Ten tekst nie będzie do końca recenzją. Nie będzie też felietonem. Tak właściwie, będzie czymś pomiędzy. Ogrywając ten tytuł, nie mogłem przestać zadawać sobie tego tytułowego pytania – do kogo tak naprawdę skierowana jest ta gra? Poza fanami produktów Funko, oczywiście.
Od początku, od początku
Zacznijmy może od tego, czym właściwie jest Funko Fusion? Jest to przygodowa gra akcji, osadzona w świecie kultowych figurek Funko Pop. Przemierzając różne światy bazujące na innych znanych markach, jak Scott Pilgrim bądź Jurrasic Park, pokonujemy kolejne poziomy pełne wyzwań i przeciwników. Wszystko to oglądamy zza pleców naszego winylowego ludzika, a całość okraszona jest lekkim, a momentami nawet głupkowatym humorem. Sama gra bywa jednak zaskakująco brutalna – już na samym początku, kiedy przedstawiony zostaje nam Eddie, główny czarny charakter, dzieje się coś… niepokojącego. Otóż jedna z pobocznych postaci zostaje przez niego zupełnie zdezintegrowana, zostawiając po sobie jedynie pusty szkielet. Nie było to nic traumatyzującego, ale nie tego spodziewałem się po tej cukierkowo wyglądającej grze.
W sumie cały poziom z The Thing jest podszyty nutką horroru. No, patrząc na to, że film jest w tej tematyce, trudno było zrobić to inaczej. Końcowo jest to jednak fajne przeżycie, ujrzeć pewnego rodzaju rekreację wydarzeń z filmu, lecz w sposób humorystyczny.

Chwila, to chyba nie tak było
Na tym właśnie opiera się cały sens gry. Wchodzimy do świata filmu, komiksu czy serialu i odgrywamy wydarzenia wprost ze srebrnego ekranu (no i kart komiksu). Z tym, że są one często lekko zmodyfikowane. Pierwsze, co wpadło mi do głowy, to wszystkie gry Lego. W końcu mają bardzo podobne założenia – znana marka, linia zabawek czy przedmiotów kolekcjonerskich i przełożenie wydarzeń z danego medium wprost na grę. Fakt, w Funko Fusion gra się nawet bardzo podobnie, z tym, że nie ma tu elementu budowania. Zamiast tego możemy wytwarzać w specjalnych maszynach przedmioty, od mikstur leczących, broni, aż po narzędzia potrzebne do eksploracji czy przechodzenia etapów. Patrząc na to, że produkcje spod znaku legendarnych klocków wypadają pod tym względem o niebo lepiej, odrzucam tezę, że ich fani są głównym celem studia 10:10.
Ok, więc może dla entuzjastów przygodówek? Do dyspozycji mamy 7 głównych światów do zwiedzenia, nie licząc paru ukrytych i tych z dodatków. Elementy platformowe są w porządku, czasem ciężko było mi wycelować w miejsce, w które konkretnie chciałbym skoczyć, ale nie było to nic bardzo rażącego. System walki jest dość standardowy, choć momentami sztywny. Każda z postaci ma do dyspozycji atak wręcz i z dystansu – He-Man strzela laserami za pomocą miecza, MacReady dudni ze strzelby, a Foxxo korzysta ze szybkostrzelnych Uzi. Jednak misje i czynności, które w nich wykonujemy są na tyle denne i powtarzalne, że raczej żaden szanujący się odbiorca tego typu gier nie będzie tracił czasu na tę produkcję.

A więc kto?
No dobrze, przyjrzyjmy się dokładniej temu, jakie właściwie marki są zawarte w Funko Fusion. The Thing, Scott Pilgrim, Jurrasic Park, Umbrella Academy, Masters of The Universe… widzicie już ten schemat? Tak, większość światów i postaci pochodzi z filmów bądź seriali (w końcu nawet Invincible czy FNAF dostały swoje ekranizacje). Co ciekawe, niektóre z pozycji sięgają aż do lat 80! Więc wygląda na to, że produkcja z jakiegoś powodu chciała trafić do serc entuzjastów kina i telewizji – tych starszych, jak i młodszych. W końcu kto inny mógłby być potencjalnie zainteresowany odgrywaniem scenariuszy w świecie Funko? To jednak o wiele za mało, aby przyciągnąć widownię.
Właściwie skąd pomysł, że każdy potencjalny odbiorca fascynuje się kinematografią, albo odwrotnie – że pasjonat filmów jest w jakikolwiek sposób zainteresowany grami wideo? Do tego marki takie jak He-Man raczej nie wzbudzają już sobą większego entuzjazmu. Za to znacznie „ważniejsze” tytuły mają własne gry, które są po prostu ciekawsze. Myślę, że mogło to mieć bardzo duży wpływ na klęskę pozycji od studia 10:10.
Sprawdź też: Crash Twinsanity – historia gry, która została sklejona na taśmę

To by nic nie dało. Nie dałoby nic.
Wszystko wskazuje na to, że głównym celem Funko Fusion są entuzjaści filmów, seriali i adaptacji ekranowych. Wykorzystanie szerokiej gamy uniwersów okazało się jednak niewystarczające, jeżeli chodzi o przyciągnięcie szerszej publiki. Dodajcie do tego markę Lego, która robi to po prostu ciekawiej, oraz niczym niewyróżniający się gameplay, a dostaniecie przepis na katastrofę.
Grę ogrywałem w wersji na PC wraz z częścią dodatków, które wchodzą w edycję deluxe. Muszę przyznać, że nie jest to udany port – w grze do teraz występują dość poważne błędy graficzne, do tego jest ona zupełnie niezoptymalizowana. Fakt, oświetlenie wygląda zaskakująco ładnie, tła również zachowują przyzwoity poziom szczegółowości, lecz ciężko mi uwierzyć, że nie dało się tego osiągnąć mniejszym kosztem obciążenia karty graficznej.
Schodząc trochę z tematu, jest to obecnie plaga na rynku gier PC. W końcu po co bawić się w proces optymalizowania, skoro gracz może po prostu włączyć generator klatek i mamy po robocie? Jest to niestety efekt uboczny coraz częstszego korzystania z AI, które docelowo powinno przecież wspomagać starsze sprzęty, a nie być czymś kluczowym w temacie wydajności. Ale to temat na inną rozmowę.
Jak wspomniał w swojej recenzji nasz redakcyjny kolega, Kamil Puzdrowski, który również recenzował Funko Fusion, gra nie jest złym tytułem. Jest po prostu mocno przeciętna. Tymi słowami można spokojnie zakończyć mój wywód. Do zobaczenia w kolejnych tekstach!
Sprawdź też: Funko Fusion – recenzja gry – Chciałem być…..
