Lost & Found: A This Bed We Made Story zabiera Sophie z hotelowych korytarzy prosto na pokład luksusowego jachtu, gdzie sprzątanie szybko ustępuje miejsca kolejnemu śledztwu. To niespełna dwie godziny pełne uroku, ploteczek i detektywistycznej ciekawości. Szkoda tylko, że rejs kończy się tak szybko.
Sophie zmienia hotel na luksusowy jacht
Powrót do świata This Bed We Made był czymś, na co czekałam z ogromną ciekawością. Pierwsza przygoda Sophie udowodniła, że do stworzenia angażującego kryminału nie potrzeba ogromnego miasta, dziesiątek godzin rozgrywki czy widowiskowych scen akcji. Całość pochłonęłam w jeden wieczór. Wystarczy sympatyczna bohaterka, kilka zamkniętych drzwi, cudze sekrety i niezdrowa wręcz ciekawość tego, co ludzie próbują przed nami ukryć. Lost & Found: A This Bed We Made Story korzysta dokładnie z tego samego przepisu, przenosząc akcję w zupełnie nowe miejsce. I dlatego od pierwszych minut rozgrywki czułam się jak w domu.

Tym razem opuszczamy hotelowe korytarze i trafiamy na pokład luksusowego jachtu. Sophie ponownie wykonuje pracę, która teoretycznie powinna polegać przede wszystkim na dbaniu o komfort gości. Każdy, kto poznał ją wcześniej, doskonale jednak wie, że nasza bohaterka nie potrafi przejść obojętnie obok podejrzanej sytuacji, niedomkniętej szuflady czy rozmowy, której zdecydowanie nie powinna słyszeć. Miłość do plotek i bieżące śledzenie prasy brukowej pobudzają wyobraźnię heroiny po raz kolejny. Nic więc dziwnego, że zwyczajny rejs bardzo szybko zamienia się w kolejne śledztwo.

Tym razem sprawa jest nieco lżejszego kalibru. Na pokładzie dochodzi do zuchwałej kradzieży, a Sophie, oczywiście całkowicie przypadkiem, zaczyna interesować się sprawą znacznie bardziej, niż wymagałoby tego wykonywanie obowiązków służbowych. I całe szczęście, ponieważ właśnie wtedy Lost & Found zaczyna przypominać grę, za którą tak polubiłam oryginał.
Sprzątanie, telegramy i obowiązkowa porcja ploteczek
Sophie nadal zajmuje się utrzymywaniem porządku, ale jej zakres obowiązków został nieco rozszerzony. Na jachcie pełni również funkcję stewardessy, dlatego podczas rozgrywki będziemy między innymi dostarczać pasażerom telegramy oraz serwować napoje. Nie brzmi to może jak najbardziej ekscytujący zestaw mechanik w historii gier komputerowych (chociaż mnie akurat takowe cieszą), ale w świecie This Bed We Made nawet zwyczajne obowiązki szybko stają się pretekstem do zaglądania w cudze życie.

Telegram trzeba przecież komuś dostarczyć. Napój zanieść do odpowiedniej kabiny, konkretnego gościa, który w danym momencie coś przeżywa. A skoro już jesteśmy w środku, trudno nie zauważyć leżącej na stole kartki, podejrzanie ustawionego przedmiotu czy zachowania, które zupełnie nie pasuje do historii opowiedzianej chwilę wcześniej. I właśnie w takich momentach Lost & Found działa najlepiej.
Zuchwałość Sophie pozostaje jej największym atutem. Bohaterka ma niezwykły talent do znajdowania się dokładnie tam, gdzie nie powinna, zadawania niewygodnych pytań i wyciągania wniosków z rzeczy, które dla większości ludzi byłyby kompletnie nieistotne. Do tego dochodzi jej zamiłowanie do ploteczek. Sophie po prostu uwielbia wiedzieć, co dzieje się wokół niej, nawet jeśli zdobywanie tej wiedzy czasami wymaga dość elastycznego podejścia do pojęcia prywatności. Jest również wrażliwą obserwatorką, która z autopsji potrafi na kilometr wyczuć cudzą samotność. Nie zmieniła się więc przesadnie od czasu pierwszej gry i bardzo dobrze.
Lżejsze śledztwo, ten sam urok
Nie należy oczekiwać, że Lost & Found zaoferuje intrygę o ciężarze podobnym do opowieści przedstawionej w podstawowej wersji This Bed We Made. Tym razem twórcy zdecydowali się na znacznie lżejszą opowieść dotyczącą kradzieży na statku. Stawka jest mniejsza, atmosfera bardziej swobodna, a całe śledztwo ma momentami niemal wakacyjny charakter. Nie oznacza to jednak, że historia jest banalna, nie musicie się martwić o jakość produkcji.

Ponownie sporo satysfakcji daje obserwowanie otoczenia, kojarzenie pozornie niezwiązanych ze sobą informacji i powolne odkrywanie tego, kto mówi prawdę, a kto próbuje coś przed Sophie ukryć. Bohaterka wykorzystuje dokładnie te cechy, które sprawdziły się wcześniej: spostrzegawczość, ciekawość i absolutny brak oporów przed interesowaniem się cudzymi sprawami.
Grze na plus wyszła zmiana miejsca akcji. Jacht jest przestrzenią znacznie inną niż hotel Clarington, ale jednocześnie pasuje do formuły serii niemal idealnie. Znów mamy do czynienia z zamkniętym środowiskiem, ograniczoną liczbą osób oraz bohaterami, którzy zostali na pewien czas uwięzieni ze swoimi sekretami w jednym miejscu. Nikt nie może po prostu rozpłynąć się w tłumie. Wszyscy są na pokładzie, każdy może coś wiedzieć, a Sophie ma wystarczająco dużo powodów, by dokładnie przyglądać się otoczeniu.
Lost & Found wygląda naprawdę pięknie
Wersja PC zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie pod względem technicznym. Widać graficzny przeskok w porównaniu z pierwszą częścią z 2023 roku. Gra działała stabilnie, a przez niespełna dwie godziny rozgrywki nie natrafiłam na problemy, które przeszkadzałyby w prowadzeniu śledztwa czy eksploracji.

