Powieść o antyludzkim wirusie. „Żywe Trupy” – recenzja książki 

UDOSTĘPNIJ

Zombie w popkulturze zadomowiły się na dobre już dość dawno. Pierwsze filmy o nieumarłych zostały wyreżyserowane przez George’a A. Romero. Jego debiutancki film „Noc żywych trupów” z 1968 roku to prekursor późniejszych filmów i gier. Wtedy tytuł ten przełamywał wszelkie tabu i poruszał ważne tematy. Dziś produkcja, choć trochę bawi, nadal jest dobrym kinem, które polecam. Co ciekawe, to nie powyższy film jest protoplastą gatunku gore, lecz „Blood Feast” (1963 rok), który jednak nie zyskał dużej popularności. 

Romero jest również współautorem recenzowanej powieści. Niestety, nie dokończył jej, gdyż zmarł w 2017 roku. Książkę dokończył Daniel Kraus. Tytuł ten miał być podsumowaniem twórczości reżysera. Ta cegła licząca około 870 stron jest swego rodzaju hołdem oddanym Romero. Czy jednak jest to dobry horror? 

Dzień żywych trupów 

Żywe Trupy przedstawiają historię kilku niepowiązanych ze sobą osób. Rozdziały to kolejne życiorysy postaci, ich zmagania z nieumarłymi w dniu wybuchu apokalipsy oraz dalsze losy. Przeczytamy między innymi o medyku sądowym w trakcie sekcji zwłok, nastoletniej buntowniczej dziewczynie, poznamy sytuację na morskim lotniskowcu. Opowieści te składają się na pierwszy z trzech aktów, które nie raz potrafią przykuć do lektury, czasem zaś za bardzo się dłużą. Autorzy chcieli przedstawić bohaterów jako ludzi z krwi i kości, ale moim zdaniem za dużo mamy informacji z życia „przed”. Mnie szczególnie zainteresowała sytuacja na lotniskowcu i niezwykle klimatyczna (niemal zahaczająca o poezję) scena w prosektorium. 

Historie z czasem zaczynają się ze sobą łączyć w mniej lub bardziej bezpośredni i prawdopodobny sposób. Było to dla mnie bardzo zaskakujące, jak losy postaci zaczęły się przeplatać. Czyniło to świat przedstawiony trochę za małym, niekiedy kuriozalnym, ale jednak interesującym. 

Akt pierwszy to zdecydowanie najlepszy fragment książki. Obraz zombie, życiowe dramaty, próby ucieczki i opis upadającego świata to elementy jak najbardziej na plus. Wiele scen jest brutalnych, wypełnionych makabrą, groteską i krwią, inne z kolei przygnębiają – szczególnie te z dziećmi. Oddział położniczy to ledwie kilka zdań, ale obraz w wyobraźni pozostał. 

Powieść zawiera również momenty, gdy widzimy to wszystko z perspektywy ożywieńców. Jest to interesujące posunięcie, zmieniające nieco znany nam z popkultury obraz zombie. Kierunek, który obrali autorzy, nie do końca przypadł mi do gustu, ale w żadnym wypadku nie jest on zły. Jest oryginalny i na tyle realistyczny, na ile pozwala apokalipsa Z. 

Akt drugi stanowi krótki przerywnik do ostatniej części książki, która różni się znacząco od reszty. Jest już ona jednolitą historią i podsumowuje wszystko, co się dotychczas wydarzyło. 

Oni przyszli po nas 

Fabuła mnie zaskoczyła. Nie jest to tylko survival, gdzie kolejni bohaterowie lecą do odstrzału. Autorzy wpletli tu głębszy przekaz. Poruszona jest tematyka rasizmu, dyskryminacja płci, ludzkiego bestialstwa, ślepej wiary i pogoni za materializmem, ale to również historia o miłości, odwadze i nadziei. Każda z przedstawionych postaci ma czytelnikowi coś do zaoferowania i nie myślę tu wyłącznie o całej palecie uczuć. Każda z nich ma bogaty background, swój osobisty dramat i cel. Łatwo się z nimi związać i trzymać za nich kciuki, by przetrwali jak najdłużej.  

Wybuch epidemii został poprowadzony z rozmachem iście filmowym. Realistycznie odwzorowano zachowania ludzi, szerzącą się dezinformację i upadek społeczeństwa. Książka przez całą historię stara się pokazać czytelnikowi, że człowiek jest największym złem chodzącym po tej planecie i potrzebny jest nam twardy reset. Zombie nie przyszły by wszystko zniszczyć – przyszły by ocalić.  

Pogoni za władzą nie zatrzyma nawet koniec świata. W powieści możemy przeczytać nawet o atomowych nieumarłych. 

Hołd dla George’a Romero 

Niech objętość tej powieści was nie zrazi. To grube dzieło jest jedną z najlepszych książek o zombie jakie dane mi było przeczytać. Po prostu ocieka klimatem filmów zmarłego reżysera. Nie jest to typowy horror, gdyż na próżno szukać tu elementów straszących, jednakże przerażający jest sam w sobie koniec ludzkości. Realizm bogaty w szczegóły i różnorodność bohaterów wciąga w ten świat i wciąż ma się ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej. Oczywiście, nie brak tu kuriozalnych zachowań czy sytuacji (między innymi działający prąd) i nieprawdopodobnych zwrotów akcji (chociażby wyjście cało z tłumu zombie), ale wszystko to tonie w morzu przedstawionych historii. Kochacie umarlaków? To jest dla was pozycja obowiązkowa.  

„Żywe Trupy” – recenzja książki

Zalety

– wielobarwne postaci

– realistyczny obraz apokalipsy zombie

– wciągająca historia

Wady

– niektóre mało prawdopodobne sytuacje i zachowania bohaterów

– zdarzają się zbyt rozbudowane życiorysy

Za dostarczenie egzemplarza do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Zysk!