, są hipnotyczne wizje Tylera Crooka (m.in. Hrabstwo Harrow), którego akwarelowe ilustracje urzeczywistniają scenariusz. Nie będę ukrywał, że to właśnie warstwa graficzna stanowi siłę tej pozycji i jako fan Lemire’a muszę tym razem uznać wyższość rysownika nad scenarzystą. Kompozycja kadrów może i jest do bólu klasyczna, ale zastosowane barwy idealnie współgrają z lekko archaiczną kreską, przez co całość prezentuje się doprawdy wyśmienicie. A i na kilka szaleństw z formą znalazło się miejsce, także warto zapoznać się z omawianym tu tytułem chociażby po to, by nakarmić oczy godnym materiałem.

Bez znajomości ani rusz

Niestety, trudno mi polecić Zagubionego w kosmosie komuś, kto z uniwersum Czarnego Młota nie miał wcześniej styczności. Poukrywane tu i tam odniesienia do innych tytułów z serii sprawiają, że warstwa intertekstualna będzie nieczytelna bez znajomości kontekstu. Ba, w oderwaniu od budowanej latami narracji, komiks ten nie ma zbyt wiele do zaoferowania potencjalnemu czytelnikowi. Ot, opowieść o podróżach w czasie, jakich wiele. Dopiero zebrany przez kilkadziesiąt zeszytów bagaż czytelniczy sprawi, że tytuł wybrzmi tak, jak sobie tego życzył scenarzysta.

Jeśli jednak chcecie spróbować czegoś nowego, w oderwaniu od wszechświatów DC i Marvela, warto sprawdzić solowe losy Pułkownika Weirda. Czasoprzestrzenny chaos to idealna wizytówka lemire’owego uniwersum, a i trudno zarzucić temu komiksowi zdradzanie jakiejkolwiek fabuły z poprzednich odsłon. Pułkownik wszak podróżuje między tym, co było, jest i co dopiero nadejdzie. Równie dobrze, można tę historię  traktować jako prequel, sequel, jak i spin-off głównego cyklu. A do tego, cały ten pakiet wrażeń zapakowany został w przyjemną dla oka oprawę. Nic, tylko wyruszyć w nieznane. Choćby po to, by poznać całkiem nowy komiksowy wszechświat.

Podziel się ze znajomymi:

Share on facebook
Udostępniam
Share on twitter
Udostępniam
Share on reddit
Udostępniam

O NAS:

GraPodPada.pl to miejsce, gdzie przy jednym stole siedzą konsolowcy, pecetowcy, komiksiarze, serialomaniacy i filmomaniacy. Tworzymy społeczność dla wyjadaczy, jak i niedzielnych graczy, czytaczy i oglądaczy. Jesteśmy tutaj po to, aby podzielić się z Tobą naszymi przemyśleniami, ale również, aby pokazać Ci, że każda opinia ma znaczenie, a wszyscy patrzymy na współczesną popkulturę kompletnie inaczej. Zostań z nami i przekonaj się, że grapodpada.pl to miejsce dla każdego gracza.

Masz Pytania? Skontaktuj się z nami: [email protected] 

OBSERWUJ NAS

Share on twitter
UDOSTĘPNIJ
Share on facebook
UDOSTĘPNIJ