Znacznie bardziej zwraca jednak uwagę oprawa wizualna. Zmiana hotelu na jacht pozwoliła twórcom przygotować zupełnie inną scenerię, zachowując jednocześnie charakterystyczny styl serii. Eleganckie wnętrza, kajuty pasażerów, korytarze i przestrzenie pokładowe prezentują się naprawdę pięknie. Jest w tym odpowiednia dawka luksusu i nostalgii, dzięki której eksplorowanie statku sprawia przyjemność nawet wtedy, gdy akurat nie znajdujemy kolejnej wskazówki. Ponownie czułam się jak w interaktywnym filmie połączonym z uroczą retro przygodówką.
To jedna z tych produkcji, w których chce się czasami zwolnić i po prostu rozejrzeć dookoła, szczególnie że otoczenie nie pełni wyłącznie funkcji dekoracyjnej. Tak jak wcześniej, detale mogą mieć znaczenie, a uważna obserwacja jest jedną z najważniejszych umiejętności Sophie.
Największa wada? Koniec pojawia się zdecydowanie za szybko
Niestety Lost & Found ma jeden bardzo wyraźny problem: długość.
Całość można ukończyć w niespełna dwie godziny i trudno oprzeć się wrażeniu, że przygoda kończy się właściwie wtedy, gdy dopiero poczuliśmy się pewnie na pokładzie jachtu. Pierwsze This Bed We Made również nie należało do długich produkcji, ale jego około czterogodzinna historia miała wystarczająco dużo przestrzeni, by rozwinąć postacie, stopniowo komplikować intrygę i doprowadzić ją do zaskakującego finału. Tutaj wszystko dzieje się niestety znacznie szybciej.

Ledwo zaczynamy poznawać pasażerów, przyzwyczajać się do nowych obowiązków Sophie i analizować kolejne tropy, a gra zaczyna już prowadzić nas w kierunku zakończenia. Nie mogę powiedzieć, że historia mnie rozczarowała, bo bawiłam się naprawdę dobrze. Wręcz przeciwnie, największym problemem Lost & Found jest właśnie to, że chciałoby się dostać znacznie więcej. Na początku zakładałam, że będzie to raczej druga część gry, a otrzymaliśmy samodzielne DLC, które jest jak This Bed We Made 1.5.
Jeszcze kilka kabin. Kilku dodatkowych podejrzanych. Jedną większą komplikację podczas śledztwa. Może dodatkową godzinę lub dwie na pokładzie. Cokolwiek, co pozwoliłoby trochę dłużej nacieszyć się powrotem Sophie.
Lepsze dwie godziny z Sophie niż zero
Mimo bardzo krótkiego czasu rozgrywki nie żałuję powrotu do tego świata. Lost & Found: A This Bed We Made Story nie próbuje na siłę przebijać podstawowej gry ani tworzyć większej i bardziej dramatycznej historii. Zamiast tego oferuje niewielką, samodzielną przygodę, która przypomina, dlaczego Sophie była tak sympatyczną bohaterką.
Jej ciekawość nadal prowadzi ją w miejsca, w których zdecydowanie nie powinna się znajdować. Nadal uwielbia ploteczki. Nadal dostrzega szczegóły, które inni ignorują. I nadal wystarczy kilka minut, żeby ponownie dać się wciągnąć w prowadzone przez nią śledztwo. Nie zawiodłam się więc również tym razem. Po prostu chciałabym, żeby ten rejs trwał dłużej.
Jeżeli ktoś polubił This Bed We Made, powrót do Sophie jest właściwie oczywistym wyborem. Trzeba jedynie nastawić się na znacznie mniejszą skalę, lżejszą sprawę i naprawdę krótki czas zabawy. Jeśli mam wybierać, wolę jednak spędzić z Sophie nawet niespełna dwie godziny niż nie zobaczyć jej ponownie wcale.
Zwłaszcza jeżeli Lost & Found ma być jedynie niewielkim przystankiem przed pełnoprawnym sequelem. Bo po zejściu z pokładu pozostaje przede wszystkim jedna myśl: Sophie zdecydowanie zasługuje na jeszcze jedno, znacznie większe śledztwo. Na szczęście scena po napisach zdradza graczom, że Sophie będzie potrzebna ponownie. Mam nadzieję, że twórcy już niedługo zaprezentują nam sequel. Oby byli gotowi na jesień za rok, by ponownie urozmaicić mi hoa hoa hoa sezon. A do tego czasu dopisuję rejs statkiem wycieczkowym do swojej bucket list (listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią!).
Sonia Moćko„Lost & Found: A This Bed We Made Story to klimatyczny dodatek, który zachwyca urokiem Sophie, piękną oprawą graficzną i lekką detektywistyczną intrygą na pokładzie luksusowego jachtu. Niestety, niespełna dwie godziny rozgrywki i mniejsza skala śledztwa pozostawiają spory niedosyt, choć dla fanów pierwszej części to bardzo przyjemny powrót do tego świata.”
Sprawdź także: