Wiemy, że to nie jest ten dawny Painkiller. I ludzie bardzo nad tym ubolewają. Mieszane oceny Painkillera w internecie sugerują, że jego najnowsza odsłona nie przypadła każdemu do gustu. Pytanie, które chcemy zadać brzmi – gdzie leży problem? Czego oczekiwali ludzie od gry, którą ogrywał chyba każdy z nas w dzieciństwie? Czy działa tutaj nostalgia, czy jednak coś innego? Zapraszamy was do recenzji!
Kill the pain
Kamil: I co Alan? Pograliśmy trochę w tego Painkillera, na którego tak wszyscy narzekają. To nie jest to, co było! Profanacja! Jak oni mogli tak zrobić z naszym ukochanym Painkillerem!?
Alan: Tak, niestety tytuł z 2025 roku nie jest w rzeczywistości pełnoprawnym rebootem. Gdyby przyjrzeć się temu bliżej, to jedyne co łączy go z nazwą Painkiller, to zaledwie parę elementów wrzuconych do zupełnie innej gry.
Dla tych wszystkich milusińskich, którzy nie pamiętają Painkillera – seria została zapoczątkowana w 2004 roku. Wcielaliśmy się w Daniela Garnera, który musiał przemierzać piekło w celu odpokutowania za swoje winy, przy okazji niszcząc hordy przeciwników. Tytuł charakteryzował się zamkniętymi lokacjami (arenami), na którym stawaliśmy w szranki z falami przeciwników. Wspomagał nas w tym bogaty arsenał broni, z której na pierwszy plan wybijała się kultowa już „Kołkownica”, nie wspominając o tytułowej broni jaką był Painkiller (podstawowa broń, obracające się ostrza, które diametralnie zmieniały stan skupienia naszych przeciwników).
Alan: Tytuł, o którym dziś opowiadamy, diametralnie się różni od tego, co Kamil opisał wyżej. Jest to kooperacyjny shooter dla 3 graczy, w którym wcielamy się w jedną z 4 zupełnie sobie obcych postaci. Niektóre z elementów kojarzone z marką, jak choćby wspomniane bronie, zostały zaimplementowane do gry, ale na tym kończą się powiązania z przygodą Garnera.
Kamil: Tak, już na pierwszy rzut oka widać, że twórcy próbują nam puszczać oczko w stylu: „Hej, mam dla Ciebie nowego Painkillera. Spróbuj, to ten stary, dobry shooter, który pamiętasz z dzieciństwa”. No i nie jest tak do końca. Nawet sam twórca mówi, że chłopaki ze studia naprawdę pracują bardzo sumiennie i starają się dowieźć. Bez ogródek przyznaje jednak, że nazwanie nowym Painkillerem przysporzyło jej tylko kłopotów i niepotrzebnego hejtu. Więc po co?

Death will reign
Kamil: No dobra, skoro już wszyscy wiedzą, czym jest podstawka, to dlaczego reebot serii zbiera tak słabe oceny? Co tu się wydarzyło?
Alan: Poza brakiem rzeczywistych powiązań z tym „prawdziwym” Painkillerem, oczywiście.
Gameplayowo Painkiller z 2025 roku trzyma się… wcale nie tak źle, jak można by pomyśleć. W dużym skrócie? Jest dużo strzelania i zabawy. Rozgrywkę zaczynamy w swoistym hubie, w którym mamy do dyspozycji karty tarota, mające wpływ na nasze statystyki i efektywność w walce czy pewnego rodzaju zbrojownię. W niej za specjalne punkty zdobywane podczas rajdów, odblokujemy nowe właściwości broni, sprawiając, że stanie się ona jeszcze potężniejsza. Elementy te bardzo przypadły mi do gustu, bo dzięki nim mamy wpływ na to, jak toczyć będzie się nasza rozgrywka (oczywiście tylko do pewnego stopnia). Kiedy dopasujemy już wszystko pod siebie, możemy przejść do portalu i wybrać jeden z dostępnych scenariuszy.
Kamil: No więc ruszamy na „ misję”, którą możemy maksymalnie ogrywać w 3 osoby jednocześnie. I nie jest źle. Jasne, nie czuć tutaj jakiejś ogromnej chemii pomiędzy bohaterami. I my jej również nie czujemy. Po prostu słuchamy monologu postaci, która próbuje sobie przypomnieć, dlaczego tu trafiła. Bardziej jesteśmy skupieni na eliminowaniu wszystkiego wokół, niż na słowach. Sama rozwałka natomiast jest bardzo przyjemna i płynna, a wyższy poziom trudności może być wyzwaniem. Musisz być bardziej uważny podczas gry, żeby mini boss na arenie nie przerobił cię na karmę dla demonów. I może tu leży początek bolączki wielu graczy? Oczekiwali oni solo rozwałki na całego, w której zatopią się bez reszty, a tak muszą grać z botami bądź innymi graczami.

Love for hate
Kamil: Już mniej więcej widzimy, czym gry różnią się między sobą, ale co powoduje, że ludzie tak niechętnie podchodzą do tego nowego tytułu? Czego oni oczekiwali? Rozumiem że ludzie pragnęli powrotu do korzeni, ale twórcy chcieli spróbować czegoś nowego z serią.
Alan: Co właściwie było jasne od samego początku. W końcu wszystkie zapowiedzi i materiały promujące od razu mówiły nam, czym właściwie będzie ten tytuł.
Kamil: No tak, ale ludzie jakby z klapkami na oczach myśleli, że to będzie stary dobry Painkiller. Stary, dobry Painkiller, który już został trochę wygładzony przez filtr nostalgii i we wspomnieniach wygląda on lepiej. Czy po prostu stara gwardia szukała tutaj tego uczucia, które miało się właśnie wtedy, jak wkładało się płytę do napędu?
Alan: Myślę, że jak najbardziej tak. Jest to w dużej mierze powód, dlaczego gra spotkała się z tak chłodną recepcją. A przecież nie jest to wcale zła produkcja, mimo wszelkich wad gra się w to naprawdę przyjemnie – zwłaszcza ze znajomymi.
Sprawdź też: Witchfire – recenzja gry – Niech słowa wiatr niesie, jak dobry jest to tytuł!

So let the games begin
Kamil: Więc z czystym sercem, czy możemy polecić ludziom, żeby spędzili swój drogocenny czas w najnowszym Painkillerze?
Alan: Tak. Ale tylko w poszczególnych przypadkach.
Przede wszystkim gra skierowana jest do osób, którzy szukają gry, w którą mogą zagrać wraz ze znajomymi. Nowy Painkiller spodoba się też fanom horroru i muzyki metalowej, choć fakt faktem riffy przygrywające nam gdzieś w tle mogłyby być znacznie cięższe. Myślę, że nie przypadnie do gustu fanom oryginalnej gry, ponieważ bardzo mocno odstaje od materiału źródłowego, pozostawiając jedynie nieliczne elementy, jak broń czy podobni przeciwnicy. Również grając solo nie odczujemy takiej satysfakcji, jak ze zgraną grupą.
Kamil: Dajcie tej grze szansę. Wiemy i rozumiemy, że będziecie szukać tutaj tego uczucia, które towarzyszyło wam w dzieciństwie ogrywając Painkillera, ale ono nie wróci. Usiądźcie z kolegami i ograjcie go.
Sprawdź też: Polska gra z piekła rodem. „Painkiller” – recenzja gry
